Spojrzenie w przeszłość

Dziś…niby taki zwykły, taki po prostu, a jednak nie.
Na szczycie płaskiego wzgórza siedzi grupa bliskich sobie osób, podziwiają  widok, który się przed nimi roztacza, ciepłe barwy lata, cisza i spokój, to miejsce gdzie się wychowali.

Rozmawiają o przeszłości, mieszkańcach których znali,  zniszczonych budynkach i nowo wybudowanych, o ścieżkach którymi przemykali gdy byli młodzi.

Wzrok już nie patrzy w dal, wodzi po stopach i dłoniach…
Jakie one są inne, jak gdyby były łodygami i pnączami winorośli.

Droga do wolności

Miejsce w którym jestem jest wyjątkowe, stoję na sporych rozmiarów półce skalnej, przede mną nieokiełznane wody wodospadu, w dole po prawej przepływa rzeka.
Nie jestem tutaj sam, oprócz mnie jest kilku mężczyzn i gramy w nieznaną mi grę.

Jest w niej piłka, piłkę przebija się z jednej strony na drugą i widzę przy tym, że moi towarzysze używają maszyn do poruszania się i wykonywania różnych akrobacji.
Zastanawia mnie to czy nie mogą poruszać się tak szybko bo ich budowa im to uniemożliwia czy to po prostu taka miejscowa tradycja.

Po zmaganiach opuszczamy to miejsce i zatrzymujemy się na otwartej przestrzeni, otacza nas morze traw, jesteśmy przyjemnie zmęczeni grą, a przy tym jest bardzo gorąco i duszno.
Przysiadamy i rozmawiamy, chłonę całe otoczenie, z wiatrem napływa coraz więcej chmur, choć wieje wiatr nadal jest dość gorąco.
Chmury stają się coraz ciemniejsze, gdziekolwiek sięgnąć wzrokiem coraz więcej burych i mrocznych barw, które przyciągają chmury tak jakby z każdą chwilą były bliżej ziemi.

Cały ten krajobraz jest zapowiedzą nadchodzącej tragedii, nie wiem czy tylko ja, czy moi towarzysze tez widzą ten obraz, który przywiał wiatr.
Widzę jak latające statki otaczają każdy budynek w tej krainie, sukcesywnie niszcząc budynek za budynkiem.

Natychmiast przenoszę się do mieszkania w którym odbywa się narada wojenna, wszędzie pełno ludzi, wszyscy dyskutują jak można oprzeć się najeźdźcy.
Stoję trochę z boku przysłuchując się rozmowom, w pewnym momencie dochodzę do wniosku że nie ma innego wyjścia i postanawiam wspomóc swoich towarzyszy.

Nikt nie wie kim jestem, moja prawdziwa tożsamość jest przed nimi ukryta, wstaję i podchodzę do okna. Nie przejmując się przy tym, że właśnie poznają mnie wszyscy zgromadzeni, nie dbam o to, pozwalam by widzieli moją przemianę.

Otwieram okno, mieszkanie jest dość wysoko, ale to nie przeszkadza mi bez wahania wyskoczyć.
Lecąc w dół oceniam jaki obrać tor lotu, wciąż myśląc „…za bliskich i przyjaciół”.

Medytacja odcinania więzów

by ułatwić nasz kontakt z Wyższym Ja
Medytację tę otrzymałam przed wielu laty od znajomych, nie wiem kto jest jej autorem. Jeżeli zidentyfikujesz autora, zostaw mi wiadomość w komentarzach – usunę ją z bloga lub poproszę o pozwolenie jej publikowania.
Usiądź wygodnie, rozluźnij się, dłonie otwarte do góry, złożone na udach, oczy zamknięte lub otwarte. Chwyć wstążkę jakiegokolwiek koloru i trzymaj ją w dłoni – jako połączenie z wyższym Ja. Nawiąż z nim kontakt za pośrednictwem tej wstążki i poproś je, aby obdarzyło cię przewodnictwem podczas tej sesji medytacyjnej.

Czytaj dalej Medytacja odcinania więzów

Przeniesienie świadomości

Kolejna pobudka o 4.30, tym razem wybudził mnie ból nogi, na spokojnie utrwaliłem sobie wydarzenia w śnieniu.
Byłem w miejscu przypominającym lasy północy, było to specyficzne miejsce i najwyraźniej należało do kogoś. Ciężko mi określić czy to chodziło o specyfikę miejsca czy też znajdowało się tam pewne urządzenie. Może po prostu to miejsce ułatwiało przebieg pewnym procesom, które później miały miejsce. Był ktoś ze mną, w pewnym momencie po ukłuciu w lewą nogę coś stało się z moją świadomością.

Trudno określić mi zmianę, ale był to powrót do samego siebie i zdziwienie że wreszcie jestem w sobie, a z drugiej strony odczucie „bycia” w innym ciele.
Sądzę że miały miejsce obydwa zdarzenia tylko odczucia uległy wymieszaniu, i stąd trudność określenia dokładnego przebiegu wydarzeń.
Gdy już trochę doszedłem do siebie spojrzałem na swoją nogę, dostrzegłem kilka igieł, jedna trafiła mnie z tyłu , ona była katalizatorem przemiany. Mój towarzysz pomógł mi jest wszystkie powyciągać, wyciągać obce ciała , wbite w nogę, bezcenne.
Okazało się też że w okolicach kostki mam wpuszczony długi stalowy dren, wyciąganie go i jego długość nie była dla mnie miłym widokiem, właśnie po jego wyciągnięciu odczułem ból, który mnie obudził.

Zagłębić się w bezczas

Siedzę czasem w mojej Króliczej Norze i pozwalam myślom płynąć swobodnym nurtem. Często jednak pozostaje we mnie świadomość czasu. Ten zaś jakoś szybko goni do przodu, uwiera gdzieś w siedzenie 😉 przeszkadza i rozprasza. W takich chwilach pragnę zanurzyć się w Bezczas, gdzie nie ma nic, tylko ja i trwanie.

Ktoś może powiedzieć, ze Bezczas nie istnieje. Też tak myślałam, gnając do przodu przez życie, bo wszak Czas w miejscu nie stoi. Nawet w medytacji istniała we mnie zakodowana świadomość czasu, bo cały swój czas podzieliłam na mniejsze czasy 😉 Był więc czas snu, czas posiłku, czas medytacji, czas pracy, czas nauki, itd. Zauważcie, że dość często właśnie tak dzielimy czas. Na czas młodości, czas beztroski, czas przeszły dokonany i niedokonany, czas teraźniejszy, czas przyszły, czas, który nigdy nie stoi w miejscu. A dlaczego nie zatrzymać go na kilka chwil? Dla siebie i swojej świadomości.

Gnałam przez Moje Królicze Norki, śpiesząc się niczym Biały Królik, powtarzający: „Och, na pewno nie zdążę”. I pewnego dnia w najmniej spodziewanym miejscu i warunkach spotkałam Bezczas. Trwał on zaledwie kilka minut 😉 ale dla mnie był tym czym był, czyli właśnie Bezczasem. Zanurzyłam się w niego odczuwając jedynie istotę Trwania. Nagle z mej świadomości uleciał czas. Nie było ważne na jak długo 😉 ważne, że uleciał.

W tym Trwaniu udało mi się dotknąć swojej duszy. Było to jak nagłe olśnienie, przebudzenie. Od tamtego czasu 😉 staram się podczas medytacji zanurzać się w Bezczas. Nauczyłam się na tych kilka chwil wyłączać świadomość czasu. Zanurzam się w siebie, Trwam sobie w mojej Króliczej Norze bez pośpiechu, bez czasu, który ograniczał. Mój Bezczas może trwać zaledwie kilka minut, a jednak daje spokój i relaks, bo zbliża mnie do Istoty Siebie Samej. Do Źródła, w którym jest wiedza. O mnie i o wszystkim, co poznać zapragnę.

Polecam, więc wszystkim, zwłaszcza tym, którzy dopiero wkraczają na drogę rozwoju duchowego i stawiają pierwsze kroki w medytacji, by zagłębili się w Bezczas. Nie jest to trudne. Wystarczy przyjąć swoją ulubioną pozycję medytacyjną, wyciszyć umysł, pozwolić myślom popłynąć swobodnie i zastanowić się nad istotą Trwania. Po prostu Być. Poczuć siebie, swoją istotę, bez pośpiechu, bez ponagleń. Tylko, a może aż Być.

A tym, którzy myslą, że do takiego zanurzenia się w Bezczas potrzeba znaleźć dużo czasu, najlepiej w samotności, by nikt nie przeszkadzał, powiem, że się mylą. Ja w swój Bezczas pierwszy raz zanurzyłam się na… basenie 😉 Stałam pod kaskadą wody, puszczanej cyklicznie, na zamianę z fontannami i biczami wodnymi. Był szum spadającej wody, ja i trwanie. Mój Bezczas. Naprawde można, trzeba tylko chcieć.

Gelnhausen, Niemcy lipiec 2010

Dwie drogi wyboru

Kto z nas nie marzy o szczęściu, miłości, spokoju? Chyba nie ma takiej osoby. Tymczasem życie weryfikuje te marzenia. Nasza wielka miłość okazuje się często wielkim rozczarowaniem, wymarzona praca, udręką, życie towarzyskie nie spełnia naszych oczekiwań, a wymarzone wakacje były deszczowe. Co jest przyczyną naszych niepowodzeń? Naszych rozczarowań?

W Króliczej Norce niejednokrotnie pisaliśmy o konieczności zmian tkwiących w nas matryc. Pracy wewnątrz siebie, w umyśle i tym, co on kreuje i tworzy. A tworzy taką, a nie inną rzeczywistość. Jednak nie wystarczy tylko zmienić matrycę w sobie, wypracować nowe wzorce i zacząć tworzyć siebie od nowa. To ważne, lecz bez wyboru drogi możemy pewnego dnia znowu obudzić się z przeświadczeniem, że w naszym życiu coś jest nie tak.

Królicza Norka pokazuje nam, Kim w Istocie Jesteśmy i czego pragnie nasza dusza. Ale trzeba jeszcze dokonać wyboru drogi. Jednej z dwóch, bo żadnej innej możliwości nie ma. Nasza wolna wola sprowadza się tu tylko do wyboru miedzy doświadczeniem lęku, a miłości.

W książce „Rozmowach z Bogiem” D. Walscha ukazano właśnie wybory tych dróg. Poniżej pozwoliłam sobie przytoczyć fragment książki:

Wszystkie ludzkie postępki w gruncie rzeczy wynikają ze strachu lub z miłości. Tak naprawdę istnieją tylko te dwa uczucia – dwa słowa w mowie duszy. Stanowią one przeciwne bieguny całego (…) stworzenia, a także świata, w jakim żyjesz.

Rozpiętość między tymi dwoma punktami, Alfą i Omegą, pozwala zaistnieć systemowi zwanemu przez ciebie rzeczywistością względną. Bez nich, bez tych dwóch idei, niemożliwa jest żadna inna idea.(…)

Każda ludzka myśl, każde działanie, zakorzenione są albo w strachu, albo w miłości. Nie ma innej motywacji, a wszelkie inne pojęcia to tylko pochodne tych dwóch biegunowo różnych idei. To po prostu różne wersje, różne ujęcia tego samego tematu.(…)

Każdy wybór, jakiego dokonujesz, podyktowany jest jedną z dwóch możliwych myśli: lęku lub miłości.(…)

Strach to energia, która kurczy, zamyka, wciąga, ucieka, chowa, gromadzi, szkodzi.

Miłość to energia, która rozciąga, otwiera, wysyła, zostaje, odsłania, ofiarowuje, goi.

Strach nas okrywa, miłość ukazuje nagą prawdę o nas. Strach trzyma się kurczowo stanu posiadania, miłość rozdaje. Strach więzi, miłość uwalnia. Strach rujnuje, miłość buduje. Strach jątrzy, miłość koi.”

Kiedy pierwszy raz przeczytałam tę książkę, właśnie te słowa zrobiły na mnie największe wrażenie. Zatrzymały mnie w miejscu i sprawiły, że postanowiłam wejść do Króliczej Nory i coś zmienić w swoim życiu. Zaczęłam od matrycy. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że skupiając się na zmianie wzorców i kształtowaniu siebie, zapomniałam o Dwóch Drogach. Kroczyłam do przodu, ale jakby środkiem. Tymczasem nie na tym rzecz polega, by skakać z dróżki na dróżkę lub iść sobie między nimi, bo to ślepy zaułek.

Wczytajmy się jeszcze raz w powyższe słowa. Przeanalizujmy je.

Strach nas okrywa, miłość ukazuje nagą prawdę o nas.”

Strach nas okrywa, także prawdę o nas. To, dlatego tak wiele osób boi się wejść do Króliczej Nory, boi się odpowiedzialności za własne życie. Odrzuca Miłość, przede wszystkim tę do samego siebie.

Strach więzi, miłość uwalnia”

Droga lęku utrzymuje nas w klatce naszych przyzwyczajeń, strachów, fobii, naszego trwania bez Bycia. Miłość uwalnia z tej klatki, ukazuje nam prawdę, czasem bolesną, ale jednak prawdę. I uwalnia od obaw i zmartwień na przyszłość, bo kto kocha i ma wiarę, ten się nie boi. Bo i czego? Demonów przyszłości? Jeśli tak, najczęściej sam je tworzy lub przywołuje.

Co z tego, że w Króliczej Norce zmienimy siebie, ukształtujemy się od nowa i uświadomimy sobie nasze lęki, emocje, bolączki, skoro zepchniemy je tylko na dno Norki? Jaki sens ma jedynie świadomość tego, Kim w Istocie Jesteśmy, a nie Doświadczanie Tego, Kim w Istocie Jesteśmy? Jaki sens ma w końcu stworzenie siebie od nowa, poznanie siebie, a jednocześnie zamartwianie się tym, co się stanie za X czasu, nie wiedząc nawet czy to nastanie?

Udało mi się doświadczyć stanu bez lęku. Było to najcudowniejsze uczucie, jakiego doświadczyłam. Zakochanie się, pierwszy dzień wakacji, pierwsza randka, uśmiech dziecka, wschodzące słońce… Nic z tych rzeczy nie oddaje nawet w połowie stanu szczęścia, jaki daje życie bez lęku. Trudność polega na utrzymaniu w sobie tego stanu. Bo nagle wypełzają z zakamarków nowe lęki, obawy, zamartwiania się na przyszłość. Znowu na chwilę wkraczamy na drugą Drogę i życie zaczyna tracić na blasku, płowieje.

Otrzymaliśmy dar wolnej woli, od nas, więc zależy, którą z Dwóch Dróg wybierzemy, na którą będziemy wracać, jeśli zboczymy. Może poniższy cytat, także z Ksiązki D. Walscha, pomoże dokonać wyboru:

(…)jeśli wybierzesz działanie z miłości, osiągniesz coś więcej niż przetrwanie, zwycięstwo czy sukces. Wówczas doświadczysz w całej chwale, Kim W Istocie Jesteś, i kim możesz być”.

Pozdrawiam.

W pułapce ego

Ego to Ja. Tak najprościej można określić, czym jest ego. Bo z łacińskiego słowo to oznacza właśnie „Ja”. Rozszerzając tę definicję o „Słownik wyrazów obcych i trudnych” (autorstwa Andrzeja Markowskiego i Radosława Pawelca), dowiemy się, że ego w teorii psychologicznej Zygmunta Freuda: ja -świadoma część osobowości, która spełnia funkcje poznawcze i kieruje zachowaniem człowieka:

W psychoanalizie ego pośredniczy między sferą podświadomych popędów i pragnień – id – a sferą sumienia – su-perego.

Od ego wywodzą się kolejne pojęcia, jak egoizm, egocentryzm, egotyzm… Krótko mówiąc świat, który kręci się wokół mnie i mojej osoby. A dokładniej właśnie mojej świadomości. Ta zaś, kreuje rzeczywistość, w jakiej przychodzi mi żyć.

Co zatem stanie się, jeśli pozbędę się swego ego, jak sugerują niektóre kierunki szkół duchowych?

Moim zdaniem katastrofa, gdyż ego jest nieodłącznym elementem nas. Naszej trójczłonowej osobowości, czyli id, ego i superego, lub jak chcą niektórzy, podświadomości, świadomości i nadświadomości. Wyzbycie się jednej z tych części, zakłóca „zespołową pracę”. Id nie wie, czego chce, super ego popada w skrajności od poczucia winy do megalomani, a ego dusi się i przestaje spełniać swoje funkcje, czyli poznawać i kierować.

Co zatem zrobić, by móc iść do przodu w szeroko rozumianym rozwoju duchowym, a jednocześnie nie zniszczyć w sobie ego? Moim zdaniem trzeba zachować równowagę i harmonię między całą trójcą naszej osobowości.

Ostatnio wokół ego, sporo jest zamętu. Pisma i książki New Age, szkoły duchowe, chętnie obarczają winą za nasze niepowodzenia i zło tego świata właśnie ego. Rozpisują się o szkodach, jakie ego wyrządza nam, naszemu życiu, naszemu zdrowiu. Nawołują do wyzbycia się ego, odrzucenia go, zniszczenia w sobie. I wielu idąc za takimi agitacjami robi wszystko by się tego nieszczęsnego ego wyzbyć ze swego życia. Często popadając nawet w pułapkę samego ego, które łatwo się nie poddaje. A, że sprytu mu nie brakuje, tak kreuje (w końcu kreacja to jedno z jego zadań) rzeczywistością i świadomością, że człowiek zaczyna żyć w przekonaniu, że wyzbył się lub skutecznie wyzbywa ego, a w rzeczywistości jest nim coraz bardziej owładnięty. Nie dostrzegając tego, narzuca swoje widzenie świata innym, nawołuje wzorem swych duchowych agitatorów do wyzbycia się ego, chwali i akceptuje tych, którzy się do niego przyłączyli, neguje, a w skrajnych wypadkach prześladuje, tych, którzy żyją sobie ze swym ego za pan brat. Nie przyjmuje innej prawdy poza swoją własną – wyzbywania się ego. Nie dostrzega jednak, że tak naprawdę kieruje nim właśnie ego, które przez pewne nieumiejętne działania zamiast istnieć w harmonii z id i superego, zaczyna dominować, rządzić i oceniać. To ono właśnie zmusza do postrzegania siebie, jako lepszego od większości, bo bardziej świadomego szkodliwości ego. To ono poddaje ocenie innych segregując na lepszych – czytaj rzekomo wyzbywających się ego i na gorszych – czytaj nieświadomych czy też ślepych ignorantów, którzy kierują się ego. To ono będzie w końcu wyłapywało z książek, artykułów czy tekstów o rozwoju duchowym, wszystko, co potwierdzi i utwierdzi w słuszności swoich poglądów. Ono w końcu będzie walczyć, często zaciekle w obronie swych racji, dotyczących szkodliwości ego. Wydaje się to paradoksalne, że właśnie ego, będzie karmić się zwalczaniem ego. Ale tak właśnie jest, bo walcząc z ego, w rzeczywistości karmimy je i sprawiamy, ze wzrasta w siłę, przejmuje całkowicie nad nami kontrole i zakłóca harmonijna współprace z id i superego.

Spotkałam się z twierdzeniem, w jakiejś publikacji New Age, że praktyki i medytacje buddyjskie prowadzą do wyzbycia się całkowicie ego. Być może tak jest faktycznie, jednak w postawie buddyjskiego mnicha i „niuejdżowskiego” agitatora jest ogromna przepaść. Mnich żyje sobie w spokoju i harmonii z samym sobą, niczego nie narzucając innym, ani przede wszystkim nie oceniając innych. Mnich wie, że każdy z nas ma swoją drogę do przejścia i swoje doświadczenia do przeżycia. Mnich wie, że aby się przebudzić wystarczy chwila potrzebna na otwarcie oczu, nie musi nazywać części siebie: id, ego, superego, bo akceptuje je wszystkie w pełni. Zmienia w sobie to, co jest sprzeczne z jego naturą, rozwija w sobie to, co jest z nią zgodne. W ten sam sposób postępuje każdy oświecony i dążący do oświecenia. Mistrzowie Duchowi, oświeceni, mistycy, czy nawet Ci, którzy dopiero otwierają oczy na drodze oświecenia, wiedzą, kiedy jedna z trzech części osobowości zaczyna dominować. Czy jest to Ego, czy Id czy Superego, nie ma znaczenia. Znaczenie ma umiejętność rozpoznania w sobie dysharmonii i zapobieganie jej. Znaczenie ma też umiejętność takiego wykorzystania id, ego i superego, by móc stwarzać siebie, kreować swoje wnętrze i otaczający nas świat. I doświadczać go. Doświadczać Bycia. A nie da się Być bez ego. Bo Ego to Ja, a Ja to Bycie, Istnienie, Odczuwanie, Świadomość, Twórczość. Jam Jest – Jedna z najwspanialszych i najmądrzejszych afirmacji, jakie znam, nie mogłaby zaistnieć bez ego. Dlatego uważam, że nie należy dać się zwariować w oczernianiu, negowaniu i wyzbywaniu się ego. Zamiast tego nauczyć się po prostu Być. Nie oceniać – a to bardzo trudna sztuka. Nie narzucać. Uszanować doświadczenia innych, w pełni przeżywając własne. I kształtować je zgodnie z Własną Wolną Wolą. Tyle wystarczy, by nasze ego z dominanta stało się jednym z trzech czynników naszej pełnej osobowości.

Gelnhausen, Niemcy, 13 lipca 2010

W objęciach demona lęku

Większość z nas uważa się za osoby odważne. Tak naprawdę mało, który człowiek nie ma w sobie lęków i strachów. Nie mam tu na myśli wszelkiego rodzaju fobii, a jedynie zwykłe, codzienne leki, które z czasem z niczego przekształcają się w okrutnego olbrzyma, chcącego nas pożreć. Tymczasem droga lęku jest drogą prowadzącą w stronę mroku, także tego, jaki każdy z nas skrywa w sobie. Krocząc tą drogą ujawniamy w sobie wiele negatywnych emocji, takich jak agresja, frustracja, pesymizm. Zamykamy się na otaczający świat i najważniejszą rzecz, jaka w nim istnieje, na Miłość.

Strach został wpisany w nas u zarania dziejów i jest nam potrzebny do prawidłowego funkcjonowania w świecie. To on czyni nas ostrożnymi, i sprawia, że przetrwaliśmy, jako gatunek. Ten wpisany w nas strach jednak nie jest tym samym, co lęk. Niestety często mechanizm, który miał nas chronić przed zagrożeniami świata natury, rozrósł się w nas do rozmiarów lęku. Ten zaś już nie czyni nas ostrożnymi. Zamiast tego każe nam sięgać po tabletki na uspokojenie, funduje nam nieprzespane noce, utratę wiary, energii, zamknięcie się na miłość, brak zaufania, depresje, samotność, agresję…

Martwimy się na zapas, zamiast żyć chwila obecną w Tu i Teraz. Zamykamy się przed partnerami i przyjaciółmi, uznając, ze lepiej tak, niż potem się rozczarować. I często potem wzdychamy ciężko, że nasze przewidywania się sprawdziły. Czujemy się porzuceni, osamotnieni, bezradni i bezbronni. Ale nie dostrzegamy tego, że otrzymaliśmy to, w co wierzyliśmy.

Zamkniecie do wewnątrz sprawia, że to, co na zewnątrz odsuwa się od nas.

Mam przyjaciela. Najlepszego, jakiego można sobie wymarzyć. Kogoś, kto po prostu Jest. Kogoś, z kim dzielę i radość i łzy, kto stoi obok, kiedy trzeba, kto rozumie i wybacza, cieszy się moja radością i smuci moim smutkiem. Takich ludzi spotyka się raz na milion. Ja nazywam ich aniołami. Jeden z takich aniołów wkroczył pewnego dnia w moje życie. Jednak lęk sprawia, że wciąż się zamykam na te jego anielskość. Patrząc z boku wygląda to jak wysuwanie nosa z mysiej dziury. Poniucham czy przyjaciel nie jest kotem i choć serce mówi, że nim nie jest, na wszelki wypadek cofam się na bezpieczny teren mojego wnętrza. Co gorsza przestaję wierzyć, ze taki ktoś jest obok, bo przecież taka beznadziejna mysz jak ja, nie zasługuje na anioła. Mimo to on trwa obok mnie i wyciąga rękę. A lęk, który w sobie wyhodowałam sprawia, że wciąż ją odrzucam. I pielęgnuje nowy lęk, przed tym, że pewnego dnia ta przyjacielska dłoń nie wyjdzie do mnie. Uzna, że już nie warto, bo i tak zostanie odrzucona. Tworzy się błędne koło stresów, lęków, opadania na dno zalegającego w nas błota, z którego coraz trudniej się wydostać.

Prawdopodobnie większość osób w wielu życiowych sytuacjach zachowuje się i myśli podobnie. Obawiamy się wyrzucenia z pracy, odrzucenia przez partnera, przyjaciela, rodzinę. Obawiamy się chorób, wypadków, samotności, bezsilności. Jednocześnie marzymy, aby ktoś wziął nas w ramiona, wyciągnął w naszą stronę dłoń, pochwalił za dobrze wykonaną pracę, oddalił od nas lęki.

Jednak nikt tego za nas nie zrobi. Ani matka, ani partner, przyjaciel ani nawet anioł.

Więc trwamy sobie na dnie błotnistej studni naszej duszy, oglądając świat z jej perspektywy. A krajobraz, jaki z niej widać utwierdza nas w naszych lękach. Dostrzegamy, bowiem tylko to, co może się nie udać. W naszych słownikach częściej goszczą słowa: nie mogę, nie da się, nie umiem, nie zasługuję, nie potrafię, nie mam czasu. Widzimy ciemne strony, odrzucamy w obawie przed odrzuceniem, obwiniamy się o wiele, o jeszcze więcej obwiniamy świat, a nawet Boga. Zamiast szukać nowych dróg, siadamy na rozdrożu i szlochamy, bezradni, niezdolni podjąć decyzji, w którą stronę chcemy iść. Bo na każdej z możliwych dróg może czaić się upiór lub nawet demon naszych największych lęków.

Znów odrzuciłam dłoń przyjaciela, a mój lęk sprawił, że nawet zatrzasnęłam mu drzwi przed samym nosem. Tylko w tej mysiej norze na rozdrożu jest mi źle. Samotnie, pusto i jakoś tak szaro. Gdzie nie spojrzę są tylko bezradoności, ślepe uliczki, ciemne zaułki nie dających się rozwiązać problemów i ponure perspektywy na przyszłość.

Mogę tu zostać i płakać w poduszkę. Mogę do tych widoków dodać i ten, że anioł więcej nie zapuka do mnie. Mogę. Nie musze. Bo niczego w życiu nie muszę. Mam wybór. Wystarczy wstać i wyjść, ruszyć do przodu. Nie ważne, w którą stronę, byle dalej od tego rozdroża. Stanie w miejscu niczego nie zmieni, a kto wie, co kryje się za zakrętem? Być może mój anioł, który wciąż wyciąga dłoń, a może demon leku, którego przyjdzie mi pokonać? Nie wiem, ale idąc przynajmniej dokądś dojdę. Z tarczą lub na tarczy, ale dojdę.

Po drodze zajdę jeszcze do mego przyjaciela. Powiem mu „cześć” i spytam, czy potowarzyszy mi w tej drodze jeszcze raz. A jeśli odmówi z lęku, że znowu go otrącę, spróbuję się stać dla niego aniołem, jakim on jest dla mnie. Pewnego dnia wyciągnę go z mysiej dziury. Znajdę też nowe rozwiązania i możliwości, bo w Tu i Teraz jest ich wiele. Stąpam jeszcze ostrożnie i skrajem drogi, ale już nie stoję w miejscu. A demonami przyszłości zajmę się, kiedy je spotkam. Jeśli w ogóle spotkam.

Pozdrawiam

P.S.

Pukam do Ciebie i proszę byś mi otworzył. Kolejny raz. A pod próg wsuwam kartkę z napisem: „Dziękuję Ci, że Jesteś. Ja też Jestem. I Będę.”

Rękawice

To była znajoma mi okolica, trochę zabudowań i sporo zieleni, która miejscami rozrastała się do wielkości sporej łąki.
Latałem pomiędzy nimi omijając płoty, budynki, zachwycając się otwartą przestrzenią pełną zieleni.
Na chwilę wszedłem do niewielkiego namiotu gdzie odbywało się spotkanie, wszyscy się znaliśmy. Okazało się że „metal” wykorzystywany jako implanty, które ma większość z nas, jest zagrożeniem i może nas osłabić. Widziałem jak inni mieli go np. w kostkach , czy innych stawach.
Przykucnąłem bo i ja miałem ten „metal” w kolanach i stawach dłoni, widząc wszystko, słaby od bólu, wyciągałem druty z dłoni, aby pozbyć się słabości.

Zmiana sceny…

Rozmawiam z jakąś kobietą na łóżku, która wydaje mi się znajoma, a może po prostu chce wyglądać na taką. Siedzimy naprzeciw siebie, jej wzrok jest świetlisty, jej tęczówki są bardzo jasne, wciąż patrzy na mnie z wielkim zainteresowaniem.

W pewnym momencie dostrzega u mnie, że mam „rękawiczki” stwierdza, że też chce mieć takie.
Zaczyna zachowywać się coraz bardziej drapieżnie, przez chwilę to znoszę, a gdy widzę że ona nie zamierza odpuścić, mówię jedno święte słowo.

Niczym dobrze wyszkolona matka wielebna z zakonu Bene Gesserit użyłem Głosu 😉
Kobietę unosi w górę, jakby w wewnętrznej implozji, skręca ją z bólu, nie wiem co poczułem,czy odczulałem jej ból, czy było to coś innego, ale wewnątrz siebie potężnie piekący ból.

Gdy odzyskała kontrolę nad swoim ciałem uciekła kilka metrów ode mnie, po chwili chciała ponowie zaatakować. Wstałem i po raz drugi użyłem głosu i słowa, ponownie ją to powaliło.
Wciąż byłem pod wrażeniem tonu swojego głosu, nie było w nim żadnego miłosierdzia czy litości.
Nie podejrzewałem samego siebie o coś takiego, głoś przepełniony taką wolą i pewnością że potrafił zniszczyć przeciwnika.

„To nie Twoja wojna…”

Nie raz słyszałem ten zwrot z Twoich ust, jednym z pierwszych razów było to chyba na wakacjach, gdy byliśmy kilka dni w Naszym nadgranicznym miasteczku.
Poszliśmy wieczorem do knajpy, roztańczona sala jak to w sanatoryjnych ośrodkach;)
Odpoczywając przy stoliku 😉 dostrzegam, że przygląda nam się rudowłosa kobieta siedząca razem ze swym partnerem kilka stolików dalej.
Okazało się, że jest kobietą Wiedzy, wzbudziliśmy po prostu jej ciekawość.
Kolejny odpoczynek przy stoliku;) do stolika obok przysiadło się kilku facetów, jaki ten świat mały jednym z nich okazuje się, Twój były uczeń…
Człowiek który postanowił pokazać co to nie on, i co potrafi. Powiedziałaś abym się w to nie mieszał „Po co czynić sobie wroga…”
Nie omieszkał nawet spróbować wezwać posiłków, ale widocznie jego szefostwo uznało „chcesz, to radź sobie sam”. Kobieta Wiedzy wzięła Twoją stronę, wszystko potoczyło się w miarę spokojnie. Zaspokoiła nawet swoją ciekawość względem mnie, by wiedzieć więcej, niby przypadkiem dotknęła mojej dłoni na parkiecie.

Od kilku miesięcy prowadzisz pewną sprawę, na początku nie chciałaś abym wiedział o niej cokolwiek, z czasem to już nie było takie proste. Niektóre fakty wychodziły same…
Ukrywałaś mnie i chroniłaś, by mnie nie odkryli „To nie Twoja wojna”.
Obecnie sytuacja się zmieniła, wiedzą o moim istnieniu, obserwują.
Dotarli do Twojego Przyjaciela, lekarze nie potrafią wyjaśnić co się stało…oby Bóg miał go w swojej opiece i jak najszybciej wrócił do zdrowia.
Siedząc w nocy dostałem krótką wiadomość od Ciebie pomiędzy innymi słowami – „boli”.
Coś we mnie tąpnęło, tak jakby ktoś nagle włączył wszystkie turbiny w elektrowni wodnej.
Dziwny stan, zasnąłem z nim, obudziłem się z nim, lekki wysiłek woli i wzrasta jego intensyfikacja. Nie wiem jak czuje się berserker…, ale dziwny to stan który jest teraz w zasięgu mych myśli…

2006-02-21 16:55:07

Cuno i Moccos

Biegliśmy korytarzem, podłoga była nie równa, poruszała się, nasuwało mi to skojarzenia z mostem zwodzonym. Dostrzegamy jakiś ludzi, przeskakujemy ostatnie przeszkody i jesteśmy zaskoczeni widzimy przed sobą morze i oddalający się brzeg, jesteśmy na statku, ale już spokojni.

Jestem w dużym mieście, w jego części fabrycznej, przypominam sobie, że byłem tu wcześniej z przewodnikiem, wszędzie pracują ludzie, pełno maszyn i hal.
Szukam drogi przez to wszystko i zastanawiam się czy iść tym labiryntem fabryk, maszyn i ludzi czy obejść szukając innej drogi.
W pewnym momencie jestem w maszynie, w której jestem uwięziony, maszyna ściąga mnie na dół, przypomina to siłownik lub windę, czuje na plecach stal drugiej maszyny, niewiele brakuje abym utknął lub po prostu zginął.
Jestem coraz niżej, rozglądam się uważnie, szukając szansy uwolnienia się od tej maszynowej przejażdżki. W ostatniej chwili udaje mi się wyskoczyć.

Widzę szeroki krater w piasku, powoli opada na niego wzorzysty materiał, jakby gobelin, który przykrywa szczelnie krater i jego okolice.

Strzelałem z łuku do niewielkich celów, instruowany w jakimś pomieszczeniu przez nieznanego mi mężczyznę.

Podróżuję docierając do wiejskich zabudowań, jest kilka dróg do wyboru, zastanawiam się, którą wybrać.
Po chwili widzę, że ktoś nadchodzi, był to mężczyzna w towarzystwie dzika i ogromnego psa.
Dzik poza wielkością nie różnił się od normalnego dzika, pies za to był wyjątkowy.
Sierść o długim włosie ognistego koloru, jego wielkość wskazywała, że to może być wilczarz irlandzki, ale sadze, że przekraczał normę i jak na wilczarza. Postać psa morfowała, raz był potężną bestią ze szczęką wypełnioną całym arsenałem zębów nienaturalnej wielkości, by po chwili być bliżej nieokreśloną starą kobietą, noszącą diadem ze zwisającymi ozdobami po bokach. Przez chwilę rozmawialiśmy, po tym cała trójka poszła w kierunku lasu, a na odchodnym dzik podbiegł w moją stronę jakby chciał się ze mną bawić. Mężczyzna zawołał go i odeszli.

Odszczepieniec

Siedziałem w bogato zdobionym konfesjonale, który stał tuż przy szczycie schodów, czułem się w nim swobodnie, raczej nie zapowiadało się na to, że pojawi się Kapłan.

U stóp schodów stał pewien osobnik, wygląd miał nieszczególny, był starcem lub staruszką, nie dało się określić do końca płci, zaniedbany, kępki włosów przyklejone do zatłuszczonej twarzy, oczy nalane, ubiór kloszarda, cały jego wygląd był po prostu odpychający.

Miał dwójkę towarzyszy, dwa psy, jeden przypominał wilka, drugi mniejszy zadziornego kundla. Pomimo tego wyglądu i aury jaką rozsiewał dookoła interesował się o czym to ja mogę rozmawiać z Kapłanem, ton i zachowanie wskazywało na próbę prowokacji.
Ja ze swojej strony miałem głęboko gdzieś jego zainteresowanie, nie jego to sprawa, to z kim, i o czym będę rozmawiał.

Nieznajomy dostrzegł najwyraźniej, że nic nie wskóra rozmową, zdecydowanym ruchem uwolnił swoje sługi, głosem nakazując im atak. Zwierzęta posłuszne jego woli, w pełnym biegu zbliżały się do mnie. Krzyknąłem dwa słowa…wróciłem do normalnej rzeczywistości.

Medytacja – wprowadzenie

Jak działa nasz mózg?

Będzie to ogólne wprowadzenie, które da Ci jako takie pojęcie o działaniu naszego biologicznego komputera, a co za tym idzie, może okazać się dużą pomocą w programowaniu go tak, żeby przynosił ci wymierne korzyści w szkole, pracy i wszędzie tam, gdzie tego naprawdę będziesz potrzebować.

Bardziej szczegółowe informacje na temat budowy i działania mózgu znajdziesz w podręcznikach medycznych. Na nasze potrzeby wystarcza opis bardzo ogólny, nie doszukuj się więc naukowego objaśnienia tego zagadnienia.
Czytaj dalej Medytacja – wprowadzenie

Blaski i cienie


Kiedy uczeń jest gotowy, pojawia się Przewodnik, który poprowadzi go tam, dokąd zmierza cała ludzkość.


Wchodząc na drogę rozwoju duchowego, nie zdajemy sobie początkowo sprawy, że w pewnym momencie prowadzi nas ona do podziemi, szczelnie osnutych pajęczyną czasu, gdzie przechowujemy swoje niewykorzenione przesądy, kompleksy, lęki, strachy i zachowania zwierzęce.
Być może zapytasz, dlaczego wchodząc na tę drogę ujawnia się nasza próżność, pycha, nietolerancja, zawiść, zazdrość, pogarda, brak zdolności wybaczania, mania wyższości? Dlaczego, wkraczając na tę ścieżkę rozwoju stajemy się gorsi niż byliśmy? Niestety, nie zaobserwowałam, aby komuś udało się ominąć ten etap. Jest on niezbędny, jak niezbędnym staje się opanowanie przez zeroklasistę alfabetu i cyferek, aby na ich podstawie zaczął budować i rozbudowywać swoją dalszą wiedzę.

Nie jest to łatwa podróż – nie na początku – pełna naszych nieakceptowanych, ciemnych części osobowości, nielubianych części nas, skrzętnie skrywanych przed ludźmi i światem… Zresztą, droga ta nigdy łatwa nie była, zwłaszcza w początkowej fazie, wymagająca od nas dzielności, odwagi, olbrzymiego hartu ducha i niezłomnej wiary, że podołamy. Na drodze tej jesteś tylko ty i twój Przewodnik (Anioł Stróż, Opiekun, Mistrz – nieważne jak Go nazwiesz), bez Niego taka podróż jest po prostu niemożliwa.

Zanim rozpoczniesz prawdziwą podróż w głąb siebie, przeżyjesz ze swoim Przewodnikiem najcudowniejszy okres, kiedy na początku pokaże ci twoje nieznane możliwości, doświadczysz niewysłowionego szczęścia i radości. Poprowadzi cię w głąb twojej wewnętrznej istoty, żebyś mógł wszystkimi zmysłami odczytać Jego intencje, sugestie, podszepty, głosy lub myśli, i dostosował się do nich. Doprowadzi cię do integracji, zharmonizowania, dostrojenia i zjednoczenia z Nim. (Jest to mniej więcej okres, kiedy po praktykach stymulujących umysł, bazujących na wschodnich [i nie tylko wschodnich] metodach jesteś tak przepełniony energią, że aż cię od środka rozpiera. Dotyczy to również innych technik i metod pobudzających oczyszczanie wewnętrzne.) Zjednoczenie was obu jest niezbędne, dlatego że po okresie ekstazy i uniesień, rozpocznie się prawdziwy rozwój, prawdziwa praca nad sobą. Najczęściej wtedy dochodzi do przestrachu i zagubienia z braku wiedzy, i przerażeni zarzucamy to, co sami nieświadomie sprowokowaliśmy.

Lecz gdy jesteś z nim doskonale zsynchronizowany, podporządkowujesz się z własnej nieprzymuszonej woli i zaczynasz ufnie podążać za Nim. Dopiero później uświadomisz sobie, że z Przewodnikiem tworzysz nierozłączną całość, ponieważ już nigdy nie pozbędziesz się Go, ani Jego prowadzenia.

Bardzo często będziesz miał chęć zerwać z Nim, zwłaszcza w początkowych etapach zagłębiania się w sobie, kiedy nie wiedząc, co się dzieje, winą obarczać będziesz swojego Przewodnika za swoje zachowania i reakcje. W kontaktach z innymi ludźmi wyłazić będą z ciebie negatywne cechy charakteru, zachowania prostackie… Zastanawiać cię będzie czy to jesteś ty, czy ktoś w tobie tak działa, tak reaguje… Przewodnik odzwierciedli ci w ten sposób to, co zepchnąłeś w głąb siebie, ukryłeś przed sobą i światem, czego się w sobie wypierasz. Będziesz miał wrażenie, jakby cię ktoś ubezwłasnowolnił i zmusił do działania pod przymusem.

Takie właśnie momenty mają dać ci dowód, że jest w nas ukryta również osoba prymitywna. Będziesz robił pod presją to, co cię będzie później bardzo bolało, czego będziesz się wstydził.
Zmuszając cię do takich reakcji Przewodnik pokazuje negatywne cechy twojego charakteru i kompleksy, które tak starannie schowałeś w sobie, że nawet nie domyślasz się ich istnienia. Chociaż będziesz buntował się przeciw takim metodom, dobrze będziesz wiedział, że nie jest to po to, by cię unicestwić, lecz po to, by cię wzmocnić, zahartować; pokazać, co jeszcze tkwi w tobie niechcianego, zepchniętego w głąb, do czego nie masz ochoty się przyznać przed nikim, nawet przed sobą.

Twój rozwój duchowy jest jak wspinaczka po drabinie na coraz to wyższe szczeble, którym są poziomy rozwoju wyższej świadomości. Jest to wyzwanie nie tylko dla ciebie, ale i dla przyszłych pokoleń. Gdy twoje „JA” pokonuje kolejne szczeble rozwoju, może doznać różnego rodzaju uszkodzeń. Powstaje wtedy patologia, która zakłóca proces rozwoju. Skutki tych zakłóceń wpływają na osobowość człowieka i są udziałem nas wszystkich.
Patologia ta stwarza chorobową zmianę świadomości, co prowadzi do wypaczenia całego dalszego rozwoju na wszystkich poziomach. Dochodzi wtedy do konfliktu w odbiorze świata, który – w pewnym momencie – zamienić się może w wewnętrzną wojnę, zabierającą ci tyle sił i energii, że o duchowym rozwoju możesz tylko pomarzyć.

Większość ludzi, zanim osiągnie dojrzałość, w takich wewnętrznych konfliktach traci prawie połowę swojego potencjału rozwoju „JA”, kiedy pierwszy stopień wymagać może czasem ponad połowę naszego potencjału, który zabieramy ze sobą inkarnując się na Ziemi. (Inkarnując się w materialnym świecie dusza zabiera ze sobą tylko taki zasób energii, jaki jej będzie potrzebny na czas życia. Jeżeli zapas ten w większej części zostanie zużyty na początku życiowej wędrówki – ponieważ warunki, w jakich się urodziła, wymagały tego – popada w konflikty wewnętrzne i zewnętrzne.)

Żeby odzyskać utracony potencjał, często stosuje się różnego rodzaju techniki psychoterapeutyczne, pozwalające przywrócić to, co utraciliśmy w dzieciństwie i w okresie dorastania, pod wpływem wychowania i środowiska, w którym przyszło nam żyć. Poddając się technikom psychoterapeutycznym (np. rebirthing, regresja, hipnoza, psychoanaliza i in.) dochodzi do scalenia pogubionych po drodze cząsteczek naszej prawdziwej osobowości, naszego „JA”. Jest to przecież praca nad ułomnościami naszego charakteru, czyli zejście do podziemi i odzyskanie utraconego potencjału, utraconej mocy tam uwięzionej, tak potrzebnej, aby móc iść dalej. Dlatego rozwój osobowości – z pomocą psychoterapeuty czy twojego wewnętrznego Przewodnika duchowego – nie może wyeliminować stadium, na którym zachowanie twoje staje się gorsze niż było.

Oczyszczając i doskonaląc swoją psychikę, wchodzisz w obszar zwany psychoterapią. To, ile na tym skorzystasz, zależeć będzie od prowadzącego, jego umiejętności i zasobu wiedzy. Wydaje mi się, że najbardziej fachowej pomocy może udzielić ci twój Przewodnik, jednak nigdy nie będzie on psychoterapeutą, nie zastąpi ci obecności profesjonalisty, w szczególności, kiedy nie jesteś świadom, do czego tak naprawdę dążysz.

Najczęściej jednak ty sam jesteś dla siebie psychoterapeutą. I to z przymusu, bowiem twój Przewodnik będzie kierował cię w różne sytuacje wychowawcze tak długo, póki nie odzyskasz utraconego potencjału. Ból, który przeżyjesz i świadomość powtarzalności tych sytuacji zrobią z ciebie dobrego psychoterapeutę. Bez niczyjej pomocy wyłapiesz reakcje, które będą nieadekwatne do sytuacji i samodzielnie ocenisz je z poziomu dzisiejszej świadomości. Sam również nauczysz się właściwych reakcji, odpowiednich do twojej, o wiele szerszej wiedzy o życiu.

Trudno tu nie spostrzec roli Przewodnika. W sytuacjach, w które cię wciągnie, obniży twój stan świadomości. Będziesz się czuł, jakbyś działał pod dyktando, ale będzie to tylko dyktando twoich małych, opóźnionych w rozwoju jaźni. Oznaczać to będzie, że Przewodnik wprowadził cię w taki sam stan świadomości, jaki był przed laty, kiedy zaledwie powstawała blokada czy kompleks. Dopiero, kiedy ujrzysz swoje wady z wyższego poziomu świadomości, łatwiej ci będzie je odrzucić. Twoja patologia ukaże ci się w najczystszej postaci – prostackiej i niesmacznej. I właśnie takim będzie twoje zachowanie – prostackie i niesmaczne.

Twoja świadomość jest obecna również w stanie świadomości niższego poziomu i działa tak, jak reflektor, oświetlając najciemniejsze zakamarki twoich podziemi wydobywając z ciemności wszystkie ułomności nie do końca rozwiniętych jaźni. Jednak to nie twoja nowo odzyskana świadomość będzie osądzała, ile skorzystałeś na tych sytuacjach wychowawczych, ile ciemnych zakamarków psychiki wysprzątałeś i oświetliłeś. To nie ona osądzi, na ile zwiększył się twój potencjał rozwoju i nie ona zdecyduje o końcu tej podróży.

Gdyby ona to oceniała, twoja podróż zakończyłaby się przy pierwszej sytuacji wychowawczej i do następnych już by nie doszło. Jednak ocena należy do Przewodnika. To On decyduje czy prawidłowo odczytujesz sens sytuacji wychowawczych i czy wyciągasz z nich właściwe wnioski. Przypuszczalnie to On zaliczy ci pracę nad jakąś konkretną ułomnością charakteru, albo nawet i całą podróż. Również to On wpakuje cię w coraz to dotkliwsze sytuacje, jeśli okażesz się krnąbrnym, bezrozumnym i upartym uczniem, idącym z lenistwa po najmniejszej linii oporu – wstrzymując swój własny rozwój i rozwój pozostałych współtowarzyszy ziemskiej wędrówki.

Koniec podróży w głąb siebie wcale nie oznacza końca wielkiej przygody, którą zafundował ci twój Przewodnik. W miarę jak będziesz odzyskiwał swój potencjał, On inwestował go będzie w kolejny, coraz bardziej intensywny rozwój twojej osobowości. I wtedy zobaczysz nowe wątki tego rozwoju.

Z początku nie będziesz ich sobie uświadamiał. Za jakiś czas sam zaczniesz z uwagą śledzić i rozpoznawać normy współżycia z innymi ludźmi, moralności, stosunku do prawdy, miłości, przyjaźni, zdrowia, pieniędzy, pracy, odpoczynku, życia i śmierci wszelkich istot. Również na tych ścieżkach Przewodnik zmusi cię do oświetlenia właściwego zakamarka podświadomości, dokładnego „wysprzątania”, wyciągnięcia wszystkich brudów – które skrzętnie upychałeś po kątach – na światło dzienne, żebyś odzyskał pozostawiony tam potencjał rozwoju, uwolnił zamrożoną energię.

Refleksje


1. „Nikt nie rodzi się dla kogoś innego”

Nikt nie rodzi się dla mamy, taty, rodzeństwa, dla nauczycieli, zwierzchników, partnerów, przyjaciół. Rodzisz się, bo chciałeś się urodzić. Chciałeś poznać życie od fizycznej strony. Wybrałeś swój wygląd fizyczny, rodzinę, środowisko, kraj… Nic w twoim życiu nie jest przypadkowe. Przychodzisz tu, by czegoś się nauczyć, czegoś doświadczyć, czego w formie bezcielesnej nie byłbyś w stanie przeżyć.

2. „Nikt nie zjawia się tutaj, żeby dopasować się do ideału jaki sobie stworzyłeś.”

W miarę dojrzewania masz poznać swoje możliwości, masz tworzyć a nie powielać czyjeś ideały, które w dzieciństwie wpojono ci wychowaniem. Masz być sobą – tak, jak to czujesz sercem – a nie przedłużeniem swoich opiekunów z dzieciństwa, wczesnej, zależnej od dorosłych młodości i wielu, wielu innych ludzi, których spotkałeś na swej drodze. Masz tworzyć siebie, by poprzez siebie pomóc tworzyć swoją osobowość innym, bo czerpią z ciebie to, czego im trzeba do rozwoju, czego potrzebują w danej chwili.
Czy idąc po zakupy kupujesz wszystkie artykuły, które znajdują się w sklepie czy tylko to, czego potrzebujesz? Głupotą jest kupować wszystko, jak leci…

3. „Jesteś panem swojej miłości i możesz dawać jej tyle, ile zechcesz, ile jesteś w stanie dać innym.”

Możesz kogoś kochać, darzyć najgłębszym uczuciem, na jakie cię stać, ale nie masz prawa żądać miłości od kogoś, kto nie czuje tego samego co ty. Nie masz prawa niszczyć cudzych uczuć, bo nie są to twoje uczucia, chociaż skierowane w twoją stronę. Uszanuj to, czym darzą cię inni, zwłaszcza, kiedy nie odczuwasz tego samego. Serce jest organem, który najłatwiej jest zranić, zniszczyć. Dziś ty niszczysz czyjeś uczucia, jutro zniszczą twoje.

Różnica między myśleniem sercem a myśleniem głową.

Gdy przestajesz myśleć, zaczynasz prawidłowo działać – spontanicznie. To działanie wypływa z ciebie w sposób naturalny z głębi jestestwa, z głębi serca, nie z głowy. Po prostu nie myślisz. Działasz. Nie zastanawiasz się czy jest to dobre czy złe, moralne czy społecznie naganne. Po prostu działasz. Myślenie przychodzi później – oceniasz i analizujesz po fakcie.

Kiedy myśl jest przed działaniem, jest to reakcja na bodziec, działanie pod wpływem myśli, reakcja na impuls płynący z głowy, z ego. Zmień kolejność. Najpierw spontanicznie działaj, potem myśl. Działaj jak działa dziecko – ono najpierw działa, potem pojawia się myśl. Matka, widząc dziecko w niebezpieczeństwie nie zastanawia się, co ma zrobić – ona działa, myśleć zaczyna po fakcie. Reaguje poza myśleniem, w chwili działania myśl jest zablokowana. Gdyby zaczęła najpierw myśleć, jej pomoc na nic by się zdała – byłoby za późno na działanie.

Kiedy działasz w codziennym życiu, działasz przez pryzmat przeszłości. Znaczy to, że na twoje działanie składa się suma twoich doświadczeń wyniesionych z okresu dzieciństwa, dojrzewania i wczesnej młodości, które miały bezsprzeczny wpływ na tworzenie twoich poglądów i wewnętrznej filozofii życiowej.

Zapomnij na chwilę o zasadach, poglądach, które w rodzinnym domu ci wpojono. Stań przed lustrem i patrząc sobie głęboko w oczy zapytaj: „Kim jestem?” „Czy to, kim jestem obecnie, jestem naprawdę ja?”

Czy jestem człowiekiem ukształtowanym przez ojca, przez matkę, przez ich stosunek do siebie, ich uczucia, które okazywali sobie w mojej obecności? A może jestem tym, który ślepo spełnia ich pragnienia, którym sami nie potrafili nadać kształtu, gdy byli w moim wieku? Czy może jestem tym człowiekiem, którego czuję w głębi serca, że jest mną? Który nie potrafi dopasować się do oczekiwań ludzi dla niego ważnych, bo ma swoją wizję siebie i chce swoje życie sam tworzyć?
Zastanawiałeś się, kim naprawdę jesteś? Dzieckiem, własnością swoich rodziców – kukiełką, która ożywa tylko wtedy, gdy lalkarz pociąga za sznurki?
Lalkarza może dawno nie być wśród żywych, ale kukiełka – jak mechaniczna zabawka – będzie hipnotycznie odtwarzała zakodowane polecenia, zaprogramowane reakcje.

Każdy z nas może być tym dzieckiem-kukiełką, nawet wtedy, kiedy ma już własne dzieci, doczekał wnuków… Każdy z nas może być tym lalkarzem-rodzicem, który pociągając za sznurki emocjonalnych czy uczuciowych uzależnień spełnia własne marzenia, własne oczekiwania, bez oglądania się na potrzeby kukiełki-dziecka. Kukiełka staje się przedłużeniem lalkarza, jego drugim JA.

Każdy lalkarz dba o swoją pacynkę, by nie przyszło jej do głowy pozrywać wszystkie sznurki łączące ją z lalkarzem. Lalka nie może zacząć samodzielnie myśleć, jej umysł musi pozostać uśpiony. Lalkarz nie może pozwolić na to, wszak kukiełka jest jego własnością, niezbywalną. Stworzył ją, nauczył wielu pożytecznych rzeczy i tak wyszkolonej lalce miałby dać wolność? Tyle trudu własnoręcznie zniszczyć?!

Co stanie się z lalkarzem, gdy uwolniona pacynka odejdzie i zacznie tworzyć własne życie? Co stanie się z lalkarzem, kiedy przyjdzie starość i zniedołężnienie? Lalkarz uzależniony jest od pacynki, nauczył ją wszystkiego z myślą o sobie. Pacynka natomiast, gdyby odciąć wszystkie sznurki łączące z lalkarzem staje się bezradna, czuje się bezużyteczna, bo nie potrafi decydować o sobie, nie potrafi myśleć. Jest ślepa i bezradna jak małe dziecko. Właśnie tego nauczył ją lalkarz, takiej potrzebował pacynki – bezradnej i ślepej, której wydaje się, że bez swojego twórcy nie potrafi żyć, nie potrafi zagrać ról, które jej życie podsuwa.
Gdy nie ma reżysera, bez niego lalka nie stworzy niczego. Nie zdobędzie samodzielnie wykształcenia, nie założy rodziny, nie spłodzi dzieci, które prawdopodobnie też staną się pacynkami. Tak zdecyduje lalkarz – głowa rodziny.

A potem, jako dorośli ludzie narzekamy, że rodzice nie chcą nas od siebie puścić, albo sami nie chcemy odejść, bo jest nam z tym wygodnie. Nie potrafimy żyć własnym życiem. Szukamy potem – nieświadomie – kogoś, na kim wyładujemy swoją złość, wściekłość za nieudane życie, nienawiść. Szukamy kogoś, kogo będziemy osądzać, krytykować, atakować, żeby poczuć się lepiej, żeby się dowartościować we własnych oczach.

W ten sposób niczego nie załatwisz, co najwyżej napytasz sobie wrogów. Potrzebujesz wrogów? Do czego ich potrzebujesz?
Zacznij wreszcie żyć własnym życiem i nie oglądaj się na nikogo.

Co powiesz, jak przeżyłeś życie, gdy staniesz przed obliczem Stwórcy? Powiesz mu, że żyłeś życiem swego rodzica, który cię wychował? Powiesz mu, że żyłeś życiem dziecka, którego miałeś być przewodnikiem do czasu osiągnięcia przez niego dojrzałości?
A Stwórca powie ci:

Durniu! Miałeś żyć własnym a nie cudzym życiem! Miałeś uczyć się poprzez własne decyzje, własne doświadczenia. A ty, jak bezmyślny idiota podczepiłeś się pod cudze życie, bo tak było ci wygodnie, bezpiecznie. Ano, wracaj z powrotem na Ziemię i wreszcie zacznij się uczyć! Z własnego życia, z własnego doświadczenia… Nie po to dałem ci rozum i wolną wolę byś je oszczędzał na lepsze czasy, byś zaprzepaścił je lenistwem umysłowym i głupotą. Masz się uczyć tworzyć a nie zbijać bąki i narzekać, jak ci jest źle na Ziemi, jaki byłem dla ciebie okrutny, bo nie dałem ci bogactwa, sławy. Gdybyś umiał myśleć, na pewno doszedłbyś do wniosku, że »dostałeś to, co ci się należało bezwarunkowo, bo na tyle sobie zapracowałeś własnym życiem. Dostaniesz więcej, gdy do tego dorośniesz, dojrzejesz. Nie wcześniej«”.


Spójrz, ilu ludzi goni za bogactwem tego świata a ilu za mądrością serca? Pieniędzmi mądrości nie kupisz. Masz prawo wyboru. Trzeba tylko sięgnąć…

Uwolnij świat

Poznanie samego siebie nie jest zaleceniem, by dowiedzieć się z lustra, czym jestem, ale by tak wpłynąć na siebie, żebym się stał, kim jestem.

Jaspers
Książki Johna Bradshaw’a przetłumaczone na język polski:
  • Zrozumieć Rodzinę
  • Toksyczny wstyd
  • Powrót do swego wewnętrznego domu
  • Twórcza moc miłości

To, co proponuje Bradshaw w swoich książkach nie jest metodą pracy nad sobą jedyną i najlepszą. Jest jedną z wielu rodzajów. Nie każdemu będzie ona odpowiadała, ponieważ wyciąga na powierzchnię to, o czym nie pamiętamy albo boimy się pamiętać; to, co mamy skrzętnie poupychane w zakamarkach naszej podświadomości; to, co przekazały nam poprzednie pokolenia; to, co nam przekazali rodzice wychowaniem i to, co „zapamiętało” nasze ciało z tamtego okresu. „Grzechy” naszych przodków spadają na nas, a my – w swej nieświadomości – przekazujemy je młodszym pokoleniom, dokładając każdy swoją cząsteczkę…

John Bradshaw świetnie tłumaczy psychologię rozwoju ilustrując ją przykładami z własnej praktyki i osobistych doświadczeń. Faktem jest, że laik nie ze wszystkim sobie poradzi, i może właśnie o to chodziło, ponieważ nierozważne ich zastosowanie może się skończyć dla delikwenta w poradni psychologicznej, w oczekiwaniu na pomoc specjalisty.

Oboje autorzy – w połączeniu z pracami Alice Miller – wnoszą niezłą „rewolucję” w nasze myślenie. (Bradshaw w dużej mierze opierał się na pracach Miller [chociaż nie tylko jej], dotyczących przemocy w rodzinie. Może z tematem [rozwoju duchowego] chwilami sobie nie radził, ale i tak włożył olbrzymi wkład w przybliżenie go.)

Są to książki dla każdego, kto ma otwarty umysł, dużą dozę zdrowego rozsądku i nie przestraszy się olbrzymiego bólu emocjonalnego, który temu towarzyszy, dla odważnych penetratorów własnego cienia. Na pewno warto choćby tylko zapoznać się z treścią, znajdując w nich częściową odpowiedź na pytania, które – być może – stawiamy sobie co dnia.

Praca nad historią swego dzieciństwa nie jest pracą łatwą, którą wykona się w tydzień czy w miesiąc. Jest to praca – rozłożona w czasie – nad uczuciami i emocjami, które nie zawsze potrafimy wyrażać nie krzywdząc drugiego człowieka. Jest to docieranie do krzywd, które stały się naszym udziałem, które również były udziałem naszych przodków, rodziców, rodzeństwa, bliskich i wielu, wielu innych ludzi, z którymi stykał nas los w drodze przez życie, i styka każdego dnia. Człowiek świadomy nie jest w stanie krzywdzić…

Świetnym uzupełnieniem do książek J. Bradshaw’a są prace Alice Miller (www.alice-miller.com) – Dramat udanego dziecka, Ścieżki życia, Gdy runą mury milczenia, Zniewolone dzieciństwo, Bunt ciała i inne publikacje.

Alice Miller jest kobietą, która nie bała się zajrzeć najpierw do własnego dzieciństwa i dzieciństwa ludzi pochodzących z różnych warstw społecznych. W książkach, które wyszły spod jej pióra, starała się przekazać rzetelny obraz przemocy w rodzinie i późniejszego jej wpływu na dorosłe życie człowieka, ujęty z różnych punktów. Wyjaśnia, jak wychowanie dzieci, nazywane przez nią czarną pedagogiką, determinuje życie dorosłego człowieka, nierzadko niszcząc je. To, co w dzieciństwie służyło ochronie dziecka, w dojrzałym życiu jest często autodestrukcyjnym działaniem, niszczącym wszelkie związki partnerskie i międzyludzkie.

Wyżej wymienione tytuły nie są lekturą obowiązkową, lecz znikomą cząsteczką prywatnej bibliografii, która powoli zmieniała moje spojrzenie na wiele spraw. Nie wniosły one natychmiastowych zmian, lecz wymagały ode mnie uważności, obserwacji siebie i determinacji, by zmieniać to, na co miałam wpływ w swoim życiu, co zidentyfikowałam sama, co pomogli mi zidentyfikować inni ludzie, choć nie zawsze byli tego świadomi. I na pewno nie stało się to – w moim przypadku – w ciągu jednego miesiąca, czy jednego roku… Ta praca trwa nadal.

Zmiana poglądów i nowe spojrzenie na to, co nas otacza jest dla mnie zmianą, wartą podjętego wysiłku. Nikt mi za to braw nie bił, nikt nie wielbił jak mistrza, ale czułam wewnętrznie, że idę w dobrym kierunku, że wykonałam kawał dobrej roboty – nie tylko dla siebie, przede wszystkim na rzecz innych ludzi, uwalniając ich częściowo od moich – wszczepionych w dzieciństwie – lęków i wypaczeń, zmuszając do weryfikacji pojęć, wśród których wyrosłam.

Duchowymi ojcami, pomagającymi tworzyć moją nową osobowość są: Jogi Rama Czaraka, Mishra, Osho, R. Tagore, J. Bradshaw, A. Miller, Leadbeater, Juliusz Payot, Świtkowski, Pracht, Besant. Silva, Klimuszko, Zylbertal i wielu, wielu znanych i anonimowych ludzi. Pomagają mi otworzyć się na siebie i na świat. Nie jest łatwo zmieniać w sobie to, z czym żyło się na co dzień, w czym się wyrastało, co weszło w krew, czego po prostu się nie zauważa, za to doskonale widzą nasi bliźni.

Poznanie i zrozumienie tematu, to połowa pracy. Druga połowa to osobiste działanie, by zmieniać to, na co mamy wpływ, i pogodzić się z tym, na co wpływu nie mamy. Postawienie diagnozy jeszcze nie jest uzdrowieniem. Drogą do uzdrowienia jest nasza determinacja, nasze działanie. Żeby stworzyć swoją mandalę życia trzeba cierpliwie gromadzić różnokolorowe ziarenka doświadczeń i wiedzy w nich zawartej, cierpliwie spajając je wszystkie miłością.

Przed kilkoma laty ojciec omal mnie nie pobił, kiedy podczas rozmowy z nim, na pytanie, czy go kocham, zdobyłam się na odwagę i odpowiedziałam pytaniem – a nauczyłeś mnie tego? Wychodził z założenia, że MAM ŚWIĘTY OBOWIĄZEK (!) go kochać z racji tej, że jest moim ojcem.
Czy jesteś w stanie „pałać miłością” do ojca, który niszczył ciebie w sensie fizycznym i psychicznym, wyśmiewał twoje emocje i uczucia, który przeciwstawiał swoją doskonałość dorosłego człowieka twojej bezbronności i nieporadności małego, zagubionego dziecka? Przecież to doskonale znasz z dzieciństwa – zna to prawie cała ludzka populacja. Dziś rozumiem, dlaczego taki był, ale nie w tamtej chwili…

Żeby grzebać we własnej historii trzeba olbrzymiej odwagi, ponieważ to, co wypływa z podświadomości na powierzchnię, otwiera rany, które długo się goją. Każdy z nas inaczej poznaje świat, każdy w inny sposób buduje swoją rzeczywistość, bo każdy dysponuje innym materiałem do jej tworzenia.

Otwórz serce i uwolnij świat.

Między narodzinami, a śmiercią…

Między narodzinami, a śmiercią zawarte jest nasze życie. Rodzisz się, uczysz mówić, chodzić, poznajesz najbliższych, otoczenie, środowisko. Kształcisz w różnych szkołach, podejmujesz pracę, żenisz. Potem płodzisz dzieci, wychowujesz je, przekazując to, czego sam się nauczyłeś, czekasz na wnuki, a potem…odchodzisz…

Nikt nie zastanawia się, a może inaczej to ujmę… Mało kto zastanawia się nad sensem istnienia. Gonimy za iluzją; zdobyć wykształcenie w renomowanych szkołach, otrzymać bardzo dobrze płatną pracę, mieć atrakcyjną żonę czy męża, piękne i mądre dzieci, urlopy spędzać w ekskluzywnych kurortach świata.

Większość goni za tą iluzją szukając poczucia bezpieczeństwa w majątku, spełnienia w szybkim seksie – w przerwie na obiad lub między jednym etatem a drugim – traktując go jak odświeżacz samopoczucia i tęskniąc w głębi duszy za uczuciem głębokim i stałym.

Pytasz, czy to ma sens? Czy życie musi mieć sens i logiczne wytłumaczenie każdej sytuacji, każdego zjawiska? Czy drzewo lub kwiat pyta o sens wzrastania? A przecież towarzyszy nam od początku naszego istnienia. Przychodzimy na świat nie po to, by doszukiwać się sensu życia, by buntować się przeciw wszystkiemu, co w ostatecznym rozrachunku i tak przynosi nam korzyść… Często, miast dziękować ludziom – i sytuacjom przez nich stworzonych – za pomoc w naszym rozwoju, szukamy okazji, by się zemścić, wziąć odwet za coś, co sami sprowokowaliśmy…

Każda sytuacja, każdy człowiek przyczynia się do naszego wzrostu, naszego rozwoju. Im więcej buntu, tym więcej w tym bólu i cierpienia… Im więcej bólu i cierpienia, tym szybciej wzrastasz duchowo, ale nie zauważasz tego, bo… wolisz zagłuszyć głos wewnętrzny hałaśliwą i głośną muzyką, hałaśliwą zabawą, byleby nie zostać sam na sam ze swoją pustką i ciszą wewnętrzną. Pragniesz tego, co ma bliźni, nie widząc tego, co sam masz, z czym urodziłeś się… A masz WSZYSTKO, czego potrzebujesz do życia i duchowego wzrostu…

Zwracamy się na zewnątrz próbując wytłumaczyć wszystkie procesy, które zachodzą wewnątrz nas. Czy uczucie da się wytłumaczyć? Odczuwać to coś innego niż opis tego, co czujemy. Czy potrafisz wyrazić słowami czując miłość, tęsknotę, czy nienawiść? Potrafisz dobrać tylko odpowiednie, jakże nieporadne słowa na określenie danego uczucia, ale nie wyrazisz, nie opiszesz nimi wszystkiego, co naprawdę odczuwasz…

Miłość. Tak wiele o niej napisano i powiedziano, ale nikomu nie udało się jej zdefiniować. Dla Ciebie miłość to… nuda, bo po kilku miesiącach czy latach wkrada się rutyna, „miłość” powszednieje. I tak się staje… Kochasz i czekasz: na wzajemność, na bycie razem, na seks.

Oczekujesz akceptacji i przyjęcia twoich uczuć przez drugą osobę. Oczekujesz miłości opartej na twoim wyobrażeniu, na twoich zasadach. Kiedy nie są spełnione warunki, które stawiasz kochanej przez ciebie osobie, zaczyna się cierpienie, ból, nienawiść… To nie jest miłość. Miłość to radość dawania siebie bez oczekiwań, to jedność i bezwarunkowa akceptacja. Nie stawiasz wtedy pytania: „czy mnie kocha?” – po prostu kochasz…

Co dajesz innym

To, co myślimy na swój temat, staje się dla nas prawdą. Jesteśmy całkowicie odpowiedzialni za wszystko w naszym życiu, za to najlepsze, jak i za to najgorsze.

Tworzymy swoje doświadczenia dzięki własnym myślom i uczuciom, ponieważ każda myśl i wypowiedziane słowa tworzą nasze życie.

Nikt, dosłownie nikt nie ma nad nami władzy, ponieważ sami tworzymy myśli w swoim umyśle. Jeśli w naszym umyśle stworzymy harmonię i równowagę, znajdziemy ją również w swoim życiu i w ten sam sposób odbierać nas będzie otoczenie.

Zastanów się nad podanymi niżej stwierdzeniami, które z nich jest dla ciebie typowe?

„wszyscy czepiają się mnie”

„wszyscy są dla mnie życzliwi”

Każde z tych stwierdzeń stworzy zupełnie różne doświadczenia.

To, co sądzimy o sobie i swoim życiu, staje się dla nas rzeczywistością. Nasza podświadomość akceptuje wszystko, co myślimy na swój i innych temat Innymi słowy, jeżeli twoje myśli są negatywne i wierzysz w to, co myślisz o sobie, staje się to dla ciebie prawdą. Nikt przecież nie ogranicza nas w myśleniu, dlatego sensowniej brzmi: „wszyscy są dla mnie życzliwi” niż „wszyscy się mnie czepiają”.

Przekonania, jakie żywimy odzwierciedlają się w naszym życiu. Jeżeli sądzisz, że musisz ciężko pracować, by cokolwiek osiągnąć, to na pewno tak się stanie.

Jeżeli tworzysz afirmację, z którą następnie będziesz pracował na poziomach alfa i beta, to to stwierdzenie będzie utrwalone w podświadomości. Przykładowo: z łatwością osiągam cele, które stawiam przed sobą”, „coraz więcej miłych ludzi pojawia się w moim życiu, ja też jestem miły dla innych”, nawet nie zauważysz, kiedy afirmacja stanie się rzeczywistością w twoim życiu.

Kiedy jesteśmy mali, stosunku do siebie i do życia uczymy się od otaczających nas dorosłych. Jeżeli przebywamy w otoczeniu ludzi nieszczęśliwych, przerażonych, pełnych złości i poczucia winy, uczymy się od nich wielu negatywnych rzeczy o sobie i otaczającym świecie. „Jestem głupi”, „to moja wina”, „ja nie umiem”, mężczyzna nigdy nie płacze”… Mogę wyliczać bez końca, bo właśnie takie stwierdzenia tworzą smutne życie, pełne frustracji.

Kiedy dorastamy, mamy tendencję do stwarzania takiego samego klimatu emocjonalnego, jaki panował w domu naszego dzieciństwa. Nie jest to ani dobre ani złe, ani prawidłowe czy nieprawidłowe; po prostu stwarzamy wokół siebie klimat, w którym czujemy się „jak w domu”. W osobistych związkach z innymi odtwarzamy model stosunków, jakie łączyły nas z ojcem czy matką lub wzajemnych relacji miedzy nimi. Siebie również traktujemy podobnie, jak traktowano nas w domu. Również narzekamy i karzemy siebie w ten sam sposób.

Jeżeli uważnie wsłuchamy się, usłyszymy niemalże te same słowa i całe zdania. Nawet darzymy siebie takimi samymi uczuciami i pobudzamy do działania w ten sam sposób, w jaki robiono to, kiedy byliśmy mali. Jak często mówisz do siebie: „to moja wina”, „nie potrafię”, „ale ja jestem głupi”?… A jak często mówisz sobie: „kocham cię”, „jesteś cudowny”, „umiesz, potrafisz”?…

Wszyscy jesteśmy ofiarami ofiar, które przekazały nam całą swoją wiedzę. Nikt nie nauczył naszych rodziców jak mają kochać siebie, dlatego nie nauczyli nas jak to zrobić.

Nauczyli nas tylko tego, czego nauczono ich, gdy sami byli mali. Przekazali nam tylko to, co sami otrzymali od swoich rodziców w dzieciństwie. Ludzie, którzy nas wychowują, są tak samo przerażeni i zalęknieni jak my…

Każdy z nas, zanim narodził się na tej planecie, sam zdecydował o miejscu i czasie. Dokonaliśmy wyboru przyjścia, by nauczyć się czegoś, co poprowadzi nas duchową i ewolucyjną ścieżką. Sami wybraliśmy płeć, kolor skóry, kraj, środowisko i rodziców, którzy odzwierciedlają wzorzec, nad którym będziemy pracować przez całe życie.

Kiedy już dorośniemy, oskarżamy najczęściej rodziców za coś, co tak naprawdę służy naszemu rozwojowi. Przecież tak naprawdę sami ich wybraliśmy, by nam pomogli zrozumieć lekcję naszego życia. Znakomicie nadają się do tego, nad czym mamy pracować i co przezwyciężać.

Nasz system przekonań kształtujemy we wczesnym dzieciństwie, a potem, idąc przez życie, tworzymy doświadczenia tak, by do nich pasowały. Jeżeli spojrzysz wstecz w przeszłość, na pewno zauważysz, jak niektóre doświadczenia powtarzają się w życiu po wielokroć tak długo, aż skrystalizował się pogląd, który odzwierciedlał twoje wyobrażenie na twój temat. Zresztą, nie ma najmniejszego znaczenia jak długo przepracowujesz jakiś problem dotyczący ciebie.

Wszystko, co do dziś zaistniało w twoim życiu, zaistniało dzięki twoim myślom i poglądom, które powstały o wiele, wiele wcześniej. Jest to skutkiem myśli i słów używanych wczoraj, w ubiegłym tygodniu, przed miesiącem, przed rokiem… Jednak to już jest przeszłość. Teraz liczy się to, co chcesz myśleć, mówić czy wierzyć w tej chwili. Te myśli i słowa tworzą twoją przyszłość.

Zaobserwuj myśl, która powstaje teraz, w tej chwili. Jest pozytywna czy negatywna? Czy chciałbyś, aby ta myśl była twórczym elementem twojej przyszłości?

Jedyną rzeczą, z którą tak naprawdę masz do czynienia jest myśl. Każde doświadczenie jest więc zewnętrznym skutkiem twoich wewnętrznych myśli.

Myślisz o sobie: „Jestem złym człowiekiem”. To tylko myśl, ale właśnie ta myśl wywołuje uczucie, które wzmacniasz. Zmieniając myśl na pozytywna, również zmienisz uczucie.

Im więcej masz negatywnych myśli na swój temat, tym gorzej ci się wiedzie w życiu.

Myślisz: „nie robię wystarczająco dużo”… „nie zasługuję na to”… „nie jestem dość dobry”… to moja wina”… W odniesieniu do czyich wymagań nie spełniasz tych stwierdzeń?

Jeżeli mechanizmy te są w tobie bardzo silne, to w jaki sposób możesz stworzyć życie oparte na miłości, radości, dobrym samopoczuciu i zdrowiu?

Twoje podświadome przekonania zawsze będą przeszkadzać i nigdy nie osiągniesz tego, co zamierzasz.

O wiele więcej problemów niż cokolwiek innego powoduje noszenie w sobie urazy, samokrytycyzm, poczucie winy i lęk, które są przyczyną największych kłopotów w naszych ciałach.

Te uczucia rodzą się z oskarżeń innych ludzi i naszej rezygnacji z wzięcia odpowiedzialności za własne doświadczenia. Jeżeli jesteśmy odpowiedzialni za wszystko, co dzieje się w naszym życiu, to nie powinniśmy nikogo obwiniać.

Cokolwiek dzieje się z nami jest zewnętrznym obrazem naszych myśli. To nasze przekonania przyciągają ludzi, którzy odnoszą się do nas tak, a nie inaczej.

Jeśli uświadamiasz sobie, że mówisz: Każdy mnie krzywdzi, krytykuje, traktuje jak przedmiot, zachowuje się obelżywie”, to jest to twój wzorzec. Widocznie jest w tobie coś, co u innych wywołuje takie reakcje. Jeśli przestaniesz myśleć w ten sposób, ci sami ludzie skierują swoją uwagę w inną stronę. Nie będziesz ich już przyciągał.

Skutki takich wzorców dają się również odczuć na płaszczyźnie somatycznej.

Ewidentnym przykładem może być tutaj noszenie w sobie przez długi czas urazy, która uzewnętrzni się kiedyś pod postacią choroby nowotworowej. Poczucie winy zawsze domagać się będzie kary, a kara zawsze kojarzy się z bólem, z cierpieniem.

Mówię prawdę…

Pamiętam, jak patrzyłam Ci w oczy i powtarzałam, że dam radę… Wtedy w to tak naprawdę w pełni nie wierzyłam. Po prostu mówiłam to, co czułam, że w tym momencie powiedzieć powinnam… Od tamtej pory minęło już trochę czasu i teraz mówiąc te słowa wiem, ze mówię je w pełni świadomie. Z pełnym przekonaniem, że Dar i Połączenie da nam tyle mocy by wygrać walkę o… prawdę i szczęście.
Czy boję się tej walki? Chyba tak, ale mam ufność ukrytą w Tym, który nas odkupił i zjednał – odrodził. On nas wesprze i poprowadzi. A my… przetrwamy wszystko.

2004-12-16 21:32:59

Fabryka snów - sztuka śnienia, bajki terapeutyczne, rozwój