Orkiestra otchłani…

W opustoszałej restauracji dostrzegłem dwóch mężczyzn wspierających się na sobie.
Żartowali między sobą o białym winie, zapytałem się czy mają czerwone wino, wyciągnęli zieloną butelkę o podejrzanej jakości.
Prowadząc rozmowę zajęliśmy jeden z wielu wolnych stolików, wyglądali na mieszkańców Bliskiego Wschodu.
Ten, który był po lewej stronie jakby w oddaleniu mówił w domyśle o Bogu używając określenia “Odcinający”.
Wyglądało to na kłopoty z wymową, zacząłem mu to tłumaczyć gramatycznie, a później z zaangażowaniem całą istotę rzeczy.
Mężczyzna po prawej siedział bliżej mnie, w tym momencie dostrzegłem zmianę w zachowaniu rozmówców.
Pomimo toczącej się rozmowy, mężczyźni zaczęli się zachowywać dość nerwowo, wyglądało to jak” właśnie zostawiłem żelazko włączone w domu” lub chcieliby uniknąć nadejścia jakiś bliżej nieokreślonych wydarzeń.
Pomimo zmiany nadal udawali, jak gdyby nigdy nic.
Nie daje mi to spokoju, mówię ” że jakby się czegoś bali…”.
Nagle dostrzegam dwie nowe sylwetki, obok mężczyzny po lewej, jedna sylwetka przypomina dziewczynkę, patrzę na jej twarz, dostrzegając jej oczy.
Całe czarne, bezdenne, mówię”przecież Twoje oczy….”
Kamuflaż całkowicie opada, oczy mężczyzny obok niej zmieniają się w bezdenną otchłań czerni, stając się jednym okiem.
Odskakujemy od siebie, butelka toczy się po podłodze, z ust tego po prawej padają wyrwane z kontekstu słowa – “jesteś ciekawy”, “przyjąłeś wino i pieniądze”.
Nie wiem co o tym sądzić, później po wszystkim przychodzi odczucie, czyżby byli orszakiem dyplomatycznym.
W tle panuje piekielny hałas, kakofonia dźwięków rozrywa umysł.
Wszystko przebiega w zastraszającym tempie, góra zmienia się z dołem, pojawi się trzecia osoba, kościsty starzec.
Trudno cokolwiek zrozumieć, huk nie ustaje, padają określenia tych dwóch demonów, po siedmiokroć kim są i co robią.
Po siedmiokroć postacie symbolicznie były odbite łukiem w przestrzeni.
Za każdym słowem, jedna z siedmiu postaci znikała, pomimo psychodelicznej uwertury głos był słyszalny.
W tym całym harmidrze szukałem Boga, czułem potworny strach, jakimś cudem cały ten wrzask, bębny, grzmoty nie wciągnęły i nie rozproszyły.
Bezustannie się modliłem “Panie Jezu…”, obudziłem się, pełen tego wszystkiego spojrzałem na zegarek 4.04, po zapisaniu z czasem wszystko opadło, obudził mnie ranek.

Lemuriański fizyk kwantowy;)

Zaskakujące, otwierające, prawdziwe, powodujące, że serce się otwiera.
Przymiotników jest całkiem sporo, więc można tak i można sobie wymieniać.
Jeśli poznasz kogoś jakim jest naprawdę, żaden przymiotnik nie wystarczy.
Jest tu pewien posmak smutku, że poznawany nie wie jaki jest naprawdę.
Ciągle tylko przed oczami przelatują mu kolorowe baloniki, których nie może uchwycić, no i rozchwianie temperaturowe, nijakość, ani ciepły, ani zimny.
To jakim jest naprawdę, jest na wyciągnięcie ręki, nie zniszczył tego, ale czy sięgnie po samego siebie.
Gdyby poznał samego siebie, sądzę żę jedynie na co byłoby go stać, to tylko ogromny “karpik” z bezdechem włącznie:P
Apropo, mi było dane poznać prawdziwego lemuriańskiego fizyka;)

Klimatycznie…

Fragment morza otoczonego przez wysokie mury, ponad którymi wzniosiły się światła miasta.
Woda są klarownością, aż zachecała do kąpieli.
W pewnym momencie dostrzegłem ośmiornico-kałamarnicę , jakieś takie “coś”, które płynąc po powierzchni cieszyło się zdobyczą z człowieka(znana mi symbolika tego “czegoś”).
Stworzenie gryzło mężczyznę, wciąż wołął on o pomoc, mówiłem do swojej towarzyszki, że czuję jak go
“gryzie”, czując jego “ból”.
Wskoczyłem do wody, po chwili walki i uników, unieruchomiłem “potworka”, dociskając go stopami, zawołałem kogoś o pomoc, sprowadzało się do tego jak z zawiązaniem paczki z prezentami. Coś stylu “potrzymaj, tu palcem, a ja zrobię węzeł”.
Po wszystkim delektowałem się morzem, poźniej znalazłem się pośród wąskich i stromych uliczek, położonych tuż na skraju muru miasta. Krawędzie były zabezpieczone poziomymi barierkami, lekko wygietymi, czasami chodząc po nich bardziej z musu niż potrzeby, z powodu wąskich uliczek, zastanawiałem się, że tak naprawdę to mało co zabezpieczały, wystarczy chwila nieuwagi i jesteśmy już kilkanaście metrów niżej.
Odnoszę wrażenie, że miasto i jego budowa symbolizowało życie co niektórych ludzi.

Inne miejsce, inna symbolika.

To była jakby “gra”, trzeba było kogoś zabić, tylko był pewien problem, jakiekolwiek eliminacja przeciwnika sprowadzała się do utraty reputacji. Widziałem każdy szczegół, w pewnym momencie pojawił się Ktoś, kto wskazał wyjście z danej sytuacji.
Zadaniem była likwidacja pewnej Wysokiej Rady, wszystkich jej członków miałem możliwość zobaczyć.
Uśmiechnąłem się poznając fortel, wyjaśnienia przyniosły podpowiedź, że jeśli to pozostanie w Rodzinie i zostanie wykorzystana Vendetta, wtedy odbędzie się to według Prawa.
Dostosowując się do tego, zlikwidowałem wszystkich, postacie znikały jedna po drugiej, nic nie zostało odjete, żadne “punkty” się nie zmniejszyły.
Zakończeniem była rozmowa wyluzowanych facetów, żartujących sobie niewybrednie.

Fabryka snów - sztuka śnienia, bajki terapeutyczne, rozwój