Wizyjnie

Prowadzę rozmowę z bliżej nieokreśloną o sobą, przede mną stoi skrzynka z rożnymi owocami, o różnych kształtach i świeżości.
Wyciągam ze skrzynki pierwszy owoc, nasuwa mi się myśl, że wygląda tak, że żaden kloszard by go nie dotknął, zmurszały i pozbawiony soków. Próbuje go i przeżuwam, wrzucając go do pustej skrzynki. Niektórych owoców w ogóle nie próbuję, przełamuję je na pół, i widząc ich zgniliznę odrzucam je do skrzynki, gdzie zbiera się ich coraz więcej.
Jakież jest moje zdziwienie, gdy zaglądam do skrzynki z owocami, których skosztowałem i przełamałem „rodzą się” ryby. Najpierw jedna, a później kolejna.
Na początku nie rozumiałem, ale z czasem jednak przyszło zrozumienie.

Scalenie pamięci – Carlos Castaneda „Aktywna Strona Nieskończoności”

„Don Juan ubolewał nad tym, że mężczyzna czarownik, który jest nagualem, siłą rzeczy musi być rozszczepiony z powodu ogromnej masy energetycznej. Powiedział mi, że każda cześć naguala przeżywa określony wycinek całego zakresu jego działania i ze to, co przeżył on w każdym takim wycinku, musi pewnego dnia połączyć w pełny, świadomy obraz wszystkiego, co się wydarzyło w całym jego życiu. Patrząc mi w oczy, rzekł wówczas, że doprowadzenie do takiego scalenia trwa całe lata, a słyszał nawet o takich nagualach, którzy nigdy świadomi nie ogarnęli pełnego zakresu swego działania i żyli w stanie rozszczepienia.”

Ostatniej nocy zasypiałem zadając sobie właśnie pytanie, jak doprowadzić do większej świadomości w śnieniu, dokładniejszej pamięci wydarzeń jakie mają tam miejsce.
Castaneda przeżywał rozterki bo wiele z wydarzeń, których doświadczał w momencie „podwyższonej świadomości” było dla niego niedostępnych.
W tym miejscu nawiązuję do pamięci śnienia, ciężko jest z tym jak dowiadujesz się, że „coś” zrobiłeś, uratowałeś kogoś robiąc to w sposób, na tyle brawurowy, że większość mogła by przypłacić to życiem. Chyba większość z nas woli być świadoma swoich czynów, a nie dowiadywać się o tym od osób trzecich i to w dodatku nie-ludzi;)
Wracając do głównego wątku, zasnąłem stawiając pytanie dotyczące scalenia pamięci, co powinienem zrobić, gdzie szukać odpowiedzi.

Noc przyniosła odpowiedz
Próba ucieczki
Po cześć wiem co przyniosła, po części dowiem się z czasem.

Próba ucieczki

Było nas kilkoro wychodzących z długiego tunelu, czas był zbliżony do późnego wieczora lub wczesnego ranka.
Zanim wyszliśmy dobiegła do nas dwójka lub trójka dzieci.
Miałem dystans do nich i nie ufałem im, można było by pomyśleć co to za miejsce, że dzieci mogą budzić nieufność.

Okazało się po chwili, że jesteśmy w czymś, w rodzaju więzienia i będziemy lada moment uciekać. Możliwe, że nie chciałem aby były przy tym wszystkim dzieci i stad moje zachowanie.
W niewielkiej odległości przy wyjściu z tunelu stało więzienne ogrodzenie, każde z nas pobiegło w swoją stronę by samodzielnie je sforsować.

Nie podobała mi się cała ta sytuacja, to tak jakby, to wszystko było nieprzemyślane i nie przygotowane, pomimo tych rozterek zacząłem się wspinać.
Ogrodzenie było trójwarstwowe, wspiąłem się najszybciej z uciekinierów, ale trzecia zewnętrzna warstwa ogrodzenia była pod napięciem, musiałem bardzo uważać aby nie zostać skwarkiem zawieszonym na drutach. W momencie jak juz znalazłem sposób na uniknięcie niebezpieczeństwa i powoli schodziłem po drugiej stronie ogrodzenia, pojawił się jakby obserwator, który stwierdził, że „głośno uciekam”.

Pomimo tego napięcie i cała atmosfera jaka towarzyszyła ucieczce nie opadła ani na jotę.
Będąc już na wolności nie wiedziałem w którą stronę mam uciekać, super przygotowanie ucieczki apropo moich wcześniejszych obaw co do całych przygotowań.
Słuchając podpowiedzi i okrzyków współuciekienierów , postanowiłem biec w stronę lasu, po obydwu stronach miałem białe ogrodzenia, tak jakby cały ten teren był wielkim kompleksem więziennym.

W pewnym momencie mój bieg staje się chodem ,nie mogę się poruszać, w pierwszej chwili nie wiem co się dzieje, niewidzialna siła utrzymuje mnie w miejscu.
Rozpacz moja i moich towarzyszy, którym się nie udało się sforsować ogrodzenia była tak przejmująca, że pamiętam ją wciąż jak żywą.

Znalazłem się ponownie za ogrodzeniem, żadnego strażnika, jakby wszystko było zautomatyzowane. Zebraliśmy się w małej grupie dyskutując o porażce i konsekwencjach, okazało się że pozbyłem się urządzenia namierzającego mnie ale jak widać to nie wystarczyło.
Przyprowadzono małego chłopca , który wedle słów moich towarzyszy był ze mną powiązany na wypadek ucieczki, gdybym uciekł jego serce by stanęło. Gdy to usłyszałem uzmysłowiłem sobie dopiero, że moje serce jest w dziwnym stanie tak jakbym zamienił się sercem z kolibrem, kto wie co by się stało gdybym uciekł.
Praca serca była ostatnim zapamiętanym elementem tych wydarzeń.

Lalkarz i marionetka…

Szukając miłości drugiego człowieka kierujemy się przede wszystkim wzorcami wyniesionymi z domu.

To, o czym piszę, nie jest próbą obwiniania kogokolwiek, zaczynam o tym mówić zwyczajnie, bo jeśli nie zacznę ja, ty czy on, nie zacznie nikt. Chcę tylko naświetlić problem własnymi obserwacjami, które nie muszą być tożsame z twoimi.

Piętnujemy ludzi o innej orientacji seksualnej, piętnujemy kaleki, ludzi z tzw.
„odchyleniami od normy”, piętnujemy Żydów, że są Żydami – piętnujemy wszystkich, którzy nie mieszczą się w szablonach normalności czy proporcjonalności fizycznej.

Każdy z nas wie o krzywdzie wyniesionej z domu, lecz będzie się bał mówić o tym na głos, żeby, broń Boże, nie skrzywdzić krzywdzicieli. Był czas, kiedy nie byliśmy w stanie się bronić, bo przypisywano nam winę za złe zachowanie, krnąbrność; kiedy udowadniano nam, jak ciężko jest wychować nieposłuszne dzieci, o czym się przekonamy, kiedy będziemy mieli swoje własne. Obwiniano nas za wszystko, czego nie byliśmy w stanie wiedzieć a tym bardziej zrozumieć. Nauczono nas szacunku i akceptacji dla przemocy nazywając ją miłością rodzicielską i troską o naszą przyszłość.

Ojciec chciał syna lecz urodziła się córka? Mama miała poczucie winy,
że nie spełniła pragnień i oczekiwań partnera? Starsze rodzeństwo kipiało nienawiścią, że urodził się bachor, z którym muszą się teraz dzielić matki i ojca miłością.

Czy zaprzeczenie tego faktu da mi odpowiedź na pytanie, „dlaczego tak się dzieje?”, albo, „dlaczego zaprzeczam?”

Zaprzeczenie to strach przed przyjęciem odpowiedzialności za to, co nosimy w sobie głęboko ukryte. Nie wiemy, co ta wiedza nam z sobą przyniesie, stąd niepewność i lęk.
Człowiek zawsze boi się tego, czego nie zna, to naturalny mechanizm, który nas chroni przed niebezpieczeństwem, czy zrobieniem sobie krzywdy. Boi się żyć teraźniejszością, chociaż właśnie dziś tworzy podwaliny pod to, co będzie miał w przyszłości, wykorzystując doświadczenia i wzorce z przeszłości, z dzieciństwa. Na tej zasadzie zbuduje dorosłe życie, stworzy rodzinę, wychowa potomstwo…

Kiedy nie wykorzystujemy organu, który jest nam dany do myślenia, jego funkcja z czasem się wyłącza, i wpadamy w sidła manipulanta. Wpadamy w sidła człowieka słabego, niedowartościowanego, który zrobi wszystko, by wykorzystać cię do budowy własnego bezpieczeństwa. I najczęściej robi to nieświadomie i w czasie, kiedy jeszcze nie jesteś w stanie się bronić.

W książce pana Wojciecha Eichelbergera „Zdradzony przez ojca” natknęłam się na bardzo trafne określenie – kastrat psychiczny – którym określił mężczyznę uzależnionego psychicznie od matki. W równym stopniu może odnosić się to do dziewcząt wykastrowanych psychicznie przez swoich ojców, matki, starsze rodzeństwo.

Budzę się…

Człowiek to nie zabawka – martwa lalka – której najpierw spętasz nogi, by nie mógł uciec, skrępujesz ręce, by nie mógł działać, zasłonisz oczy, by przestał widzieć, zakneblujesz usta, by przestał mówić, zniszczysz psychikę, by przestał myśleć. W ten sposób mamy martwy przedmiot, zdany na łaskę i niełaskę kogoś, kogo nazwę na przykład lalkarzem. Żadna marionetka sama nie potrafi się poruszać, jeśli lalkarz nie będzie pociągał za sznurki – jest na niego zdana, jest zależna.

Gdy spróbujesz wyrwać któryś ze sznurków, jaka będzie reakcja? Lalkarz nie może pozwolić, by jego kukiełka była niesprawna, nie reagowała na jego polecenia – te wyrażone i te niewyrażone…

Kim jestem, lalkarzem, czy jego kukiełką? Po części tym i tym – wszystko zależy od sytuacji i człowieka, który wszedł ze mną w związek.

Najpierw lalkarz musi poznać mechanizm działania lalki. Pociąga za nogę – żadnej reakcji. Można przymocować sznurek. I w ten sposób będzie badał ręce, oczy, język, głowę – wszędzie umocuje sznurki. Człowiek-lalka w rękach lalkarza (rodzica, rodzeństwa, przyjaciela, partnera itd.) jest ubezwłasnowolniony, zależny od niego. Nic sam nie zrobi – stał się bezwolną kukiełką. Nie dzieje się to od razu – potrzeba lat i cierpliwości, by nauczyć marionetkę odpowiednio reagować na polecenia, które będą brzmieć tak naturalnie, będą takie rzeczywiste. Na tej zasadzie działamy…

Zapytasz: – A gdzie ja jestem? Ja prawdziwy?

Jesteś. Jesteś głęboko ukryty w tej kukiełce – uśpiony – którą lalkarz stworzył, dlatego że potrzebuje bezwolnej kukiełki a nie ciebie. Potrzebuje niewolnika a nie człowieka wolnego – partnera, przyjaciela, brata, siostrę, dziecko. Boi się ciebie, dlatego poprzyczepiał sznurki, spętał cię – jesteś jego zabezpieczeniem. Na tobie zbudował swoje bezpieczeństwo, więc jak może dać ci wolność? Czy może pozwolić, byś tworzył własne życie, skoro jego życie jest zależne od twojego? To nie lalka uzależniona jest od lalkarza, to lalkarz zbudował na niej swój świat

Szukamy Prawdy. Kiedy ją znajdujemy, zaczynamy od niej uciekać na wiele sposobów. I berek zwany życiem trwa nadal – raz gonisz za Prawdą, raz przed nią uciekasz. Ta zabawa może trwać całe życie i tego nawet nie zauważymy, bo lalkarz – wirtuoz – będzie pociągał za sznurki, żebyś się nie zorientował, że żyjesz w świecie iluzji, która udaje tylko twoją, przez ciebie stworzoną rzeczywistość. Jak w teatrze odgrywasz swoją rolę i schodzisz ze sceny, by zagrać w następnym epizodzie. Jedno w tym jest najśmieszniejsze, że często gramy za siebie i za lalkarza, który za kulisami pociąga za sznurki…
Samo życie…

Mój lęk

Zapominam, że pełni we mnie funkcję obronną. Ostrzega i chroni przed zagrożeniem, niebezpieczeństwem.

Jaką Ja przypisałam mu rolę w swoim życiu?

Nauczono mnie bać się lęku, uciekać przed nim, a mi nawet do głowy nie przyszło zajrzeć w głąb siebie i sprawdzić, czy naprawdę powinnam się go bać. Nawet nie próbowałam zastanowić się, do czego służy, co chce mi powiedzieć. Nie potrafię zapytać go, co z sobą przynosi.

A przecież często prowokował do działania, pobudzał do podejmowania decyzji, do stawania twarzą w twarz z zagrożeniem, którego tak naprawdę nie było, bo było to zagrożenie wyimaginowane, mój własny strach, który przecież nie zawsze i nie w każdej sytuacji mnie paraliżował. Robił to wtedy, kiedy wpadałam w czarną otchłań własnych lęków, które widziałam tylko ja i tylko ja je czułam, bo były moje, moje własne, wytworzone przez mój umysł – najpierw małego dziecka, później dorosłej istoty.

Zapomniałam, że lęk miał rację bytu u człowieka pierwotnego, otoczonego nieprzyjaznym środowiskiem, kiedy właśnie lęk, niepokój często ratował mu życie. W dzisiejszym świecie powinien ostrzegać, ale nie dominować.

Strach jest uczuciem, które informuje nas o naszej ograniczoności, pomaga zachować dystans do pewnych sytuacji, informuje o zachowaniu ostrożności w niebezpieczeństwie i chronieniu siebie. Powinien stymulować do odkrywania tego, co jest jego źródłem. Źle pojęty strach ogranicza wyrażanie siebie i swojej indywidualności, ogranicza i/lub paraliżuje przed wyrażaniem stanu swoich uczuć i emocji. Każe nam uznać, że nic nie jest godne zaufania, że wszystko jest zagrożeniem. Uczy nieufności wobec siebie i ludzi, i sytuacji, w których zaistnieliśmy. Hamuje rozwój, zaspokajanie naturalnej ciekawości i doświadczania życia takiego, jakie jest.

Źle pojęty strach poddaje w wątpliwość nasze zdolności i możliwości wyrażania siebie, przeżywania życia tak, jak my go rozumiemy, a nie jak na nas wymuszają inni „lepiej wiedzący”. Niszczy kreatywność człowieka. Zawsze jesteśmy nie dość dobrzy w tym, co robimy, kontrolujemy sytuacje i ludzi, z którymi się stykamy, niszczymy własną osobowość [tak, jak to robili nasi najbliżsi, chcąc nam oszczędzić bólu i cierpienia]. Prowadzi to do zamknięcia w sobie i wniosku, że nic nie jest bezpieczne, nic nie jest godne zaufania. Następuje izolacja wewnętrzna i zewnętrzna. Wewnętrzna, bo tylko ja jestem dla siebie bezpieczny i przewidywalny, tylko ja wiem (?), co dzieje się we mnie. Natomiast izolacja zewnętrzna prowadzi do nie doceniania siebie w konfrontacji z drugim człowiekiem, nie doceniania swojej niepowtarzalności i uznania, że jestem gorszy, mniej ważny, mniej inteligentny, mniej interesujący, głupszy. Każe nam myśleć o sobie negatywnie i destrukcyjnie, nie dostrzegając rzeczywistości. Zamykamy się przed wyrażaniem siebie ze strachu, że zostaniemy skrytykowani, zignorowani i wyśmiani przez otaczających nas ludzi. Jest to zaniżone poczucie własnej wartości. Zanim wyrazimy swoje poglądy i opinie na jakikolwiek temat, w myślach krytykujemy je i podważamy ich wartość, nim zdołamy je głośno wyrazić.

Mamy pełne prawo mieć inne poglądy i opinie, co nie znaczy, że są one gorsze czy głupsze. Są po prostu inne, bo każdy człowiek jest inny, ma inne doświadczenia i inne pojmowanie świata, które pochodzą – w głównej mierze – ze środowiska, w którym funkcjonujemy i wzorców wychowawczych wielu pokoleń naszych przodków. Mamy prawo do wyrażania siebie takich, jacy naprawdę jesteśmy, a nie, jakich chciałaby mieć mama, pan nauczyciel, szef w pracy czy pan prezydent.

Kiedy nie rozumiemy, że to, co czujemy jest nami, okradamy samych siebie, niszczymy swoje prawdziwe JA, które jest naszą prawdziwą naturą. Niszczymy i lekceważymy swoje doświadczenia życiowe, nie kochamy i nie ufamy sobie w takim stopniu, na jaki naprawdę zasługujemy. Strach każe nam wtedy działać wbrew sobie i mówić „tak”, kiedy wszystko w nas krzyczy NIE! Emocjonalnie gwałcimy siebie w taki sam sposób, w jaki robiono to w naszych rodzinach – stajemy się katami dla samych siebie. Inni to widzą i czują, i postępują z nami identycznie sądząc, że to nam najbardziej odpowiada. Nosząc strach i negatywne nastawienie do samego siebie dajemy innym znać, że jesteśmy bezbronni. Każdy człowiek to wyczuwa, począwszy od dziecka, na starcu skończywszy. I nic nie zmieni tego przekonania, nawet, gdy będziemy słownie deklarowali swoją odwagę, a w duchu paraliżował nas będzie strach.

Działaj pomimo strachu, nie pozwól, by cię obezwładnił i uczynił bezwolną istotą, którą w rzeczywistości nie jesteś.

Wyobraźnia w śnieniu

(…)- O jakiej zagadce mówisz, don Juanie?
– O zagadce wielkiej prostoty i zupełnie niemożliwości poruszania ciała energetycznego. Usiłujesz poruszyć je tak, jakbyś znajdował się w normalnym świecie. Spędzamy tak wiele czasu na nauce chodzenia, że wydaje nam się, iż nasze ciała energetyczne także powinny chodzić. Nie ma żadnego powodu, dla którego miałoby to robić; chodzenie przychodzi na na myśli samo, ponieważ jest zakodowane w naszym umyśle”(…)
Carlos Castaneda ”Sztuka śnienia”

Nie raz doświadczyłem w śnieniu natychmiastowego przemieszczania lub natychmiastowych reakcji do sytuacji w pewnym sensie niezależnych ode mnie.
Jak powiedział do Juan „twoje ciało energetyczne dokładnie wie, jak się poruszać”.
Nie wszędzie panują takie same prawa fizyki, a nawet są miejsca gdzie są kreowane tak jak komuś się to żywnie podoba.

Trochę wyobraźni w śnieniu na pewno się przyda;)

Człowiekiem być… Refleksje

Mówi się, że człowiek to istota rozumna, która świadoma jest swoich zachowań i czynów. Powinna taka być…

Żyjemy blisko siebie przez całe życie, nie rozumiejąc siebie i nie rozumiejąc drugiego człowieka. Nie rozumiemy swojej złości, wściekłości, nienawiści – boimy się. Na złość odpowiadamy jeszcze większą złością – byle porazić przeciwnika, przestraszyć, unicestwić.

Za złością często kryje się lęk, lęk przed zranieniem, przed odrzuceniem czy porzuceniem. Wybuch agresji to zwielokrotniony strach przed samotnością, przed odrzuceniem. Jeżeli w normalny sposób nie mogę czegoś uzyskać, mogę uderzyć wściekłością, by kogoś przestraszyć i zmusić do uległości.

Gadzi móżdżek daje znać o sobie, jego funkcja jest bardzo ważna, ponieważ steruje czynnościami instynktowymi, odpowiada za bezpieczeństwo swojego właściciela. Tak było kiedyś, na początku rozwoju człowieka… Tak jest i dzisiaj…

Często gryziemy, kopiemy, niszczymy, może już nie w takiej formie, jak to robił prymitywny człowiek, któremu bliżej było do zwierzęcia, kiedy właśnie to gryzienie, kopanie i atak ratowały mu skórę, a często i życie. Używamy do tego celu rozumu – gryziemy i kopiemy psychicznie. Trochę to inna forma, ale cel osiągamy ten sam.

Często robimy to nieświadomie lub dla sportu, by się zabawić cudzym kosztem – niczym sportowiec trenujący przed zawodami. A potem znajdujemy forum – publiczność, przed którą prezentujemy swoje wyćwiczone umiejętności.

Wychodzimy na arenę i gnoimy przeciwnika, który nawet nie przeczuwa, o co w tym wszystkim chodzi. Tatuś znęca się nad mamusią w obecności swoich latorośli – niech wiedzą dzieci, jak to się robi, niech się uczą… Mamusia upokarza lub oszukuje tatusia – to też wspaniały trening na przyszłość. Kolega wykorzystał koleżankę i ma z tego radość, koleżanka wykorzystała kolegę i jest z tego dumna…

A dzieci rosną i patrzą, rosną i trenują – na kolegach i koleżankach, na braciach czy siostrach, w piaskownicy, w ławie szkolnej, a potem – gdy już dorosną – przenoszą wytrenowane zachowania na teren rodzinny, zawodowy, społeczny.

I walczą co silniejsze dorosłe dzieci w rodzinach, w życiu społecznym, zawodowym, na gruncie towarzyskim, nie pamiętając dlaczego walczą, co było powodem. Lecz walka ta daje satysfakcję i zapewnienie, że nikt nie dobierze mi się do skóry, bo wcześniej zdążę wyeliminować przeciwnika swoją bezwzględnością, wściekłością, agresją. „Ugryzłem” z taką siłą, że przeciwnik się wycofał, uległ… zniszczyłem go psychicznie… uhh, ale frajda… Jestem z siebie dumny!

Matka czy ojciec niszczy własne dziecko nie uświadamiając sobie, że niszczy nowe, młode życie przekazując mu własne strachy, własne niedobory emocjonalne – własną złość, wściekłość, nienawiść. Starsze rodzeństwo często bierze przykład z rodziców, z autorytetów.

Wszyscy jesteśmy ofiarami, ale nie znaczy, że można zostawić ten problem sam sobie, bo wszyscy mu ulegamy. Dostajemy go w spadku po własnych rodzicach, dziadkach, pradziadkach… po całej ludzkości i z nieświadomą beztroską przekazujemy dalej.

Ani Kościół, ani tym bardziej Państwo nie zajmie się uświadomieniem obywateli. Człowiek świadomy nie pozwoli sobą manipulować. Nieświadomość pozwala na manipulację, na realizację własnych planów pod płaszczykiem uszczęśliwiania ludzkości.

Ludzie czekają, że ktoś za nich załatwi to, z czym sobie sami nie radzą. Naiwnie czekają, że każdy nowy rząd, przepis czy uchwała załatwi ogólnospołeczny problem. Są nazbyt leniwi, by zacząć myśleć, żeby samemu wprowadzać zmiany – przede wszystkim w sobie, a nie w innych ludziach.

Jeżeli najpierw siebie nie zmienisz, nie zmieni się drugi człowiek. Siedzimy i psioczymy – na rząd, na Kościół, na szkoły , na sąsiada, na własne dzieci, nie zauważając, że problem czeka na rozwiązanie najpierw w nas, a nie w innych, jako że tych „innych” przecież sami tworzymy, sami kształtujemy, sami wychowujemy, których potem sami sadzamy na piedestale i… sami krytykujemy. Oceniamy w ten sposób własne „dzieło”. Krytykujemy i oceniamy siebie…

Dzieci i młodzież – najbardziej delikatny i wrażliwy materiał na kształtowanie charakterów, osobowości, z którym dorośli – lecz jakże często niedojrzali ludzie – obchodzą się po macoszemu, załatwiając przy ich pomocy własne niezrealizowane marzenia, lub próbując je realizować poprzez własne dzieci. Później psioczymy na dzieci, młodzież, że jest niedobra, okrutna. A kto ich kształtował, kto ich wychowywał? Marsjanie, cywilizacje pozaziemskie? A może bestie obdarzone cechami ludzkimi?…

Codziennie potykasz się o człowieka, którego uważasz za mięczaka, słabego i odkopujesz go z wściekłością, jak kamień zawalidrogę. Zastanów się, co robisz. Może ten człowiek przekazuje ci coś, na co powinieneś zwrócić uwagę, może ty również jesteś lekcją dla niego? Nie pomyślałeś o tym?

Mamy do dyspozycji dwie półkule mózgowe, gadzi móżdżek, szyszynkę – tyle bogactwa się marnuje.

Jakże pięknie wyraził to jednym zdaniem Prymas Tysiąclecia – Kardynał Stefan Wyszyński: „Nie sztuka urodzić się człowiekiem, trzeba nim być.”

Fabryka snów - sztuka śnienia, bajki terapeutyczne, rozwój