„Ora”

Odbywały się jakieś zawody, na tyle ile pamiętam, był to siłowy sport, gdy już wszystko się skończyło, sala opustoszała.
Gdzie nie gdzie pozostał jeszce ktoś.
Biegłem dookoła sali bawiąc się piłką, w pewnym momencie zacząłęm śpiewać, zaintrygowało mnie, co się dzieje ze mną, jak działa na mnie ten „śpiew”.
Było to tylko jedno słowo „Ora”, które rozbrzemiwało, pulsowało, zmieniając…
Czyniło mnie „lekkim”, pomyślałem o suficie mogę tam być, byłem, przeskakiwałem przeszkody z wciaż słyszalnym przeciągającym się „Ora” nic nie było problemem. Było tylko „Ora”.

Święta i Mały Książę

Pewnego razu, znienacka, totalnie z zaskoczenia, Mały Książę dostał wiadomość.
Treść była bardzo zaskakująca, z tytułu że żył sobie na bardzo małej planetce i nigdzie nie podróżował, tym bardziej go zaskoczyła.
Dostał zaproszenie do odległego Miasta Miłości, to dla niego jakby na innej planecie,aby tam w skrytym i nieskrytym miejscu porozmawiać ze pewną Świętą.
I tak jak stał i w tym czym był, pojechał w siną dal na spotkanie.
Miał farta i szczęśliwie dotarł na miejsce, po krótkiej wędrówce usiadł w tym cichym azylu, zastanawiając się mocno o czym będą rozmawiać, on jest przecież taki tyci tyci, a Święta to ogromna osoba w porównaniu do niego.
O czym to mogą rozmawiać Święci i tacy mali chłopcy jak on, chodziło mu wciąż po jego małej główce.
Nasłuchiwał wszystkimi swoimi zmysłami, serduszko biło mu zapewne jak oszalałe choć on nawet tego nie czuł.
Siedząc sobie w ciszy, zastanawiał się swoim małym rozumkiem gdzie jest ta Święta, czy już przyszła czy nie.
Święta musiała widzieć całe to jego „myślenie” i zrobiła mu niespodziankę, cichutko usiadła sobie obok niego delikatnie dotykając go w ramię.
Od tej chwili Mały Książę już nie myśli o Świętej jako „ogrrrrrrrrrrrooooooooooooooomnej”.
Stała się  mu bliższa, bo czymże jest ”małe” lub „duże” gdy dwa serca rozmawiają?

Czas wody zastąpił czas ziemi

Niektóre wizje mnie zaskakują,
ale pomimo tego jak „piękne” czy „brzydkie” by nie były,
nie mogą być podstawą do opierania na nich swoich działań.

Inna sprawa w ostatnim czasie dała mi
do myślenia; zbieram informacje, przesiewam fałsz, półprawdy,
czasami jakieś ziarenko prawdy. Informacje dotyczą dwóch
nacji, nie wiem na ile można powiedzieć czy moja działalność
jest skuteczna, ale powoduje ona odwety z ich strony. Nie sądziłem
nawet, że tak mogą reagować, czując się zagrożeni moim
działaniem. Przypomina to działalność psychologa dochodzeniowego
każde zachowanie, realne, czy przerysowane daje obraz przestępcy.
Wykorzystuję te informacje, by zrozumieć motywy i ich zachowania w
relacjach z ludźmi, i jak też ludzie mogą się zachowywać będąc
pod ich wpływem.

„Zastrzeliło” mnie ich oskarżenie
o sprawy „przywódcze” mój rozmówca przekazał
mi ich obawy i oskarżenia, mówiąc mi, że tego nie może
powiedzieć. Nie wiem z jakich względów, czy nie mógł,
czy też po prostu nie znał ich toku rozumowania.

Wracając wieczorem autobusem trochę
oświeciło mnie w tym względzie co „oni” mogli rozumieć pod
pojęciem „przywództwa”, ot takie moje dywagacje. Przez to
że z nikim nie mogę się podzielić swoimi przeżyciami sam muszę
być sobie „mentatem”, analizując i szukając najdrobniejszych
przesłanek i śladów. Poznanie „przeciwnika” pomaga w strategii
działania, w pracy z ludźmi.

Alegorie

Wiele wizji, snów, przemyśleń i niezrozumiałości
Wyciągania wniosków, interpretacji, obserwacji lub poprostu puszczenia wszystkiego
Pisać o tym teraz i ostatnio, jakoś nie ma tej otwartości i chęci
Proza życia ma swoja wagę, która chwilami odbija się piętnem na Nas samych
Leukemia, obawy, przeszłość i przyszłość, alienacja, ucieczka, samotność i głucha cisza
Oddam duszę muzyce…

„Po mnie przyjdą silniejsi”

Przybiliśmy do szerokiej grobli, która rozdzielała jezioro, wszędzie pełno żaglówek, motorówek, ludzi zażywających kąpieli, aż samemu by sie chciało skorzystać z choć krótkiej chwili ochłody.
Stojąc przy brzegu opieram sie o jakiś pomost, ludzie wsiadają na statek, jakieś krzykliwe kobiety rozpychają się niemiłosiernie, jedna z nich wpada na mnie. Nie wiem czemu ale mówię wtedy ”woda, woda”, po chwili rozwrzeszczana gromadka kobiet jest juz na statku. Znienacka pojawia się „dziwny” mężczyzna, jest coś w nim takiego, że od razu budzi to moją nieufność. Wciąga rękę, że niby chce mnie dotknąć, jakby ta jego nieporadność miała coś ukryć. Jednym ruchem wrzucam go do wody, pomiędzy brzegiem, a przycumowanym statkiem. Budzi to zdziwienie wśród pasażerów, „delikwent” nie wypływa, po chwili jeden z pasażerów stwierdzając że „tutaj tak jest głęboko” wyciąga skądś trupa i topi go sobie, skupiając na tym uwagę wszystkich.

Walczę z „kimś” albo to kumpel wrzuconego do wody albo on sam. Tylko, że teraz jest to inny wymiar, i fizyczność jest tutaj pomijalna. Postać jest bezcielesna, ale tak jakbym dostrzegał jej kontury. Nie ruszając się, ale wykonując jedno uderzenie, które nie jest uderzeniem w fizycznym znaczeniu tego słowa, miażdżę jego lewą stronę , drugie uderzenie miażdży prawą stronę. Jeśli miałby kości to każda była by połamana…

Siedzę sobie na łóżku rozmawiając z mężczyzną który wspomina jak to kiedyś pracował , w jakich warunkach i jak to się kiedyś piło. Mimo że śnię, analizuję to co wydarzyło się wcześniej. Opisuję walkę, odczuwam ją, zajmuje mi to 3 strony A4. W drugim pokoju jest ktoś kto nie odwraca sie by spojrzeć, wciąż widać jego plecy. Przychodzi mój ojciec z zapytaniem czy sobie wszystko zapisałem, podnoszę kartki z podłogi obok łóżka stwierdzając, że „tak”.

Ostoja

Pomiędzy domami, wśród betonu i stali była sobie mała „działeczka”.
Nieduża, a zarazem pełna zieleni, zakamarków, z różnymi bramami, jedna prowadziła na otwarty teren. Nie była moja, tak jakby mój znajomy umożliwił mi przebywanie w tym miejscu. Nie byłem sam, była tez ze mną jakaś kobieta, nie licząc różnych tabunów zwierząt , ale o tym później.
Pomimo, że to tylko mała oaza zieleni, chwilami było niebezpiecznie.
Jak już mówiłem zamieszkała była przez wiele zwierzątek;)
Wszędzie za mną chodził mały biały bulterierek, trochę w oddaleniu jakiś inny psiak, „tam” jeszcze jakiś inny. Przechodząc obok wielkiego kopca gałęzi i liści, który podejrzanie drżał, wyszło z niego stado zwierząt przypominające likaiony. Były mocniej zbudowane, miały większe oczy, można było wysnuć wniosek, że są przystosowane do nocnych polowań w przeciwieństwie do swoich braci likaonów. Chwila niepewności jak zareagują, ale okazuje się że nie mają wrogich zamiarów. Spokojnie korzystałem z chwil, pomiędzy „stalą i betonem” wśród zieleni rozmawiając z kobietą.

Sen w środku dnia

Nieokreślony czas, przypominający świat bez technologii, wychodzę przez okno na gzyms.
Zamyka za mną okno moja siostra, robiąc minę „csssss zamykam aby nikt nie wiedział, że wyszedłeś”, bo trochę byłem przeciw;)
Na gzymsie leżą jakieś kości, które wykorzystałem jako pociski miotające, poruszając się uważnie dotarłem do końca gzymsu. Pode mną ulica i stragan między budynkami, jakaś kobieta przygotowywała tam posiłki. Pociski miotające „gotów”, „pal”:) poleciały w kierunku straganu, za którymś kolejnym kobieta nie wytrzymała i w moim kierunku poleciała zwarta bryła owsianki:), na szczęście doleciała tylko do początku gzymsu. Ot wspomnienia…

Miejsce już się zmieniło przenosząc mnie do domu rodzinnego na wsi, gdzie wszedłem w stare sny.
Tak jakbym miał na nowo je przeżyć, niektóre pamiętałem, część wypłynęła z nieświadomości.
Dziwne uczucie śnić, wchodzić w kolejny mocny sen w sensie emocjonalnym, mając zarazem świadomość wszystkich tych poziomów. To były sny o zagrożeniu, ktoś chciał wedrzeć się do domu, czy to przez drzwi, czy to przez okno. Niebezpieczeństwo i zarazem stawienie jemu czoła, zabezpieczenie domu, jego wejść i oczekiwanie na atak Czy zabezpieczenie wytrzyma, okna nie wytrzymywały…
Rozmawiałem też z jakimiś bliskimi, wszystkie te wydarzenia wydawały się jednolitym procesem.

Na drugi dzień wróciłem w to samo miejsce, tylko że teraz akcja rozgrywała sie na podwórku.
Obok domu przepływa nieduża rzeczka, ktoś budował na drugim brzegu na powierzchni jakąś kanalizację. Woda w rzeczce była nad wyraz czysta, co było przyjemnym zaskoczeniem znając możliwości ludzi we wsi. Wśród zielonych wodorostów przepływały zbrojniki niebieskie, całe chmary. Rozmowy i działania z grupką ludzi, która stała razem ze mną na brzegu.

„Stajnia Augiasza”

Gdziekolwiek idę mam ze sobą na uwięzi latającą rybę, trochę już jest zmęczona i poobijana.
Symbol ryby ewidentnie przedstawia mnie.
Jesteśmy w fabryce, gdzie szukamy czegoś nieokreślonego, nieoczekiwanie ze ściany wytryskuje potężny strumień wody, jakby rzeka zmieniła swój bieg, płynie przez całą halę produkcyjną, zabierając wszystko ze sobą po drodze. Ryba niknie w  nurcie, przez chwilę zastanawiam sie jak ją odnaleźć, ale dochodzę do wniosku, że to juz nierealne…

Bloodlines…

Idziemy powoli, obok mnie młody chłopak opowiada mi o swojej kompani, mówi że ich mentorem jest „istota” która gra postać szaleńca w pewnej „sztuce”. Znam  to „dzieło”, stworzyli je ludzie w hołdzie swoim Panom. Poznałem pobieżnie wątki w „sztuce”, ale na dalsze wgłębianie jakoś nie mam ochoty i czasu, może kiedyś…

Bezwietrzny port

Widziałem dwa żaglowce dokujące w porcie…
Pierwszy był zwrotny, w czarnych kolorach, zbudowany z materiałów „gorszej” jakości. Jego nazwa mogła brzmieć „chytry jak lis”.
Drugi zaś przewyższał pierwszego pod każdym względem, wielkością żagli, długością pokładu, był ogromną bielą pełną majestatu.
Przy próbie wypłynięcia z portu, okazało się, że jest to niemożliwe czy to z braku wiatru, czy poziomu wody w porcie.
Żaglowce zmieniły się w ciężarówki, woda nie nakrywała nawet kół, lepiej widoczny był dla mnie biały żaglowiec-ciężarówka, który jechał po lewej stronie. Drugi też był widoczny ale jakby tuż na skraju mojego widzenia. Obydwa zmierzały do granic portu, którym była symboliczna linia gdzie kończyła się„płytkość”, a poza nią była już tylko „głębia”.
Odnosiłem wrażenie jakbym nie tylko ja je obserwował, wyczuwało się napięcie jak to się wszystko skończy, czy im się uda.
Po przekroczeniu „granicy” wskoczyły w „głębię”, żywioły morza przyjęły je do siebie, pojawił się ogromny wir, przesunął się wzdłuż „granicy”, pozostało tylko oczekiwanie.
Nagle pojawił się jeszcze większy wir, tak jakby morze miało wypluć ich z siebie, kotłująca woda uniosła się w górę…
Nie dostrzegłem najmniejszego śladu po żaglowcach, pozostało już tylko wzburzone morze.

Dziwadło

Miałem ciężki dzień, w pracy komputer na okrągło i po pracy też, wróciłem dopiero około 20 do domu i jeszcze spacerek z psem.
Zasypiałem później na siedząco, lampka nocna obok , włączony komputer i kilka płyt do przesłuchania, niektóre pozytywnie mnie zaskoczyły. Szczególnie ścieżka dźwiękowa z „Ostatniego Samuraja”, która na chwilę mnie obudziła i rozruszała;) Zasnąłem jak kamień, a gdy się obudziłem nic nie pamiętałem aby mi się coś śniło, dotarłem do łazienki, gdzie naszła mnie przytomność jako taka i przypomniałem sobie małe co nie co.

Chyba byłem w odwiedzinach, albo sam byłem tubylcem, w plemieniu przypominającym ludzi żyjących na Nowej Gwinei. To, że noszą rożne dziwne ozdoby to wiadomo, a co innego nosić te ozdoby:) jakiś zlepek gałęzi, ozdóbek wszelakich, piór i Bóg wie co tam jeszcze było, przeszkadzało mi w chodzeniu. Na szczęście w pewnym momencie samo odpadło lub nie musiałem juz tego nosić, sprawy przybrały trochę szybsze tempo. Pojawiło się dziwne stworzenie, dłonie i nogi były tej samej długości, tułów był w zaniku, tak jak i głowa, wszystko w kolorach brązu.
Całe ciało było pałąkowate, ale pomimo tego stworzonko było gibkie i szybkie, co można było zauważyć po pościgu. Zręcznie uciekało, a czym było nie mam zielonego pojęcia, tutaj tubylcy musieliby się wypowiedzieć na ten temat:) W całym tym pościgu trafiłem w pewnego pomieszczenia pełnego szyb różnych kształtow i rozmiarów, zacząłem szukać odpowiedniej „szyby”, gwoli ścisłości wszystkie były czyste i o ładnie wykończonych krawędziach. Na niektórych półkach zalegały płyty cd.

Już inna historia

Odniosłem wrażenie jakby było to „super szybki” kurs pilotażu odrzutowca.
Po krótkim przeszkoleniu wystartowałem, dziwiąc sie jakim cudem:) człowiek myśli sobie przecież to nie może być takie proste jeszcze sie zabije i co będzie;)
Wiele rzeczy wydaje się nam nie do przejścia i prawie niemożliwe, jak widać nie wszystko wygląda tak jak się nam to wydaje:)
Moje myśli zaakceptowały, że udało się wystartować, później instruktor tłumaczy co trzeba zrobić aby wylądować, ponownie pojawiają się myśli typu, że coś pomieszam, że to nie tak, jak można czymś takim latać, jak łatwo coś pomylić.
Jak widać na załączonym obrazku ciężko przełamać stereotypy, schematy i przyzwyczajenia myślowe.
Dochodzi też rozkaz, wylądowania w wyznaczonym miejscu, no cóż lecę we wskazanym kierunku, już nie myśląc „jak”;)

Wycieczka…

Proza życia, codzienność, ale gdy słońce już śpi, zdarzają
się noce, że zabieram kogoś na wycieczkę. W noc sylwestrową podróżnikiem była
moja mama, przenieśliśmy się w nadmorskie krajobrazy, skaliste wybrzeża,
zielone tarasy, półwyspy wysunięte głęboko w morze. Podziwialiśmy te nieznane miejsca
z lotu ptaka. Wyczerpująca to była podróż, w pewnym momencie poczułem, że musimy
już wracać, ostatkiem sił ściągnąłem nas do znanej przestrzeni, do naszego
miasta. Miejsce w którym się pojawiliśmy wyróżniło się tylko błękitnym
rozbłyskiem wielkości świętojańskiego robaczka.

Loup-garou…

Trzy dni temu oglądałem pewien film, mógłby wmówić sobie, że jestem jak małe dziecko, a później „śnię” na podstawie filmu.
Tylko, że jest jeden szkopuł, wczoraj po wielomiesięcznej przerwie nawiązała kontakt Cesarzowa, choć przez cały ten czas było to zakazane.
Czas pokaże, co jest tego przyczyną.

Gabriel przywódca sfory pokazywał mi sztukę opanowania, podejścia.(a może to był pokaz siły)
Nie dopuszczał do swojej przemiany, zachodził mnie od tyłu, wciąż czekałem na jego krok. W pewnym momencie nie wytrzymałem obróciłem sie warcząc niczym wilk, budząc sie przy tym, przechodząc z śnienia do jawy, jakby wychodząc z wody, z rozmazania do ostrości.

Do rana był to już płytki sen przeplatany, pewną symboliką.
Rozmowy z kobietami w różnym wieku i przenoszenia je w różnorodne miejsca.
Wchodzenie na na kilkudziesięciometrowy budynek i przymierzanie sie do skoku, dochodząc do wniosku , że to jeszcze nie czas aby skakać.

Odwiedziny…

Niedawno znajoma „była wiedźma” opowiadała mi, jak to się zdarzyło, że odwiedziłem ją z grupką swoich podopiecznych, mówiąc krótko kolorowa to gromadka. Tłum ludzi, a ona bidulka nie mogła się dopchać, aby porozmawiać ze mną;) Dodatkowo zachowywałem się jakbym jej nie zauważał, co ją dodatkowo rozsierdziło, a już szczytem wszystkiego było, że jeszcze chciałem uzyskać od niej jakąś informacje udając, że w ogóle mnie to nie interesuje. Pomimo wszystko dzielnie przeżyła ten najazd.
Nasunęła mi się myśl jak mało się znam, przypominając sobie odmienną sytuację, sprzed ponad roku, którą opisywałem już wcześniej.

Pewien „pokój” był pułapką, znalazła się w nim młoda dziewczyna, córka Nocy.
Na tamten czas nikt nie wiedział kto i w jakim celu wysłał grupę napastników, mała nie miała żadnych szans.
Jakimś cudem znalazłem się w odpowiednim czasie i miejscu, żaden nie przeżył.
Po tym całym wydarzeniu spotkałem się z jej matką, Matką wszystkich Róż, przyjmując jej podziękowania.
Pamiętam jej uśmiech, gdy pytała się, „co to się stało, że Masai nas ratuje”.
Przemilczałem odpowiedź uśmiechając sie podobnie do niej.

Gdzie mnie nie poniesie…

Niedawno

Jechałem samochodem, z przewodnikiem,
przez strumienie, kamienie i inne nierówności terenu. Przejeżdżając przez rzekę obawiałem
się że samochód odmówi posłuszeństwa, poziom wody
był dość wysoki, ale co tam maszynka dzielnie przedarła się na
drugą stronę. Mieliśmy odwiedzić kogoś w tej
głuszy, ale nic z tego, przewodnik dostał wiadomość i jedziemy w
przeciwną stronę, droga wiedzie przez malownicze tereny, za oknem
dostrzegam bardzo oryginalne budowle. Dojeżdżamy na miejsce,
okazuje się że czeka na mnie kilku mężczyzn, którzy chcą
ze mną porozmawiać. Wnioskuję, że są stróżami prawa, ale
posturą nie grzeszą, widocznie mają inne atuty, lub jeszcze co
innego. Podczas rozmów okazuje się , że zależ im abym ich
skontaktował z pewną „komórką”, jednostką do zadań
specjalnych. W pewnym momencie pokazują mi
zdjęcie-obraz, wszystko jest przedstawione w zielonej poświacie,
zdobione roślinnymi elementami, dostrzegam główki dzieci
ułożone w kształcie klepsydry, na samym szczycie znajdowała się
głowa dorosłego. Zastanawiające co mógł przedstawiać ten
obraz.

Ostatnia noc

Pierwsze co można było powiedzieć,
że dziwny to świat, grawitacja była w nim znikoma. Wystarczył
mały zbiornik z powietrzem, malutka piłka, a wystarczyło do
poprawienia zwrotności, lotu, łatwości unoszenia się, czułem się
niczym samolot bojowy:D.
Dobrze, już jestem poważny, idziemy
dalej. Głównym tematem była wizyta w „Katedrze”,
potężny budynek który mieszkańcy traktowali jak arenę,
główne pomieszczenie musiało mieć z kilkadziesiąt metrów
wysokości, co za tym idzie długość była kilkakrotnie większa. W
różnych zaułkach, korytarzach, pokojach można było trafić
na przeciwnika, zadanie niby proste od po prostu wyjść z budynku.
Wszystko przy tym było misternie zdobione, gzymsy, mozaiki, ogólnie
cały styl przypominał ten z Bliskiego Wschodu. Nie zapominajmy, że
z tą grawitacją jest coś nie tak, wszyscy używali „pistoletów
odrzutowych”, więc wyobraźmy sobie jak to wpływać musiało na
rozgrywkę, przeciwnik mógł się pojawić w każdym miejscu i
zarazem jeszcze szybciej zniknąć. Adrenalina pełną parą.
Pierwsze wyjście z budynku zaliczone. Spotkałem się z grupą ludzi
którzy analizowali rozgrywkę, a zarazem wspominali sobie
rożne historie. Odwiedzałem rożne miejsca , rożnych ludzi i
wszędzie ta „grawitacja”, a raczej jej „prawie brak”;). W pewnym
momencie postanowiłem jeszcze raz „wyjść” z Katedry. Gdy
znalazłem się na miejscu wszędzie wiało pustką, mogłem
poćwiczyć odrzut, pobawić się, a zarazem markować prawdziwą
walkę, zaobserwować działanie „pistoletu”, wychodząc wróciłem
do swoich znajomych, rozmawiając wspomniałem im, że od takiej
ilości adrenaliny nie źle można się uzależnić, nic sobie z tego
nie robili. Opowiadali sobie historię jak to jeden z nich
„wychodząc” z Katedry wracał do siebie na „odrzucie”,
widocznie miał do przebycia spory kawałek, lub nie było przyjęte
używanie go poza Katedrą. Wiele spotkań, rozmów, latania w
obniżonej grawitacji, sprawdzania rożnych wielkości piłek,
balonów jak na poligonie;)

Przeniosłem się do innego miejsca,
ale zasady podobne wciąż obniżona grawitacja.

Rozległa polana, otoczona gęstym
lasem, trawa na wysokość pasa, ponuro i mglisto. Atmosfera trupia,
także teren nie ciekawy. Dostrzegam w oddali ogień, przelatując
ponad polem traw dostrzegam pod sobą w chaszczach, coś na kształt węża
i to nie małych rozmiarów, potężne cielsko z tym, że jakby
był porozcinany, zarazem nadal żył, nieciekawa sytuacja.
Sprawa z ogniem się wyjaśnia, okazał
się nim „człowiek” który wymachując czymś w rodzaju
kostura otacza się ogniem, sam nim się stając. Odbieram to jako
demonstrację siły, obserwując delikwenta z różnych stron,
skradając się pod różnym kątami poprzez gałęzie, dostrzegam
małe suche gałązki, staram się ich nie połamać. Obserwacja i
oddalenie, na nic się zdały ognista demonstracja i zwoje
martwo-żywego cielska. Spokojnie wracam ponad polem
traw, nic sobie nie robiąc ze sztuczek „piromana nekromanty”.

“Śnij swą intencję mnie. Zamierz mnie w przód!”

Sporo czas upłynęło już od tej rozmowy, rozmawiałem z pewną kobietą, która „przyszła” porozmawiać ze mną jako swoim uczniem, jednym z pewnej grupy.
Dała mi do zrozumienia, że jestem pojętnym uczniem, może nie najlepszym, ale gdyby było trochę gorzej, to ta rozmowa nie miałaby miejsca. Dało mi to wtedy do myślenia, czego to ja się „tam” uczę. Mając na uwadze słowa Melisy, że przyjdzie czas na przypomnienie sobie różnorodnych elementów „układanki”, przychodzą chwile, w których obraz się klaruje.
Nawet czytając pewne książki, przychodzi olśnienie, ostatnio czytając „Sztuka śnienia”
C. Castanedy, pewien jej fragment któryś raz z kolei, przyszło zrozumienie. Wcześniej widziałem w tym przerost formy nad treścią zdziwiłem się, co miałoby to obrazować, a tu masz czytam i o rany… przecież to zazębia się z moimi ostatnimi doświadczeniami w śnieniu, pomijając wątek kulturowy i tradycji. Takich różnych smaczków można było by wiele przytaczać.
Pamiętam jak dziś wygłupialiśmy się, w pewnym momencie uczyniłem ruch dłonią dotykając Cię w specyficzny sposób, i od razu padły Twoje słowa „widać, że poznałeś ich czuły punkt”.
W niedługim czasie po tym wydarzeniu „wpadła” na małe ”te ta te” Cesarzowa, nie omieszkając wspomnieć, że już wie, że znam ich „czuły punkt”.
Każde doświadczenie, to koralik i tak koralik do koralika…

Pola, strumień, las i obywatel Wszechświata

Dzień był słoneczny, szedłem sobie niewielkim zagajnikiem nad strumieniem, mała dolina pośród pól. Pamiętam, że ścieżka była szeroka i błotnista, drzewa skutecznie tworzyły cień, nie dopuszczając słońca do zakamarków w poszyciu lasu. W pewnym momencie widzę, niewielką istotkę, która całą swoją postawą i zachowaniem, nawet to jak obracała głowę pokazała mi, że wszedłem na jej teren. Obróciła się plecami do mnie dając do zrozumienia abym za nią poszedł, ciekawy i zaniepokojony poszedłem za nią. Tego chodu nie można zapomnieć, sposób stawiania stóp, do zewnętrznej strony, budził uśmiech pomimo niepewnej sytuacji, rekord Guinnesa za takie kroki. Przez błoto, przez chaszcze, przewrócone drzewa mój przewodnik nie przejmował się żadnymi przeszkodami, parł do przodu, że zastanawiałem się, kiedy ostatnim razem przechodził tędy człowiek Doszliśmy do miejsca, w którym, strumień przechodził w łuk, jeszcze większe przeszkody przed nami, a on przez do przodu i na nic się nie ogląda, gdybym może by z dwa razy mniejszy było by mi łatwiej, ale jakoś dałem radę.
Nad samym strumieniem odnalazł pień ściętego drzewa, proponując mi go jako krzesło, a sam stanął w oddaleniu chowając się za gałęziami niewielkiego drzewa. Przeszliśmy do rozmowy, choć tego tak bym nie nazwał. Dźwięki, które wydobywał z siebie, gdyby mogły to by mnie obaliły na ziemię i zrobiły ze mnie kupkę kurzu. Twarde głoski, zgrzyt, same gardłowe dźwięki mieszające się z warczeniem, zaczynało się robić nieciekawie. Mówiłem do niego, ale przynosiło to jeden skutek, żaden. Wybrał sobie jedną gałąź, którą upodobał sobie do zasłaniania mojego czoła i traktował ją jako wskaźnik i element swojej artykulacji. Zrozumiałem jedno coś mu się nie podobało, co widział na moim czole, było to piętno-znak.
Dalej przeprowadzał swoją warcząco-szeleszczącą tyradę, z czasem troszeczkę ciśnienie mu opadło, przybliżył się i poczęstował mnie jednym liściem z małej roślinki rosnącej na wyciagnięcie ręki. Trochę miałem obawy o smak tego poczęstunku, ale okazało się, że było całkiem całkiem. Wyszedłem z zasady, że jeśli Cię ktoś czymś częstuje, wypadałoby skosztować, aby nie obrazić gospodarza. Czas zatarł słowa, które byłyby zrozumiałe, a padły wtedy z jego ust, było ich raptem kilka. Wszystko wskazywało na to, że nie podobało mu się, że chodzę sobie po ziemi, nie mając pełnej świadomości i znaczenia znaku, jaki noszę. Żegnając się w pokojowych warunkach, wybrałem drogę powrotną, przechodząc przez strumień o mało nie nabawiłem się zawału, niespodziewanie wyskoczyła sarna, jeden skok i tyle ją widziałem. Gdy wracałem „przyszedł” nowy rozmówca wyjaśniając całe to zdarzenie.

Pytania

Starym zwyczajem zdarza mi się
odpoczywać przy muzyce, uzbrojony w słuchawki oddałem się
relaksowi. Tak się jakoś złożyło, że pod koniec „kawałka”
były nagrane pytania w języku angielskim, zburzyły mi trochę
całokształt, ale pomyślałem sobie, a co tam , zabawimy się.

Pytania były sformułowane w stylu kim
jesteś, co jest dla Ciebie ważne, łącznie było ich chyba z pięć.
Zadając sobie wewnętrznie te pytania, otrzymałem trzy obrazy,
pierwszy dotyczył tego kim jestem, następne dwa dotyczyły
przełomowych i przyszłych wydarzeń w moim związku.

W przestrzeni dostrzegłem potężne
drzewo, przypominające sekwoję, jego korzenie były widoczne i
oplatały jakby niewidoczną kulę.

Wyjaśniłem sobie ten symbol na wiele
sposobów, ale odczucie pozostaje jedno pokora plus
konsternacja. Zdarzało się, że ten element wykorzystywali
niektórzy moi „rozmówcy” używając symbolicznego
porównania „rycerz i giermek”.

Drzewo przypominało „Drzewo Życia” z tym, ze nie było odwrócone, dziś znalazłem kolejny trop, kogo przedstawia się jako odwrócone „Drzewo Życia”. 

Fabryka snów - sztuka śnienia, bajki terapeutyczne, rozwój