List do przyjaciela…

Przyjacielu, widzisz we mnie człowieka, z którym już od lat nie jedno razem przeszedłeś, ale jest coś o czym jeszcze o mnie nie wiesz, co ukrywałem przed Tobą.
Przez te wszystkie lata, nie poznałeś mnie od tej jednej strony.
Choć wiem kiedy to się zaczęło, to wiem też, że działo się to w moim życiu od zawsze.
Większość ludzi postrzega przestrzeń jako coś sztywnego i ograniczonego prawami fizyki, jak tylko możliwe jest to w przypadku ludzi.
W moim przypadku te prawa nie działają.
Wielostronność odczuwania niezliczonych przestrzeni daje wolność, jaką niewielu może posmakować…
Ale ta wolność, to zobowiązania, które są ponad prawami fizyki.
Wolność, która idzie drogą moralności i uznawania praw innych, nie straci skrzydeł
Wyniesie Cię w błogosławieństwie tam gdzie jeszcze nie byłeś.
Mamy dużo czasu do nadrobienia i mam nadzieję, że Twoja piwnica jest dobrze zaopatrzona, w przednie trunki, wiele wieczorów przed nami.
Chcę podzielić się z Tobą tym wszystkim czego doświadczyłem, doświadczam teraz i tego co przede mną.

Orfeusz Bruxo

Cesarzowa…

To było tuż przed i na samym początku.
Trzy sny, trzy zapowiedzi-ostrzeżenia.
„karta” – grałem główną rolę zawieszony za jedną nogę o skrzydło lecącego samolotu.
ludzie – znani i ci którzy dopiero będą poznani.
„Przeciwnik w atrakcyjnej skórze” – na tamten czas nie miałem zielonego pojęcia, kto to może być, poza jednym, że nasze cele nie idą w tym samym kierunku.
Sen trzeci mógł rozwinąć się tak…
Pewnego dnia spotyka mnie zaszczyt poznania nieznajomej ze snu.
Dla jednych jest alfą i omegą, Panią życia i śmierci.
Dla wielu Matką i Przywódcą.
Dla innych niepoznaną tajemnicą, która od wieków skryta jest w cichości nocy.
Przez pierwszy czas byłem obserwowany, nie tylko przez Jej posłańców.
Chciała poznać historię mojego życia i mnie, no cóż dobry wróg, to znany wróg.
Tak to wszystko się potoczyło, że teraz jest status quo i nawet przerodziło się to w obopólną współpracę, jeśli powstawała sytuacja, która tego wymagała.
Poznałem niektórych poddanych i część Jej Rodziny.
Córki…których wysokie urodzenie różne miało przejawy.
Pierwsza chciała zmieniać odwieczne Prawa, z takim zapałem, że mało kto ją mógł powstrzymać, jeśli siła nie była drogą do sukcesu to potrafiła stworzyć sytuację, która gwarantowała jej sukces.
Oczywiście co nie znaczy, że w momencie kiedy nie tak realizowały się plany, nic nie stało na przeszkodzie by wyżyć się na jednym zamku Matki i trochę go zdewastować;)
Druga była rozdarta pomiędzy dwoma Światami, który by nie wybrała zawsze byłaby inna.
Pachniała charakterystycznie i delikatnie ale…słynęła z dobrego miecza, nie jeden się o tym przekonał, pozory czasami mylą;) Jej Matka pokazała mi jej obraz co nie w smak było mojej rówieśniczce, przeliczając na odpowiedni „czas”. Później zrealizowaliśmy razem kilka pomysłów, śmiejąc się z samych siebie.
Ostatnio poznałem Trzecią, ale nie było czasu na dłuższą rozmowę, wyjaśniła mi tylko pewne sprawy.

Sen, czy to wszystko mi się śni…a może pod płaszczem delikatnej mgły ukrywa się coś więcej?
Może tam gdzie pozwalamy prawdziwie oddychać sercu, odsłaniamy delikatny woal, dostrzegając wyjątkowości życia, które nie jest ograniczone, wolne i jakże wspaniałe bo zwyczajne;)

Barwy życia…

Przyszedł do mnie Kwiat strudzony
Żyjąc tracił barwy
Powiedział „Zapomniałem jak się śpiewa, nie potrafię tworzyć. Nie wiem co się stało, tak niewiele pamiętam.”
Choć tego nie mówił głośno, to szeptał…tak bardzo…bardzo, pomocy…pomocy.
Szukał w różnych miejscach, błądził szukając Prawdy o sobie.
Nie zastanawiając się wiele, powiedziałem „Chodź za mną”.
Uczyłem go pierwszych tonów, na nowo je odczuwać, zwracając uwagę na dysonanse.
Dałem mu swoje braterstwo i schronienie
Wspolnie śpiewaliśmy, czyniąc serca Nasze otwarte na Pieśń nad Pieśniami.
Znałem jego skazę, pomagałem mu uwolnić się od niej.
W muzyce płynącej sercem odczułem wstrząs
Melodia Kwiatu zmieniła się
Od tej pory postrzegał inaczej dźwięki otaczającego go świata,
Barwy i ruch, nabrały innego wymiaru, już nie były rozdwojone i rozmazane
Zaczął postrzegać wszystko takim jakie jest naprawdę
Uczynił krok…

Odkupienie…

Me życie schodziło do lochu
Zatracałem się w pragnieniach mroku
Błogi uśmiech nie na mych ustach wykwitał
W zapamiętaniu szedłem w zatracenie
Odnaleziony…
Rozwinęła się rzeka zdarzeń, rozmów, spotkań, gości,
A gdzieś pomiędzy słowa Pani Światów
„…Nie chciej nas widzieć, nie pragnij tego…czuj…”
Dotykiem odczuć widzę tych, którym było w smak me zatracenie
Teraz dobywam , to co mi pisane
Odkrywając ich kroki, rzucając światło, tam gdzie cień wiedzie ich drogi…

Akcja…

To był ciepły Świat, pełen słonecznego światła, aż żałowałem, że nie wziąłem ze sobą aparatu.
Skarb w porównaniu z tym co teraz mamy za oknem na co dzień 😉
Na horyzoncie zalesione wzgórza, przeplatane nawisami skalnymi.
Droga, którą szedłem była ulicą, na poboczu rosły kwiaty „dzwonki” różnej wielkości, w wielu odcieniach fioletu.
Po chwili koniec sielanki, jestem w mieście w jakimś budynku z grupą ludzi.
Łączy nas jeden cel znaleźć „nieproszonego gościa”, który prawdopodobnie ukrywa się w tym budynku.
Niektórzy ściskają w ręku kryształ wyglądający jak odlew ze szkła, w kształcie kwadratowego sześcianu.
Barwą jego jest biel wymieszana z ukrytym różem, to detektory.
Okazuje się, że budynek jest „czysty”
W trybie pilnym przenosimy się w następne miejsce akcji.
Tutaj natrafiamy na „Cel”, którego szukaliśmy.
Dostrzegam unoszącą się świetlisto-różową chmurę energii, którą raczej nie chce z nami rozmawiać o swojej nowej kolekcji sukienek.
Stoimy w gotowości, czuję za sobą plecy wspólniczki, nie skupiam się na wodzeniu wzrokiem za „chmurą”.
Nie rozpraszam się , w skupieniu płynie modlitwa, która nie ustaje…
Wygrywamy, każdy nasz krok w przód, „chmura” oddaje nam pola.
Odchodzi.

Niedokończona powieść Prozepiny…

„otóż to” – rzekła Ryba, po czym czmychnęła do lasu…

Za 7 głębokimi snami, za 7 górami niewidzialnych skarbów, za 7 myślami płynącymi niespiesznie, żyła sobie Ryba, latająca Ryba trzeba dodać.

Ryba była niebem, takim jesiennym, a właściwe to zimowym, letnim i wiosennym też. Wielką przestrzenią różnych pastelowych barw, a tak naprawdę czystym, rześkim powietrzem, które swobodnie niczym wędrowiec przemierzało różne krainy. Przenikało otaczający je świat spokojnie i po cichutku, prawie tak, jak inne dziwne stworzenie – czas.

Ogólnie była tak zmienna w swych barwach, a tak stała w swojej przejrzystości, że w zasadzie całkiem możliwe, że była zaczarowanym kryształem. A jak wiadomo kryształ to takie świecidełko, zrobione z kropli wody przez mgliste czarodziejki lasu, z wyśpiewanym przez nie blaskiem, wygładzone ich dobrymi myślami o wolności dusz. Właśnie taki miał być dla słońca i jego promieni ów kryształ.

Ryba była też drzewem, tak właśnie – zwykłym drzewem, twardo stojącym w ziemi, jej korzenie sięgały tak głęboko, że mogły do woli oglądać miejsce, w którym mieszkały najokropniejsze stwory i poczwary. Na szczęście korzenie tej dziwnej Ryby były silne i żywe i stwory wolały nie podchodzić do nich, siedziały wiec niepocieszone, kipiące nienawiścią do życia, w swoich ciemnych norach pełnych słodkich niby-skarbów.

Ryba podobno nie była Gruba, ale czasem Piła, na Bezrybiu traciła orientacje, ale zawsze była sobą. Chodzą słuchy, iż nadal pływa pośród dusz, i zagląda w różne zakamarki myśli, psoci niczym chochlik i zadowolona odlatuje z pizzą ( niejedną), cholera wie dokąd….

Snów dziesiątki, rozwijących ścieżki do miejsc wielu…

Mężczyzna zbyt pewny siebie, grożący Tobie
Zbyt pewny nie zdający sobie sprawy, ze nadejdę
Zadałem pierwszy cios, następne w otchłani snu zniknęły

Następny dnia innego, nożownik próbował zastraszenia
Innym zaś razem „przysłali” krocionoga, czarny jak smoła,pozbycie sie go bylo cieżkie, zajął na długo moją uwagę, przy najmniejszym ruchu stawał sie setkami kąśliwych pijawek…

Chodziłem po wzgórzach, na których pasły się „Konie”
Znam je z przesżłości, z zasadzki, z której wyszedłem obronną ręką
„Konie”, przypominają tylko z pozoru wszystkim znane konie, ale nimi nie są
Bestie mieszanką kłów i szybkości
Dziś spokojnie na wzajem się obserwowaliśmy

Dotykałem dojrzałych kłosów zbóż, spacerując przez pole

Dom, w którym są tajne pokoje
Ukryte przejścia, które powoli odkrywam
Odkrywając tym siebie…

Odwiedzając być może miejsce spotkań tajemnych, na ścianach ogromne obrazy
Bursztynowe kolory zastaw stołowych
Dom pośród lasu
Przy wejściu do niego obraz
Tego, który tak wiele istnień ludzkich swym życiem stracił

Pełne morze
Stary człowiek, którego statek był w kształcie domu, ale tylko samych żerdzi
Unosił się na falach wbrew prawom fizyki
Przywiązany byłem liną, obserwując fale, wychylajac sie jak najblizej do nich czerpiac z tego frajdę
Nadpływały Orki, wynurzały się z wody witając się ze mną

Trochę teraz „rzeczywistości” rozmawiałem z bliską znajomą o jej problemach
Wchodząc w sen, czy je spotkałem to się jeszcze okaże…

Ide sobie ulica i wychodze za zakrętu
Dostrzegam grupkę nieznanych mi osob unoszących się w powietrzu
Specyficzne fryzury, ubranie i na dodatek długie ogony
Przywodzące na myśl japonskie kreskówki
Prowokujący i pewni siebie
Podchodzac bliżej coś dzieje się z moją ręką
Spontanicznie napływa do niej energia
Pierwszy strzał minimalnie mija cel, drugi tez
Oddalili sie na większą odległośc
Unieśli się na znaczną wysokość
Przeszedłem kilka kroków, czując jak napływa wola
Podnoszę otwartą dłoń, uwalniając żywioł
Nic się nie dzieje, chwila konsternacji, oni zaś nadal pewni siebie
Nagle pojawia się błękitno-biała łuna pod nimi
Tuż za nią nadeszła fala uderzeniowa, litego krystalicznego lodu
Siła była miażdrząca, zostali zdmuchnięci, znikneli, by po chwili pojawić się ponownie
Opadali bezwładnie i bez sił na ziemię
Starając się resztkami sił schować w jakiś zaułkach, być może kierując się wstydem
Wyłapałem ich wszystkich, wyprowadzając ich po za teren, na którym się to wszystko rozgrywało…

Wspomnienia…

To była chwila nieokreślona, chciałem ją jakoś wypełnić.
Sięgnąłem po książke do hiszpańskiego, przewertowałem ją bezwiednie, by po chwili przyjrzeć się niektorym słowom.
Mam słabość do tego języka, a raczej do pewnego architekta.
Był taki moment w moim życiu, że postanowiłem nauczyć się hiszpańskiego, by odbyć podróż do stolicy Katalonii.
Moc chodzić tymi uliczkami i chłonąć ich atmosferę…
Jak widać zycie przygotowało dla mnie inną podróż, podczas gdy powoli sie przygotowywałem na wyjazd, okazała się. rzecz prozaiczna, jedna z firm w których pracowałem rozwiodła się ze mna…
Fundusze uciekły ale przyszedł za to czas na całkiem inną podróż, czytając tutaj moje słowa poznajecie malutkie wycinki z tej Innej Podróży…
Gdybym pojechał, gdyby inne wątki potoczyły się inaczej…
Ale wracając do rzeczy, dwa słowa z książki, które normalnie nie mają ze sobą powiązania wzbudziły we mnie wspomnienia.
Mineło już prawie 10 lat od tamtych dni, które spedziłem w pobliskich górach.
Pamiętam wszystko dokładnie, dzień, miesiąc, rok, pamietam to małe okiennko w skośnym poddaszu, przez które widziałem rozgwieżdżone niebo.
Królował wtedy w tym wycinku nieba, widocznym przez ten okienny lufcik, Altair…
Słowa które były pretekstem wspomnień – to altar i rey, ich podobne brzmienie przywołało obrazy.
O dziwo w tych dwóch słowach też jest zawarta część mojego przeznaczenia…
Tej nocy „stanąłem” pomiędzy Światami, opisać trudno, pamięć lepiej sobie daję radę, bo pamięta… odczucia, obrazy.
Nie zapomnie tej Przestrzeni…

Łącznik…

Jak zwykle, decyzja była spontaniczna.
Przyjechałaś bym dał Ci klucze do Naszego Królestwa,
otoczonego zewsząd coraz głębszą jesienią.
Przyjaciel Nasz był w potrzebie, poprosiłaś o wsparcie i zaufanie.
To była długa noc, ale ktoś pośród niej odszedł.
Znany Ci z dawnych dni.
Przyjaciel zaś odetchnął, spojrzał na ten sam świat, tym samym wzrokiem,
a zarazem jakże innym…
Nad ranem przyszła wiadomość snem, że wszystko się udało, ale z ostrzeżeniem
dla Przyjaciela.
On jeszcze w pełni nie zna swojej roli pomiędzy nami, poznając na nowo siebie i pozwalając na prawdziwe „bycie” odnajdzie się..

Dla Chwały…

Jak wielu ludzi, jak wiele Istot, zginęło by zdobyć wieniec Chwały.
Zostawić po sobie historię, by wszystkie pokolenia pamiętały.
Głupota nie jest tylko domeną ludzi, nawet najwięksi pragną pamięci wiecznej o nich.
Największą Chwałą okrywają sie na przestrzeni wieków wojownicy, o taką czy inną rację.
Wyciosać sobie mieczem wieczny pomnik, iluż marzy o takiej perspektywie.
Nawet jesli stają naprzeciw Nieśmiertelnych Wojowników, głupota nie opuszcza ich do konca.
Głupota kwitnie w ich rozumach,a Niepokonani w Walce nie przyniosą im Chwały…
Giną przez głupotę…
Nieśmiertelni w Walce zaś przychodzą poźniej na herbatę…

Sha-hi-ye-na…

Pewna przeszła noc i ciemność.
Gdy nagle ktos przybył przemawiając w niezrozumiałym języku.
Kreśląc znaki na moim czole, złapałem go za rekę pytając „Czemu to robisz?” ale jego język ani o jotę nie stał sie zrozumiały.
Tworzył znaki umacniając je śpiewnym słowem.
Ponowiłem pytanie o mało nie tracąc swojej ręki, tak to jest jak ludzie nie potrafią się porozumieć.
Jeden chce wiedzieć, a drugi nie rozumiejąc broni się, odszedł gwałtownie zostawiając niepokój we mnie.
Na szczęście przybył ktoś inny z Plemienia zwanego też czasami Sha-hi-ye-na.
Wyjasniła mi to co się wydarzyło rozjaśniając działanie Szamana i cel jego przybycia, w niezrozumiałych jego słowach tkwiła troska, przyszedł by mnie ustrzec, a czasu miał nie wiele, gdy odszedł zdązył wykonać to po co przyszedł.
Ilekroć pomyślę o tym Plemieniu, pojawia się odczucie wolności, wielkiej przestrzeni i życia zgodnie z Naturą.
Odrazu przypomina mi się też wtedy historia pewnej małej świętej dziewczynki, którą opowiedziała mi Szamanka Plemienia.
To już oddzielna historia…

Ulubiony wujek…

Swego czasu odwiedził mnie mój kuzyn. Jest jeszcze dorastającym chłopcem i wiele przed nim.
Mimo swojego młodego wieku biegle posługuje sie 84 rodzajami broni.
Dumny jest ogromnie ze swojego Ojca, zginął on w walce.
Mały wywodzi się z rodu Wojowników, dla których esencją życia jest wojna.
Jak widać, każdy ma inne spojrzenie na życie.
Co Świat, to obyczaj…

Kolejna pora żółtych liści…

Chłodne wieczory przesycone zapachem stworzonych naprędce małych ognisk.
Dymu unoszącego się nad śpiącymi drzewami.
Stref ciepłych i zimnych
Zapachem wiatru rozpoznane
Budzą pamięć wszystkich tych dni, które były Naszym początkiem.
Widzę Nasze rozmowy na ławce, której już nie ma…
Drzewa pamiętają, ja pamiętam
Wszystko wtedy było takie inne…
Tak jakby nagle w Twoim życiu otworzyły się drzwi, w pełnym biegu, o których nie masz zielonego pojęcia.
„Kumple”…z tych „kumpli” będziemy się śmiać zawszeJ
Z bicia rekordów rzucania batonem, tylko dlaczego ja musiałem być celemJ
Otworzyły się drzwi, uchylasz je lekko , zaglądasz delikatnie, no może jest troszeczkę inaczej, ale jakoś to przyjmujesz, to co jest za nimi. Stawiając kolejne kroki, pytasz się siebie co jest grane…
By nagle w pewnym momencie dotarło do Twojej świadomości, że tam nie ma „podłogi”;) i wszystko nagle nabiera prędkości naddźwiękowych.
Pamiętam jedno z Naszych pierwszych ćwiczeń, a dokładniej moich, wyobrazić sobie „coś” i wykonać zadanie, nie jest łatwo, gdy wszystko jest nowe i wiara w siebie jest mniejsza od nowo narodzonej pchły.
Później to już cała historia, którą tu próbuje choć w jakimś małym stopniu przedstawić.
Wdzięczność to będzie zawsze, Skarbem jesteś mi największym.
Drogą serca, nie jest to łatwa droga, utęskniona, gdy wybywasz na dni kilka.
Jutro przesiąkniemy zapachem ognisk, bliskością i dddduuuużżżżżżżżżżym Naszym ogrodem.

Underground…

Tej knajpy nie znajdziesz na mapie, o niej wiedzą Ci co mają wiedzieć.
Opary tytoniu, sztucznego dymu rozcinanego laserami muzyki zagłuszającej głos rozmówcy.
Nie słyszysz własnych myśli, widzisz wciąż nowe twarze, które napływają nieustannym krokiem.
Wśród zgiełku nadchodzi odczucie, ale czy to nie złudzenie, tu wszystko jest możliwe.
Ten ktoś, coś w nim jest, długowłosy szukający wzrokiem przyjemności.
Usynowiony, czy z kaprysu czy wyższej potrzeby, zdziwiony Twoja obecnością.
Zaskoczony tym co nosisz w sobie, przygląda się, delektuje się spojrzeniem.
Odchodzisz, a on zostaje smakując noc, ciesząc się życiem kiedyś darowanym.
Syn nocy.

Taala…Filipek…

Filmowa historia o człowieku, który spędził prawie całe swoje życie w Wesołym Miasteczku.
Konserwował, naprawiał wszystkie urządzenia, „by było bezpiecznie”,jak to sam często podkreślał wobec swoich współpracowników.
Od momentu powrotu z wojny, żywił do końca swoich dni, pretensje do świata za przestrzeloną nogę, która uczyniła go tym kim jest.
W ostatnim dniu czynił to co do niego należy, gdy nagle okazało się, że życie kilkorga ludzi wisi na włosku, a dokładnie na stalowej linie, która z każdą chwilą stawała się coraz cieńsza.
Udało uratować się wszystkich z wysokościowej gondoli, ale nikt nie widział jednego…
Małej dziewczynki przerażonej wrzaskiem, zamieszaniem, całym tłumem dookoła, przysiadła na ziemi ale akurat w miejscu, które miało być za chwilę miejscem upadku gondoli.
Mimo usztywnionej nogi, mimo wieku, mimo wszystkiego, spieszył się by ratować Małą.
Ostatnią, rzeczą którą czuł był dotyk małych dłoni…

Ciało odzyskało sprawność, tak jakby lata całej starości uciekły, Miasteczko było opustoszałe, głos z początku przychodził mu z trudem.
Poza nim była tam jedna osoba, pierwsza, która miał ukazać mu to czego nie dostrzegał w swoim życiu.
Jak życie każdego z nas jest powiązane z życiem innych ludzi.
Pierwszy jego rozmówca człowiek dziwadło o niebieskiej skórze, który występował kiedyś w Miasteczku, zapowiedział, że spotka się jeszcze z czwórką gości.
Drugim był kapitan z czasów wojny, który wyjawił mu prawdę o przyczynie przestrzelonej nogi, i doprowadził do uwolnienia nienawiści, jaka narastała z każdym dniem życia Eddiego od momentu postrzału.
Trzecią osobą była właścicielka Wesołego Miasteczka, która otworzyła mu oczy na jego ojca, to kim był i jaki był naprawdę. Obrazy, które ujrzał odmieniły wszystko, przebaczenie otworzyło serce naszego bohatera.
Kolejne spotkanie było czymś zaskakującym, spełnieniem nadziei, ukojeniem. Wpierw zobaczył, a później poczuł ciesząc się żywą radością, ściskając w ramionach swoją żonę.
To Ich chwile…
Coraz słabszy, znalazł się nad rzeką, kamienisty brzeg rozciągał się przed nim, lekka mgła unosiła się tuż nad powierzchnią spokojnej wody.
Zobaczył małe dzieci myjące się w rzece, opadający z sił podszedł do jednej małej dziewczynki, która przywoływała go delikatnym ruchem dłoni.
Skośnooka dziewczynka wskazując na siebie powiedziała „Taala”, on zaś w odpowiedzi wskazując na siebie powiedział z rezygnacją „Przegrany”.
Z uśmiechem potwierdziła jego domysły, że jest piątą osobą z którą miał się spotkać. Nikt z poprzedników nie powiedział mu czy dziewczynka dla której zaryzykował swoje życie, czy przeżyła.
– Czułem jej małe dłonie…
– Nie, to były moje dłonie wciągnęłam Cię tu do Nieba:), nie wyciągnąłeś małej dziewczynki…
– Odepchnąłeś ją, ona żyje.
Powoli dociera do niego dlaczego rozmawiają…
Czasy wojny… krokami w szaleństwie, dłońmi trzymającymi miotacz ognia spalił kilka drewnianych domów w dżungli. Wszystko zaczynał sobie przypominać, obrazy które przemykały wyjaśniał aż nazbyt wiele.
Matka schowała swoją córkę w domu, by tam była bezpieczna.
Mimo szaleństwa tamtego czasu widział, że ktoś przemyka wśród płomieni, chciał wejść w płonący dom.
Kapitan nie miał wyjścia przestrzelił mu kolano…
To już nie ta dziewczynka, którą ujrzał nad brzegiem rzeki, jej skórę pokrywają teraz rany po oparzeniach, ich czerwień podkreśla wszystkie wydarzenia.
W wodzie jest pełno kamieni, Taala wydobywa z dna jeden większy, płaski kamień, unosi go w stronę Eddiego.
– Umyj mnie…
Zdezorientowany bohater nie wie co ma robić, jest roztrzęsiony, nieporadnie, powoli dotyka policzka pokrytego bliznami.
Woda, kamień, dotyk, troska rozmywają blizny, przywracając dziecięcą skórę.
Z uśmiechem Mała bierze go za rękę i razem zanurzają się pod wodę…
Rzeka zmienia się w niekończący się Ocean…

Kim jestem, że doświadczam ukrytego
Kim jestem…

Nagość…

Codzienny widok codzienności
Codzienny bieg
Codzienna praca…..
I wtedy patrzysz wstecz
Gdzie jest ten czas?
Czas zdolności do „zwiewania” jak najdalej od codzienności;)
Mimo zmęczenia, kiedy tylko jakakolwiek płaska powierzchnia była pretekstem do zasypiania i zapewnień każdego „tak , oczywiście słucham Cię uważnie”, a w rzeczywistości podłoga była już łóżkiem pełną parą;)
Codzienność gdzieś stała obok,mimo ostrego zapracowania, teraz zaś mocno mnie złapała.
Niech trzyma, pójdę dalej bez względu jak mocno będzie się starać.
Najwyżej zostawię za sobą w jej dłoniach, materiał który mnie okrywa.
Może to czas by iść tam gdzie wciąż na nowo wszystko się odkrywa, otworzyć to miejsce
A niech to, ja musze złapać tego motyla…( tu autor biegnie łąka zieloną, w siną dal…)

Savant…

Myśli przemykają niewidoczne.
W odbiciach mych oczu myśli malują obrazy.
Przywołując znane i nieznane, miejsca i czasy.
Wydarzenia zaistniałe i umowne, bezustannie się zmieniając czyniąc widzialny obraz swoich ścieżek.
Część, która bez względu na czas… była.
Staje się powoli rozbudzoną całością, a nie cichym kawałkiem układanki.
Wizja prosta wpłynie w meandry zapowiedzianej przyszłości.
Stając się czymś nowym…

Wolność Przestrzeni…

Każdy krok przepełniony bliskością
Każdy oddech tańcem pośród Przestrzeni
Przemierzamy gwiezdne szlaki ścigając się ze światłem, w radosnym wirowaniu
Odkrywamy każdym dotykiem Serca
Objeciem spojrzenia
Radością dotyku
Przekorą słowa
Połączeni imionami
Bliźniacze Gwiazdy swym blaskiem wyrażają podziw dla całego stworzenia

Fabryka snów - sztuka śnienia, bajki terapeutyczne, rozwój