Sen w środku dnia

Nieokreślony czas, przypominający świat bez technologii, wychodzę przez okno na gzyms.
Zamyka za mną okno moja siostra, robiąc minę „csssss zamykam aby nikt nie wiedział, że wyszedłeś”, bo trochę byłem przeciw;)
Na gzymsie leżą jakieś kości, które wykorzystałem jako pociski miotające, poruszając się uważnie dotarłem do końca gzymsu. Pode mną ulica i stragan między budynkami, jakaś kobieta przygotowywała tam posiłki. Pociski miotające „gotów”, „pal”:) poleciały w kierunku straganu, za którymś kolejnym kobieta nie wytrzymała i w moim kierunku poleciała zwarta bryła owsianki:), na szczęście doleciała tylko do początku gzymsu. Ot wspomnienia…

Miejsce już się zmieniło przenosząc mnie do domu rodzinnego na wsi, gdzie wszedłem w stare sny.
Tak jakbym miał na nowo je przeżyć, niektóre pamiętałem, część wypłynęła z nieświadomości.
Dziwne uczucie śnić, wchodzić w kolejny mocny sen w sensie emocjonalnym, mając zarazem świadomość wszystkich tych poziomów. To były sny o zagrożeniu, ktoś chciał wedrzeć się do domu, czy to przez drzwi, czy to przez okno. Niebezpieczeństwo i zarazem stawienie jemu czoła, zabezpieczenie domu, jego wejść i oczekiwanie na atak Czy zabezpieczenie wytrzyma, okna nie wytrzymywały…
Rozmawiałem też z jakimiś bliskimi, wszystkie te wydarzenia wydawały się jednolitym procesem.

Na drugi dzień wróciłem w to samo miejsce, tylko że teraz akcja rozgrywała sie na podwórku.
Obok domu przepływa nieduża rzeczka, ktoś budował na drugim brzegu na powierzchni jakąś kanalizację. Woda w rzeczce była nad wyraz czysta, co było przyjemnym zaskoczeniem znając możliwości ludzi we wsi. Wśród zielonych wodorostów przepływały zbrojniki niebieskie, całe chmary. Rozmowy i działania z grupką ludzi, która stała razem ze mną na brzegu.

„Stajnia Augiasza”

Gdziekolwiek idę mam ze sobą na uwięzi latającą rybę, trochę już jest zmęczona i poobijana.
Symbol ryby ewidentnie przedstawia mnie.
Jesteśmy w fabryce, gdzie szukamy czegoś nieokreślonego, nieoczekiwanie ze ściany wytryskuje potężny strumień wody, jakby rzeka zmieniła swój bieg, płynie przez całą halę produkcyjną, zabierając wszystko ze sobą po drodze. Ryba niknie w  nurcie, przez chwilę zastanawiam sie jak ją odnaleźć, ale dochodzę do wniosku, że to juz nierealne…

Bloodlines…

Idziemy powoli, obok mnie młody chłopak opowiada mi o swojej kompani, mówi że ich mentorem jest „istota” która gra postać szaleńca w pewnej „sztuce”. Znam  to „dzieło”, stworzyli je ludzie w hołdzie swoim Panom. Poznałem pobieżnie wątki w „sztuce”, ale na dalsze wgłębianie jakoś nie mam ochoty i czasu, może kiedyś…

Bezwietrzny port

Widziałem dwa żaglowce dokujące w porcie…
Pierwszy był zwrotny, w czarnych kolorach, zbudowany z materiałów „gorszej” jakości. Jego nazwa mogła brzmieć „chytry jak lis”.
Drugi zaś przewyższał pierwszego pod każdym względem, wielkością żagli, długością pokładu, był ogromną bielą pełną majestatu.
Przy próbie wypłynięcia z portu, okazało się, że jest to niemożliwe czy to z braku wiatru, czy poziomu wody w porcie.
Żaglowce zmieniły się w ciężarówki, woda nie nakrywała nawet kół, lepiej widoczny był dla mnie biały żaglowiec-ciężarówka, który jechał po lewej stronie. Drugi też był widoczny ale jakby tuż na skraju mojego widzenia. Obydwa zmierzały do granic portu, którym była symboliczna linia gdzie kończyła się„płytkość”, a poza nią była już tylko „głębia”.
Odnosiłem wrażenie jakbym nie tylko ja je obserwował, wyczuwało się napięcie jak to się wszystko skończy, czy im się uda.
Po przekroczeniu „granicy” wskoczyły w „głębię”, żywioły morza przyjęły je do siebie, pojawił się ogromny wir, przesunął się wzdłuż „granicy”, pozostało tylko oczekiwanie.
Nagle pojawił się jeszcze większy wir, tak jakby morze miało wypluć ich z siebie, kotłująca woda uniosła się w górę…
Nie dostrzegłem najmniejszego śladu po żaglowcach, pozostało już tylko wzburzone morze.

Dziwadło

Miałem ciężki dzień, w pracy komputer na okrągło i po pracy też, wróciłem dopiero około 20 do domu i jeszcze spacerek z psem.
Zasypiałem później na siedząco, lampka nocna obok , włączony komputer i kilka płyt do przesłuchania, niektóre pozytywnie mnie zaskoczyły. Szczególnie ścieżka dźwiękowa z „Ostatniego Samuraja”, która na chwilę mnie obudziła i rozruszała;) Zasnąłem jak kamień, a gdy się obudziłem nic nie pamiętałem aby mi się coś śniło, dotarłem do łazienki, gdzie naszła mnie przytomność jako taka i przypomniałem sobie małe co nie co.

Chyba byłem w odwiedzinach, albo sam byłem tubylcem, w plemieniu przypominającym ludzi żyjących na Nowej Gwinei. To, że noszą rożne dziwne ozdoby to wiadomo, a co innego nosić te ozdoby:) jakiś zlepek gałęzi, ozdóbek wszelakich, piór i Bóg wie co tam jeszcze było, przeszkadzało mi w chodzeniu. Na szczęście w pewnym momencie samo odpadło lub nie musiałem juz tego nosić, sprawy przybrały trochę szybsze tempo. Pojawiło się dziwne stworzenie, dłonie i nogi były tej samej długości, tułów był w zaniku, tak jak i głowa, wszystko w kolorach brązu.
Całe ciało było pałąkowate, ale pomimo tego stworzonko było gibkie i szybkie, co można było zauważyć po pościgu. Zręcznie uciekało, a czym było nie mam zielonego pojęcia, tutaj tubylcy musieliby się wypowiedzieć na ten temat:) W całym tym pościgu trafiłem w pewnego pomieszczenia pełnego szyb różnych kształtow i rozmiarów, zacząłem szukać odpowiedniej „szyby”, gwoli ścisłości wszystkie były czyste i o ładnie wykończonych krawędziach. Na niektórych półkach zalegały płyty cd.

Już inna historia

Odniosłem wrażenie jakby było to „super szybki” kurs pilotażu odrzutowca.
Po krótkim przeszkoleniu wystartowałem, dziwiąc sie jakim cudem:) człowiek myśli sobie przecież to nie może być takie proste jeszcze sie zabije i co będzie;)
Wiele rzeczy wydaje się nam nie do przejścia i prawie niemożliwe, jak widać nie wszystko wygląda tak jak się nam to wydaje:)
Moje myśli zaakceptowały, że udało się wystartować, później instruktor tłumaczy co trzeba zrobić aby wylądować, ponownie pojawiają się myśli typu, że coś pomieszam, że to nie tak, jak można czymś takim latać, jak łatwo coś pomylić.
Jak widać na załączonym obrazku ciężko przełamać stereotypy, schematy i przyzwyczajenia myślowe.
Dochodzi też rozkaz, wylądowania w wyznaczonym miejscu, no cóż lecę we wskazanym kierunku, już nie myśląc „jak”;)

Wycieczka…

Proza życia, codzienność, ale gdy słońce już śpi, zdarzają
się noce, że zabieram kogoś na wycieczkę. W noc sylwestrową podróżnikiem była
moja mama, przenieśliśmy się w nadmorskie krajobrazy, skaliste wybrzeża,
zielone tarasy, półwyspy wysunięte głęboko w morze. Podziwialiśmy te nieznane miejsca
z lotu ptaka. Wyczerpująca to była podróż, w pewnym momencie poczułem, że musimy
już wracać, ostatkiem sił ściągnąłem nas do znanej przestrzeni, do naszego
miasta. Miejsce w którym się pojawiliśmy wyróżniło się tylko błękitnym
rozbłyskiem wielkości świętojańskiego robaczka.

Loup-garou…

Trzy dni temu oglądałem pewien film, mógłby wmówić sobie, że jestem jak małe dziecko, a później „śnię” na podstawie filmu.
Tylko, że jest jeden szkopuł, wczoraj po wielomiesięcznej przerwie nawiązała kontakt Cesarzowa, choć przez cały ten czas było to zakazane.
Czas pokaże, co jest tego przyczyną.

Gabriel przywódca sfory pokazywał mi sztukę opanowania, podejścia.(a może to był pokaz siły)
Nie dopuszczał do swojej przemiany, zachodził mnie od tyłu, wciąż czekałem na jego krok. W pewnym momencie nie wytrzymałem obróciłem sie warcząc niczym wilk, budząc sie przy tym, przechodząc z śnienia do jawy, jakby wychodząc z wody, z rozmazania do ostrości.

Do rana był to już płytki sen przeplatany, pewną symboliką.
Rozmowy z kobietami w różnym wieku i przenoszenia je w różnorodne miejsca.
Wchodzenie na na kilkudziesięciometrowy budynek i przymierzanie sie do skoku, dochodząc do wniosku , że to jeszcze nie czas aby skakać.

Odwiedziny…

Niedawno znajoma „była wiedźma” opowiadała mi, jak to się zdarzyło, że odwiedziłem ją z grupką swoich podopiecznych, mówiąc krótko kolorowa to gromadka. Tłum ludzi, a ona bidulka nie mogła się dopchać, aby porozmawiać ze mną;) Dodatkowo zachowywałem się jakbym jej nie zauważał, co ją dodatkowo rozsierdziło, a już szczytem wszystkiego było, że jeszcze chciałem uzyskać od niej jakąś informacje udając, że w ogóle mnie to nie interesuje. Pomimo wszystko dzielnie przeżyła ten najazd.
Nasunęła mi się myśl jak mało się znam, przypominając sobie odmienną sytuację, sprzed ponad roku, którą opisywałem już wcześniej.

Pewien „pokój” był pułapką, znalazła się w nim młoda dziewczyna, córka Nocy.
Na tamten czas nikt nie wiedział kto i w jakim celu wysłał grupę napastników, mała nie miała żadnych szans.
Jakimś cudem znalazłem się w odpowiednim czasie i miejscu, żaden nie przeżył.
Po tym całym wydarzeniu spotkałem się z jej matką, Matką wszystkich Róż, przyjmując jej podziękowania.
Pamiętam jej uśmiech, gdy pytała się, „co to się stało, że Masai nas ratuje”.
Przemilczałem odpowiedź uśmiechając sie podobnie do niej.

Gdzie mnie nie poniesie…

Niedawno

Jechałem samochodem, z przewodnikiem,
przez strumienie, kamienie i inne nierówności terenu. Przejeżdżając przez rzekę obawiałem
się że samochód odmówi posłuszeństwa, poziom wody
był dość wysoki, ale co tam maszynka dzielnie przedarła się na
drugą stronę. Mieliśmy odwiedzić kogoś w tej
głuszy, ale nic z tego, przewodnik dostał wiadomość i jedziemy w
przeciwną stronę, droga wiedzie przez malownicze tereny, za oknem
dostrzegam bardzo oryginalne budowle. Dojeżdżamy na miejsce,
okazuje się że czeka na mnie kilku mężczyzn, którzy chcą
ze mną porozmawiać. Wnioskuję, że są stróżami prawa, ale
posturą nie grzeszą, widocznie mają inne atuty, lub jeszcze co
innego. Podczas rozmów okazuje się , że zależ im abym ich
skontaktował z pewną „komórką”, jednostką do zadań
specjalnych. W pewnym momencie pokazują mi
zdjęcie-obraz, wszystko jest przedstawione w zielonej poświacie,
zdobione roślinnymi elementami, dostrzegam główki dzieci
ułożone w kształcie klepsydry, na samym szczycie znajdowała się
głowa dorosłego. Zastanawiające co mógł przedstawiać ten
obraz.

Ostatnia noc

Pierwsze co można było powiedzieć,
że dziwny to świat, grawitacja była w nim znikoma. Wystarczył
mały zbiornik z powietrzem, malutka piłka, a wystarczyło do
poprawienia zwrotności, lotu, łatwości unoszenia się, czułem się
niczym samolot bojowy:D.
Dobrze, już jestem poważny, idziemy
dalej. Głównym tematem była wizyta w „Katedrze”,
potężny budynek który mieszkańcy traktowali jak arenę,
główne pomieszczenie musiało mieć z kilkadziesiąt metrów
wysokości, co za tym idzie długość była kilkakrotnie większa. W
różnych zaułkach, korytarzach, pokojach można było trafić
na przeciwnika, zadanie niby proste od po prostu wyjść z budynku.
Wszystko przy tym było misternie zdobione, gzymsy, mozaiki, ogólnie
cały styl przypominał ten z Bliskiego Wschodu. Nie zapominajmy, że
z tą grawitacją jest coś nie tak, wszyscy używali „pistoletów
odrzutowych”, więc wyobraźmy sobie jak to wpływać musiało na
rozgrywkę, przeciwnik mógł się pojawić w każdym miejscu i
zarazem jeszcze szybciej zniknąć. Adrenalina pełną parą.
Pierwsze wyjście z budynku zaliczone. Spotkałem się z grupą ludzi
którzy analizowali rozgrywkę, a zarazem wspominali sobie
rożne historie. Odwiedzałem rożne miejsca , rożnych ludzi i
wszędzie ta „grawitacja”, a raczej jej „prawie brak”;). W pewnym
momencie postanowiłem jeszcze raz „wyjść” z Katedry. Gdy
znalazłem się na miejscu wszędzie wiało pustką, mogłem
poćwiczyć odrzut, pobawić się, a zarazem markować prawdziwą
walkę, zaobserwować działanie „pistoletu”, wychodząc wróciłem
do swoich znajomych, rozmawiając wspomniałem im, że od takiej
ilości adrenaliny nie źle można się uzależnić, nic sobie z tego
nie robili. Opowiadali sobie historię jak to jeden z nich
„wychodząc” z Katedry wracał do siebie na „odrzucie”,
widocznie miał do przebycia spory kawałek, lub nie było przyjęte
używanie go poza Katedrą. Wiele spotkań, rozmów, latania w
obniżonej grawitacji, sprawdzania rożnych wielkości piłek,
balonów jak na poligonie;)

Przeniosłem się do innego miejsca,
ale zasady podobne wciąż obniżona grawitacja.

Rozległa polana, otoczona gęstym
lasem, trawa na wysokość pasa, ponuro i mglisto. Atmosfera trupia,
także teren nie ciekawy. Dostrzegam w oddali ogień, przelatując
ponad polem traw dostrzegam pod sobą w chaszczach, coś na kształt węża
i to nie małych rozmiarów, potężne cielsko z tym, że jakby
był porozcinany, zarazem nadal żył, nieciekawa sytuacja.
Sprawa z ogniem się wyjaśnia, okazał
się nim „człowiek” który wymachując czymś w rodzaju
kostura otacza się ogniem, sam nim się stając. Odbieram to jako
demonstrację siły, obserwując delikwenta z różnych stron,
skradając się pod różnym kątami poprzez gałęzie, dostrzegam
małe suche gałązki, staram się ich nie połamać. Obserwacja i
oddalenie, na nic się zdały ognista demonstracja i zwoje
martwo-żywego cielska. Spokojnie wracam ponad polem
traw, nic sobie nie robiąc ze sztuczek „piromana nekromanty”.

“Śnij swą intencję mnie. Zamierz mnie w przód!”

Sporo czas upłynęło już od tej rozmowy, rozmawiałem z pewną kobietą, która „przyszła” porozmawiać ze mną jako swoim uczniem, jednym z pewnej grupy.
Dała mi do zrozumienia, że jestem pojętnym uczniem, może nie najlepszym, ale gdyby było trochę gorzej, to ta rozmowa nie miałaby miejsca. Dało mi to wtedy do myślenia, czego to ja się „tam” uczę. Mając na uwadze słowa Melisy, że przyjdzie czas na przypomnienie sobie różnorodnych elementów „układanki”, przychodzą chwile, w których obraz się klaruje.
Nawet czytając pewne książki, przychodzi olśnienie, ostatnio czytając „Sztuka śnienia”
C. Castanedy, pewien jej fragment któryś raz z kolei, przyszło zrozumienie. Wcześniej widziałem w tym przerost formy nad treścią zdziwiłem się, co miałoby to obrazować, a tu masz czytam i o rany… przecież to zazębia się z moimi ostatnimi doświadczeniami w śnieniu, pomijając wątek kulturowy i tradycji. Takich różnych smaczków można było by wiele przytaczać.
Pamiętam jak dziś wygłupialiśmy się, w pewnym momencie uczyniłem ruch dłonią dotykając Cię w specyficzny sposób, i od razu padły Twoje słowa „widać, że poznałeś ich czuły punkt”.
W niedługim czasie po tym wydarzeniu „wpadła” na małe ”te ta te” Cesarzowa, nie omieszkając wspomnieć, że już wie, że znam ich „czuły punkt”.
Każde doświadczenie, to koralik i tak koralik do koralika…

Pola, strumień, las i obywatel Wszechświata

Dzień był słoneczny, szedłem sobie niewielkim zagajnikiem nad strumieniem, mała dolina pośród pól. Pamiętam, że ścieżka była szeroka i błotnista, drzewa skutecznie tworzyły cień, nie dopuszczając słońca do zakamarków w poszyciu lasu. W pewnym momencie widzę, niewielką istotkę, która całą swoją postawą i zachowaniem, nawet to jak obracała głowę pokazała mi, że wszedłem na jej teren. Obróciła się plecami do mnie dając do zrozumienia abym za nią poszedł, ciekawy i zaniepokojony poszedłem za nią. Tego chodu nie można zapomnieć, sposób stawiania stóp, do zewnętrznej strony, budził uśmiech pomimo niepewnej sytuacji, rekord Guinnesa za takie kroki. Przez błoto, przez chaszcze, przewrócone drzewa mój przewodnik nie przejmował się żadnymi przeszkodami, parł do przodu, że zastanawiałem się, kiedy ostatnim razem przechodził tędy człowiek Doszliśmy do miejsca, w którym, strumień przechodził w łuk, jeszcze większe przeszkody przed nami, a on przez do przodu i na nic się nie ogląda, gdybym może by z dwa razy mniejszy było by mi łatwiej, ale jakoś dałem radę.
Nad samym strumieniem odnalazł pień ściętego drzewa, proponując mi go jako krzesło, a sam stanął w oddaleniu chowając się za gałęziami niewielkiego drzewa. Przeszliśmy do rozmowy, choć tego tak bym nie nazwał. Dźwięki, które wydobywał z siebie, gdyby mogły to by mnie obaliły na ziemię i zrobiły ze mnie kupkę kurzu. Twarde głoski, zgrzyt, same gardłowe dźwięki mieszające się z warczeniem, zaczynało się robić nieciekawie. Mówiłem do niego, ale przynosiło to jeden skutek, żaden. Wybrał sobie jedną gałąź, którą upodobał sobie do zasłaniania mojego czoła i traktował ją jako wskaźnik i element swojej artykulacji. Zrozumiałem jedno coś mu się nie podobało, co widział na moim czole, było to piętno-znak.
Dalej przeprowadzał swoją warcząco-szeleszczącą tyradę, z czasem troszeczkę ciśnienie mu opadło, przybliżył się i poczęstował mnie jednym liściem z małej roślinki rosnącej na wyciagnięcie ręki. Trochę miałem obawy o smak tego poczęstunku, ale okazało się, że było całkiem całkiem. Wyszedłem z zasady, że jeśli Cię ktoś czymś częstuje, wypadałoby skosztować, aby nie obrazić gospodarza. Czas zatarł słowa, które byłyby zrozumiałe, a padły wtedy z jego ust, było ich raptem kilka. Wszystko wskazywało na to, że nie podobało mu się, że chodzę sobie po ziemi, nie mając pełnej świadomości i znaczenia znaku, jaki noszę. Żegnając się w pokojowych warunkach, wybrałem drogę powrotną, przechodząc przez strumień o mało nie nabawiłem się zawału, niespodziewanie wyskoczyła sarna, jeden skok i tyle ją widziałem. Gdy wracałem „przyszedł” nowy rozmówca wyjaśniając całe to zdarzenie.

Pytania

Starym zwyczajem zdarza mi się
odpoczywać przy muzyce, uzbrojony w słuchawki oddałem się
relaksowi. Tak się jakoś złożyło, że pod koniec „kawałka”
były nagrane pytania w języku angielskim, zburzyły mi trochę
całokształt, ale pomyślałem sobie, a co tam , zabawimy się.

Pytania były sformułowane w stylu kim
jesteś, co jest dla Ciebie ważne, łącznie było ich chyba z pięć.
Zadając sobie wewnętrznie te pytania, otrzymałem trzy obrazy,
pierwszy dotyczył tego kim jestem, następne dwa dotyczyły
przełomowych i przyszłych wydarzeń w moim związku.

W przestrzeni dostrzegłem potężne
drzewo, przypominające sekwoję, jego korzenie były widoczne i
oplatały jakby niewidoczną kulę.

Wyjaśniłem sobie ten symbol na wiele
sposobów, ale odczucie pozostaje jedno pokora plus
konsternacja. Zdarzało się, że ten element wykorzystywali
niektórzy moi „rozmówcy” używając symbolicznego
porównania „rycerz i giermek”.

Drzewo przypominało „Drzewo Życia” z tym, ze nie było odwrócone, dziś znalazłem kolejny trop, kogo przedstawia się jako odwrócone „Drzewo Życia”. 

Śniące ciało

Kilka zdarzeń…

Przedzierając sie przez jakieś
gąszcza w iście tropikalnym klimacie, zatrzymałem się na chwilę
odpoczynku. Obserwując samego siebie dostrzegłam, pewien „mały”
detal, moje ciało stało się opalizująco-stało-płynne. Pojawiła
się myśl „więc to tak wygląda”.

Innym razem odpoczywam na jakieś
leśnej ścieżce, po chwili oczekiwania nadchodzi drugi ja, moje
odbicie. Koniec wyprawy teraz już jest tylko jeden;)

 

Koincydencja

Pierwszy sen sprzed kilku lat, z czasu gdy uczyłem się siebie.
Spotkałem w nim dziwnego rozmówcę, ubiór, fizjonomia, barwy nie z tego świata;)i drogę otoczoną z jednej strony murem, a gdzieś tam daleko duży samolot pasażerski na lotnisku.
W rozmowie z tym dziwnym ktosiem, przedstawiono mi przemianę, dotyczącą mnie, a później dowiedziałem się czym jest „samolot” – drogą, celem.
Wczoraj dostrzegłem dwójkę ludzi, małą dziewczynkę, która szła za rękę być może ze swoim Tatą. Widziałem wszystko z lekkiego oddalenia, gdy zbliżyli się do budynku, tuż nad nim pojawiła się zorza. Niebo, choć była to noc, było przesiąknięte specyficznym światłem, trudno to określić, granat, purpura, a zarazem otwartość przestrzeni. Zorza mieniła się wieloma barwami.
Dostrzegam, że nie jesteśmy sami, z nieba obserwują nas inni.
Daleko, blisko, wszędzie pełno „samolotów”, dużych i małych, są jakby nie tylko zlepkiem metali, ale teraz są niezależnymi istotami, które przyglądają się nam. Można dostrzec ich spojrzenia, wyraz twarzy. Zaczynam biec, coraz szybciej, jesienne liście uciekają na boki, staję się Samolotem…

Polowanie…

Ponad cztery lata temu miałem pewną rozmowę, zimny i jesienny wieczór, rozmowa zaczęła się wśród kilku czerwonych kasztanów, jedne z niewielu w moim mieście.
Notka „Brama” 07.2004.
Naprzeciw siebie stanęli, człowiek na początku swojej drogi i istota z ognia stworzona.
Jeśli walczy dwóch podobnych sobie, każdy przeciwnik jest w stanie dosięgnąć drugiego, ale co wtedy, gdy każdy pochodzi z innego świata jak zwykłe ludzie dłonie mogą dosięgnąć to, co „niewidzialne”. Trzeba odczuć tą bezsilność, gdy widzisz jak każde Twoje działanie jest niczym li tylko pustym gestem. Próbowałem wielu sposobów by uchwycić przeciwnika, wywołując tylko śmiech. „Przecież ty nie wierzysz”, „Twoja podświadomość wie, i szuka”.
Używając fortelu udało mi się „pokonać” przeciwnika. Na koniec usłyszałem słowa ”Po mnie przyjdą silniejsi”.
Minęły lata, a ja wciąż uczyłem się sztuki „polowania”, trwa to do dziś, i będzie trwać.
Atutem przeciwnika jest przyczajenie, „niewidzialność”, totalne ukrycie w najgłębszych zakamarkach duszy lub na samej powierzchni zgodnie ze słowami „Pod latarnią najciemniej”, skoro i tak nikt nic nie widzi lub uważa, że wie lepiej.
Wywabić przeciwnika z ukrycia, tylko wtedy można skutecznie działać. Nawet, gdy dzieli nas odległość, znaleźć słowo, pytanie, czuły punkt, inny szczegół, który posłuży za kotwicę.
Wyciągnąć i doprowadzić do konfrontacji, uświadomienia i jak tylko można …pomóc.

Napisałem słowa poniżej, jeszcze zanim cała historia się zaczęła, jak widać podświadomość chodzi własnymi ścieżkami;)

Oczy istoty nocy
Skóra sprężysta w każdym ruchu
Drapieżna zmysłowość gotowa do skoku
Delikatne stąpnięcia
Wkrótce zajdzie słońce, zaczną się łowy
Bezgłośne ofiary
Rozkosze smaku
Błogość spełnienia
Następnej nocy inne miejsca ofiarne krzyczącego smaku

Karma Paldren Dolkar

Duchowe imię mojej przyjaciółki, znajomość z czasów, gdy szedłem Drogą Buddy.
Razem zdarzało nam się zaszaleć, razem medytowaliśmy, razem chodziliśmy na zakupy, ot życie.
Jest sparaliżowana, od lat jeździ na wózku, dzielnie daje sobie radę i czerpie garściami z życia.
To w jej główce wykluł się pomysł, że przygotuję temat z listy, przedstawię go w Gompie przed innymi. Sprawa dotyczyła listy buddyjskich tematów, które wybrał Lama Ole, aby zwykli i przeciętni uczniowie zapoznając się z nimi mogli z większą świadomości bronić i żyć prawdami, które wybrali w swoim życiu. Jakoś sprawa się nie skrystalizowała, czy czasu nie było, czy nasze drogi się rozeszły, po prostu sprawa się rozpłynęła.
Od lat nie powtarzając, sam jestem zdziwiony w mej pamięci jest wciąż mantra Wadżarasattwy.
Moja przyjaciółka była jedną z pierwszych osób, której w jakiś sposób sen był związany ze mną. Kolejną osobą była Justyna_M, nick pewnej młodej dziewczyny, wtedy jeszcze nie studentki, mieszkamy od siebie kilkaset kilometrów, nigdy się nie widzieliśmy, i nie wiadomo jak tam u niej, jedno, co wiem, że studiuje pełną parą i to już nie ta sama osoba;) Co niektórzy zapewne pamiętają ten nick;)
Mało się znaliśmy i było dla niej totalnym zaskoczeniem, że jak to jest możliwe, że śniła w jakiś sposób o mnie, nie łatwy był to czas dla mnie, ale ktoś „życzliwy”, przesłał za jej pośrednictwem ostrzeżenie dla mnie. Nie raz dziwiłem się jak to wszystko jest poukładane, ale później to, co było na początku „dziwnością” stało się normalnością. Ludzie, miejsca, istoty, sny, kto by to wszystko teraz zliczył.

Kiedyś napisałem
/Sny są nami, a my nimi swoimi pragnieniami/

A Ty, kim jesteś?

Wizje…

Pierwsza część

Kobieta uwięziona w ciele dziecka, leżymy obok siebie, nasze zbliżenie w pewnym momencie powoduje przemianę miejsca i osoby. Już nie ma dziecka, miejsce jakby inne, inna osoba, obecna Ty, budzisz sie jakby z głębokiego snu. Jesteś zdziwiona stawiasz pytania czy przypadkiem to nie moja sprawka, zaczynam myśleć jaki jest w tym mój udział. Dajesz mi do zrozumienia, jakbym przygotowywał różne …(zabiegi?), tu brakuje mi określenia. Odczucia mówią, że te działania dotyczyły manipulowania czasem i przestrzenią, zdarzeniami, aby przyniosły pożądany efekt.
Niewidocznie działania, niewidocznie czynniki, rozmieszczone w czasie dają w pewnym momencie określony skutek „Przemianę”.
Wizja idzie dalej, idę teraz z „inną” kobietą, a może tą samą. Idziemy pod rękę, rozmawiając, opowiada mi ona o swoich znajomych i jak ją teraz odbierają, witam się z mijanymi ludźmi. Okolica wiedzie nas chwilami przez park. Kobieta jest umalowana, zadowolona, ma zdrowy wygląd, skóra, włosy, jest jakby wyższa i mocniej zbudowana od Ciebie. Pomimo tych różnic, wciąż mam odczucie, że to Ty choć już „inna”. Patrząc na jej dłonie, dostrzegam podobieństwo do Twoich dłoni, tak jakby jeszcze się do końca nie przekształciły.

Część druga

„Oczyszczanie pokoju”(mieszkania).
W porządkach pomaga mi mężczyzna, znam go, jest katalizatorem, wynosimy część rzeczy na klatkę schodową. Okazuje się, że schody są zniszczone i nie możemy przenieść „rzeczy” z pokoju.
Widzę jakieś prowizoryczne materiały, które może utrzymały by mysz, ale nie dwóch facetów.
Już to widziałem karkołomna jazdę z „załadowaną taczką” na 20 cm powierzchni o grubości papieru, tak jakby jakiś kloszard przygotował sobie posłanie. Trzymałem się zdania, że nie tędy droga, w każdej chwili możemy spaść, choć mężczyzna się upierał przy swoim aby przenosić wszystko po tym „pergaminie”. Odwiedził sąsiadów obok, jak widać mieli podobne zdanie do mojego, wyperswadowali mu co i jak, zajęliśmy się w takim razie „starą szafą”, która miała kółka, ja kierowałem, a on pchał lub ktoś inny, bo już po wizycie u sąsiadów pojawiło się jakby więcej osób.
Resztę rzeczy których nie mogliśmy wsiąść ze sobą zostawiliśmy u sąsiadów, w domyśle do czasu naprawienia „schodów”.
Teraz akcja rozgrywa się w innym pomieszczeniu, jest więcej ludzi, rozmawiamy na luzie, ale wciąż przewija się temat „przeprowadzki”. Wchodzi dziwna kobieta…
Ma sztywne włosy zaczesane trochę do tyłu, lekko opadające, cielistego koloru z domieszką zieleni.
Jej twarz podzielona jest na trzy cześć, każda część to inny kolor, linie podziału przebiegają przez nos i policzki. Kolory ziemi i roślin w różnych odcieniach zdobiły jej twarz. Rozmawiała z uśmiechem, żartując co sądzimy na temat jej wyglądu.Pomyślałem o niej „Kobieta jaszczurka”. Jednym słowem panowała ogólna wesołość w tej naszej niewielkiej gromadce.
Koniec, przyszedł czas na przebudzenie i przeanalizowanie wszystkiego i zapisanie .

a to na co natknąłem się z rana

„Jaszczurki podczas upałów pozostają w cieniu i dlatego uważa się je za strażniczki krainy cienia i czasu śnienia, jak również strażniczki snów. Jeśli pojawi się ci taki znak, zwracaj szczególną uwagę na sny. Będą zawierać bardzo ważne przekazy.”
Jednym słowem „nomen est omen”;)

Czas wrócić

Za długo już nie siadam do pisania, muzyka naciska klawisze za mnie…
Ostatnio oddałem się pewnej lekturze „Trommereisen” – Podróż na dźwiękach szamańskiego bębna, ale wszystko od początku.
Jakiś dwa miesiące lub trzy temu, zdarzyło mi się stać przed górą książek, poukładanych jedna na drugą , kilka kolumn, widzę że są jakieś „dobrze” wydane pozycje, przekopuje się przez tą małe wzgórze;)Przeglądam kilka książek, ale na jednej się zatrzymuję, czytając i odkładając ją budzi się we mnie postanowienie, że chcę ją przeczytać.
Po kilku tygodniach, gdy wszystkie książki weszły do obiegu, zacząłem poszukiwania na nowo, przy pomocy koleżanek nie było to trudne;)
Zaczęło się…
Wszedłem w świat poezji, prozy, przyrody, mitów, legend Północy, walki i poszukiwań własnej tożsamości, zachowania ginącej tradycji Plemienia.
W tym tyglu wydarzeń dostrzegłem ostatnie lata swojego życia.
Historia rozgrywa się na granicy 3 krajów Szwecji, Norwegii i Finlandii.
Z tym ostatnim krajem jest związane kilka miesięcy mojego życia choć tak się wszystko potoczyło, że nie dane było mi stanąć na tej ziemi.
Kilka lat temu poznałem pewna kobietę, była z pochodzenia Szwedką, a w jej krwi, płynęły tez śpiewy plemienia Saami. Był to też moment kiedy zaczęły wychodzić ze mnie „słowa”, choć ich nie zapisywałem, może ona je zapisywała ale nie wyprzedzajmy faktów.
Nasze życia splotły się na kilka miesięcy, poznawałem na odległość Finlandię jej oczami i jej sercem. Była śpiewaczką, miała wyjątkowy głos -altowy. Kto wie może dane mi będzie nadrobić zaległości i zanurzę się w setki wysp archipelagu sztokholmskiego.
Pewnego dnia dziewczyna odwoziła mnie na dworzec, jechaliśmy autobusem , ona miała opartą głowę na szybie, patrzyła w dal, w pewnym momencie odwraca się do mnie i mówi” Jeszcze wiele w życiu osiągniesz”, nie zrozumiałem jej w pierwszej chwili, „co masz na myśli?”, „Nie wiem po prostu tak czuję”, nie udało mi się zgłębić bardziej jej słów lub usłyszeć jakiegoś szerszego wyjaśnienia.
Patrząc z perspektywy czasu, jeśli się nie mylę była Drugą Moirą, po naszym rozstaniu zacząłem zapisywać „słowa”.
Wracając do głównego wątku , ale to tylko na chwilę;)jednym z głównych elementów fabuły jest szamański bęben plemienia Saami, odwiedzający w snach głównego bohatera, by objawić mu się później na jawie.
Nie ma to jak długo nie pisać, historia się rozrasta;)
Gdy poznałem Trzecią Moirę, a może gubię się w rachunkach, pojawił się pewien symbol zjednoczonego słońca i księżyca w okręgu, przedzielonego linia, z 10 lub 11 promieniami dookoła. Zaczęliśmy zgłębiać co może znaczyć ten symbol – totem.
Studiowałem tarcze wojenne Indian Ameryki Północnej, ich symbolikę i zdobnictwo, teraz widzę że „przeoczyłem mały szczegół” – szamańskie bębny w różnych kulturach, trochę już nadrobiłem zaległości.
Czytając książkę oddałem się podróży poprzez jawę i sen, widząc swoją Drogę.
Co spotkam jeszcze lub kogo na swojej Drodze, gdzie się zakończy , a gdzie zacznie się na nowo?

Czas pisać

Wewnętrzni ludzie…

Ostatnio zdarza mi się odwiedzić, znajomych lub nieznajomych, porozmawiać z nimi, dowiedzieć się co u nich, jak się czują, co się wydarzyło…
Czasami zrobić odwiedzinami wyłom w ich „murze” lub inne…
Wszystko było by niby normalne gdyby nie fakt, że odwiedzam „wewnętrznych” ludzi, większości z nich jest inna od tych jacy są na „zewnątrz”, ale zdarzają się wyjątki.

Fabryka snów - sztuka śnienia, bajki terapeutyczne, rozwój