„Po mnie przyjdą silniejsi”

Przybiliśmy do szerokiej grobli, która rozdzielała jezioro, wszędzie pełno żaglówek, motorówek, ludzi zażywających kąpieli, aż samemu by sie chciało skorzystać z choć krótkiej chwili ochłody.
Stojąc przy brzegu opieram sie o jakiś pomost, ludzie wsiadają na statek, jakieś krzykliwe kobiety rozpychają się niemiłosiernie, jedna z nich wpada na mnie. Nie wiem czemu ale mówię wtedy ”woda, woda”, po chwili rozwrzeszczana gromadka kobiet jest juz na statku. Znienacka pojawia się „dziwny” mężczyzna, jest coś w nim takiego, że od razu budzi to moją nieufność. Wciąga rękę, że niby chce mnie dotknąć, jakby ta jego nieporadność miała coś ukryć. Jednym ruchem wrzucam go do wody, pomiędzy brzegiem, a przycumowanym statkiem. Budzi to zdziwienie wśród pasażerów, „delikwent” nie wypływa, po chwili jeden z pasażerów stwierdzając że „tutaj tak jest głęboko” wyciąga skądś trupa i topi go sobie, skupiając na tym uwagę wszystkich.

Walczę z „kimś” albo to kumpel wrzuconego do wody albo on sam. Tylko, że teraz jest to inny wymiar, i fizyczność jest tutaj pomijalna. Postać jest bezcielesna, ale tak jakbym dostrzegał jej kontury. Nie ruszając się, ale wykonując jedno uderzenie, które nie jest uderzeniem w fizycznym znaczeniu tego słowa, miażdżę jego lewą stronę , drugie uderzenie miażdży prawą stronę. Jeśli miałby kości to każda była by połamana…

Siedzę sobie na łóżku rozmawiając z mężczyzną który wspomina jak to kiedyś pracował , w jakich warunkach i jak to się kiedyś piło. Mimo że śnię, analizuję to co wydarzyło się wcześniej. Opisuję walkę, odczuwam ją, zajmuje mi to 3 strony A4. W drugim pokoju jest ktoś kto nie odwraca sie by spojrzeć, wciąż widać jego plecy. Przychodzi mój ojciec z zapytaniem czy sobie wszystko zapisałem, podnoszę kartki z podłogi obok łóżka stwierdzając, że „tak”.

Ostoja

Pomiędzy domami, wśród betonu i stali była sobie mała „działeczka”.
Nieduża, a zarazem pełna zieleni, zakamarków, z różnymi bramami, jedna prowadziła na otwarty teren. Nie była moja, tak jakby mój znajomy umożliwił mi przebywanie w tym miejscu. Nie byłem sam, była tez ze mną jakaś kobieta, nie licząc różnych tabunów zwierząt , ale o tym później.
Pomimo, że to tylko mała oaza zieleni, chwilami było niebezpiecznie.
Jak już mówiłem zamieszkała była przez wiele zwierzątek;)
Wszędzie za mną chodził mały biały bulterierek, trochę w oddaleniu jakiś inny psiak, „tam” jeszcze jakiś inny. Przechodząc obok wielkiego kopca gałęzi i liści, który podejrzanie drżał, wyszło z niego stado zwierząt przypominające likaiony. Były mocniej zbudowane, miały większe oczy, można było wysnuć wniosek, że są przystosowane do nocnych polowań w przeciwieństwie do swoich braci likaonów. Chwila niepewności jak zareagują, ale okazuje się że nie mają wrogich zamiarów. Spokojnie korzystałem z chwil, pomiędzy „stalą i betonem” wśród zieleni rozmawiając z kobietą.

Sen w środku dnia

Nieokreślony czas, przypominający świat bez technologii, wychodzę przez okno na gzyms.
Zamyka za mną okno moja siostra, robiąc minę „csssss zamykam aby nikt nie wiedział, że wyszedłeś”, bo trochę byłem przeciw;)
Na gzymsie leżą jakieś kości, które wykorzystałem jako pociski miotające, poruszając się uważnie dotarłem do końca gzymsu. Pode mną ulica i stragan między budynkami, jakaś kobieta przygotowywała tam posiłki. Pociski miotające „gotów”, „pal”:) poleciały w kierunku straganu, za którymś kolejnym kobieta nie wytrzymała i w moim kierunku poleciała zwarta bryła owsianki:), na szczęście doleciała tylko do początku gzymsu. Ot wspomnienia…

Miejsce już się zmieniło przenosząc mnie do domu rodzinnego na wsi, gdzie wszedłem w stare sny.
Tak jakbym miał na nowo je przeżyć, niektóre pamiętałem, część wypłynęła z nieświadomości.
Dziwne uczucie śnić, wchodzić w kolejny mocny sen w sensie emocjonalnym, mając zarazem świadomość wszystkich tych poziomów. To były sny o zagrożeniu, ktoś chciał wedrzeć się do domu, czy to przez drzwi, czy to przez okno. Niebezpieczeństwo i zarazem stawienie jemu czoła, zabezpieczenie domu, jego wejść i oczekiwanie na atak Czy zabezpieczenie wytrzyma, okna nie wytrzymywały…
Rozmawiałem też z jakimiś bliskimi, wszystkie te wydarzenia wydawały się jednolitym procesem.

Na drugi dzień wróciłem w to samo miejsce, tylko że teraz akcja rozgrywała sie na podwórku.
Obok domu przepływa nieduża rzeczka, ktoś budował na drugim brzegu na powierzchni jakąś kanalizację. Woda w rzeczce była nad wyraz czysta, co było przyjemnym zaskoczeniem znając możliwości ludzi we wsi. Wśród zielonych wodorostów przepływały zbrojniki niebieskie, całe chmary. Rozmowy i działania z grupką ludzi, która stała razem ze mną na brzegu.

„Stajnia Augiasza”

Gdziekolwiek idę mam ze sobą na uwięzi latającą rybę, trochę już jest zmęczona i poobijana.
Symbol ryby ewidentnie przedstawia mnie.
Jesteśmy w fabryce, gdzie szukamy czegoś nieokreślonego, nieoczekiwanie ze ściany wytryskuje potężny strumień wody, jakby rzeka zmieniła swój bieg, płynie przez całą halę produkcyjną, zabierając wszystko ze sobą po drodze. Ryba niknie w  nurcie, przez chwilę zastanawiam sie jak ją odnaleźć, ale dochodzę do wniosku, że to juz nierealne…

Bloodlines…

Idziemy powoli, obok mnie młody chłopak opowiada mi o swojej kompani, mówi że ich mentorem jest „istota” która gra postać szaleńca w pewnej „sztuce”. Znam  to „dzieło”, stworzyli je ludzie w hołdzie swoim Panom. Poznałem pobieżnie wątki w „sztuce”, ale na dalsze wgłębianie jakoś nie mam ochoty i czasu, może kiedyś…

Bezwietrzny port

Widziałem dwa żaglowce dokujące w porcie…
Pierwszy był zwrotny, w czarnych kolorach, zbudowany z materiałów „gorszej” jakości. Jego nazwa mogła brzmieć „chytry jak lis”.
Drugi zaś przewyższał pierwszego pod każdym względem, wielkością żagli, długością pokładu, był ogromną bielą pełną majestatu.
Przy próbie wypłynięcia z portu, okazało się, że jest to niemożliwe czy to z braku wiatru, czy poziomu wody w porcie.
Żaglowce zmieniły się w ciężarówki, woda nie nakrywała nawet kół, lepiej widoczny był dla mnie biały żaglowiec-ciężarówka, który jechał po lewej stronie. Drugi też był widoczny ale jakby tuż na skraju mojego widzenia. Obydwa zmierzały do granic portu, którym była symboliczna linia gdzie kończyła się„płytkość”, a poza nią była już tylko „głębia”.
Odnosiłem wrażenie jakbym nie tylko ja je obserwował, wyczuwało się napięcie jak to się wszystko skończy, czy im się uda.
Po przekroczeniu „granicy” wskoczyły w „głębię”, żywioły morza przyjęły je do siebie, pojawił się ogromny wir, przesunął się wzdłuż „granicy”, pozostało tylko oczekiwanie.
Nagle pojawił się jeszcze większy wir, tak jakby morze miało wypluć ich z siebie, kotłująca woda uniosła się w górę…
Nie dostrzegłem najmniejszego śladu po żaglowcach, pozostało już tylko wzburzone morze.

Dziwadło

Miałem ciężki dzień, w pracy komputer na okrągło i po pracy też, wróciłem dopiero około 20 do domu i jeszcze spacerek z psem.
Zasypiałem później na siedząco, lampka nocna obok , włączony komputer i kilka płyt do przesłuchania, niektóre pozytywnie mnie zaskoczyły. Szczególnie ścieżka dźwiękowa z „Ostatniego Samuraja”, która na chwilę mnie obudziła i rozruszała;) Zasnąłem jak kamień, a gdy się obudziłem nic nie pamiętałem aby mi się coś śniło, dotarłem do łazienki, gdzie naszła mnie przytomność jako taka i przypomniałem sobie małe co nie co.

Chyba byłem w odwiedzinach, albo sam byłem tubylcem, w plemieniu przypominającym ludzi żyjących na Nowej Gwinei. To, że noszą rożne dziwne ozdoby to wiadomo, a co innego nosić te ozdoby:) jakiś zlepek gałęzi, ozdóbek wszelakich, piór i Bóg wie co tam jeszcze było, przeszkadzało mi w chodzeniu. Na szczęście w pewnym momencie samo odpadło lub nie musiałem juz tego nosić, sprawy przybrały trochę szybsze tempo. Pojawiło się dziwne stworzenie, dłonie i nogi były tej samej długości, tułów był w zaniku, tak jak i głowa, wszystko w kolorach brązu.
Całe ciało było pałąkowate, ale pomimo tego stworzonko było gibkie i szybkie, co można było zauważyć po pościgu. Zręcznie uciekało, a czym było nie mam zielonego pojęcia, tutaj tubylcy musieliby się wypowiedzieć na ten temat:) W całym tym pościgu trafiłem w pewnego pomieszczenia pełnego szyb różnych kształtow i rozmiarów, zacząłem szukać odpowiedniej „szyby”, gwoli ścisłości wszystkie były czyste i o ładnie wykończonych krawędziach. Na niektórych półkach zalegały płyty cd.

Już inna historia

Odniosłem wrażenie jakby było to „super szybki” kurs pilotażu odrzutowca.
Po krótkim przeszkoleniu wystartowałem, dziwiąc sie jakim cudem:) człowiek myśli sobie przecież to nie może być takie proste jeszcze sie zabije i co będzie;)
Wiele rzeczy wydaje się nam nie do przejścia i prawie niemożliwe, jak widać nie wszystko wygląda tak jak się nam to wydaje:)
Moje myśli zaakceptowały, że udało się wystartować, później instruktor tłumaczy co trzeba zrobić aby wylądować, ponownie pojawiają się myśli typu, że coś pomieszam, że to nie tak, jak można czymś takim latać, jak łatwo coś pomylić.
Jak widać na załączonym obrazku ciężko przełamać stereotypy, schematy i przyzwyczajenia myślowe.
Dochodzi też rozkaz, wylądowania w wyznaczonym miejscu, no cóż lecę we wskazanym kierunku, już nie myśląc „jak”;)

Wycieczka…

Proza życia, codzienność, ale gdy słońce już śpi, zdarzają
się noce, że zabieram kogoś na wycieczkę. W noc sylwestrową podróżnikiem była
moja mama, przenieśliśmy się w nadmorskie krajobrazy, skaliste wybrzeża,
zielone tarasy, półwyspy wysunięte głęboko w morze. Podziwialiśmy te nieznane miejsca
z lotu ptaka. Wyczerpująca to była podróż, w pewnym momencie poczułem, że musimy
już wracać, ostatkiem sił ściągnąłem nas do znanej przestrzeni, do naszego
miasta. Miejsce w którym się pojawiliśmy wyróżniło się tylko błękitnym
rozbłyskiem wielkości świętojańskiego robaczka.

Fabryka snów - sztuka śnienia, bajki terapeutyczne, rozwój