Nie zapominaj kim jesteś….

W bezmiarze kosmosu w centrum pewnej Mgławicy, żyła sobie nie znana z imienia Gwiazda.
Przed eonami powstał wokół niej układ planetarny, wiele dużych i małych planet, podróżujących komet i innych skalistych mieszkańców.
Pośród tej mieszanki, żyła sobie Planeta, która miewała swoje złote i jasne dni, ale też dni mroku i katastrof.

Właśnie teraz rozgrywały się te drugie, borykała się z różnymi problemami, huraganami, trzęsieniami ziemi, powodziami, zanieczyszczeniem powietrza, które przesłaniało jej niebo.
Starała się jak mogła ale wiele rzeczy jej nie wychodziło, podupadała na duchu, wątpiła że uda się jej wszystko naprawić, by światło Gwiazdy mogło do niej dotrzeć.
Wiedziała, że pewne rzeczy może tylko ona zrobić, szukała, rozwiązywała to co splątane, czasami sama się plątała i zatrzymywała w miejscu.

Zastanawiając się tak pewnego razu, drążyła się co jest jej celem, miała różnego rodzaju przebłyski, ale też intuicyjnie odczuwała sobą co jest jej pisane.
Wciąż wikłała się czy to w swoje problemy, czy też te które napotkała na swojej drodze wokół Gwiazdy.
Trafiła na obłok pyłowy, który zabrał światło, to było już ponad jej siły.
Duch jej schronił się w jej stalowym wnętrzu, zamknął się od środka, nie myślał racjonalnie.
Gwiazda widząc to co się dzieje, zajaśniała potężnym rozbłyskiem.

Planeta całą sobą usłyszała.
-Skup się na celu, nie wszystko jesteś w stanie sama zrobić, pozostaw pewne rzeczy naturalnemu biegowi. Zaufaj.
Jestem twoją jaźnią, jesteśmy jednością, nie zapominaj o tym.
Jeszcze dziś gdy schronisz się za cieniem księżyca, wyślę swoich wysłanników.

Zamknięta od środka, za masywnymi, stalowymi drzwiami, obserwowała.
Pojawiło się dwóch potężnych olbrzymów, pierwszy mówił innym językiem, ciężko było im się porozumieć.
Rozumiał za to język żywiołów, ukoił ziemię, powietrze, wodę oraz wiatr.
Drugi stał z boku, nie odzywał się, można by pomyśleć że tylko się przygląda, gdy nagle szybkim ruchem uniósł zwaliste drzwi, jak gdyby były tylko piórkiem.
To co poranione stało się harmonią życia, to co zamknięte stało się wolnością.

Pamiętaj nie trać nadziei i nie zapominaj kim jesteś, w tym Twoja siła….

Twierdza Czterech Światów

Pracowaliśmy z moją opiekunką/doradcą przy pewnym stroju, przypominającym bardziej jakąś zaawansowaną zbroję, bardzo zdobioną i z różnymi dodatkami.
Szukaliśmy ukrytych tajemnic tej zbroi ,  przeszukiwaliśmy najmniejszą część ubioru, każdą stronę, dyskutowaliśmy gdzie może się ukrywać tajemniczy „kod”.

Opiekunki nie widziałem przez wiele miesięcy, ciekawe co to za sprawa że teraz się spotkaliśmy.
W pewnym momencie sprowadzono mężczyznę i kobietę którzy mieli już doczynienia z tą technologią.Mężczyzna po krótkiej lustracji nacisnął pewne miejsce i w górnej cześci otworzyła się skrytka.

Zmiana lokacji.

Stoję z innymi na ziemnym wale tuż obok drogi,  w tym miejscu korzystam z ciała zwykłego szeregowca, w dłoni ściskam pistolet i narzekam w myślach jak można korzystać z takiego złomu który jest ciężki i niewyważony.
No cóż, w tym miejscu rola szeregowca jest odpowiednia, nikt nie zwróci na mnie uwagi.

Razem ze mną jest kilku innych, jesteśmy żołnierzami klanu który postanowił odbić swoich z twierdzy-więzienia.
Po przeciwniej stronie drogi gdzie też jest nasyp ziemny, zbierają się wojownicy innych klanów, jako obserwatorzy wydarzeń, uzbrojeni, ale nie ingerują.
Wszyscy nawzajem się obserwujemy i napięcie aż o mało się nie skropli,  mierzymy się wzrokiem, ostentacyjnie trzymając broń, by w każdej chwili być gotowym jej użyć.

Właśnie docierają większe siły klanu który chce zdobyć twierdzę,  są ich setki, wypełniają obszar pod murem.
Zdobywają mur, gdy stają na szczycie wspierają ich upiorne postacie, co najmniej dwukrotnie większe od normalnego wzrostu człowieka. Unoszą się w powietrzu, nie mają twarzy,  potargane ich szaty powiewają na wietrze,  upiorni wojownicy wzbijają się wyżej by zaatakować obrońców w locie pikowym.

Zastanawiam się skąd się tu wzięły i kto przyczynił się do tego.
Nie napotykają większego oporu,  Ci którzy zostali pod murem widząc zbliżającą się wygraną, podnoszą krzyk, gestykulują, prężą się jacy to są potężni, wykrzykują dumnie nazwę swojego klanu, która umyka mi w tym momencie.
Widzę w zbliżeniu jednego z wojowników który z dumą się pręży, stojąc w lekkim oddaleniu od tłumu, krzyczy wraz z innymi, jedno co mi przychodzi do głowy zachowują się jak banda fanatyków.

Po krótkiej bitwie dane mi jest widzieć najprawdopodobniej wszystkich odbitych z twierdzy.
Są to przywódcy klanowi, widzę każdego z osobna, dostaję jego szczegółowy rysopis/zdjęcie na tle ulubionego miejsca lub przy ulubionej czynności.

Imiona, informacje co lubi , gdzie spędza czas, jaki jest, wszystkie najważniejsze szczegóły na temat każdego osobnika.
Zastanawiam się po co mi te dane, czas pokaże…

Nadzieja dla spalonego Świata

Znałem tą dziewczynę, a zarazem nie znałem, czarne proste włosy okalające głowę, okrągła twarz, jasna skóra i duże zielone oczy.
Jej dom został spalony, to co zdążyła zabrać ze sobą stało wokół niej.
Znajdowaliśmy się w budynku sporych rozmiarów, wszędzie było pełno ludzi, tłok i rozgardiasz.
Klimat w tym świecie był wilgotny i wszędzie było wszędobylskie słońce.

Wszyscy uciekali przed żywiołem i ten dom stał się ich schronieniem.
Po pokazaniu mi kilku pomieszczeń, poszliśmy na samą górę gdzie znajdował się taras.
Było tam pełno ludzi, rozmawiali ze sobą i odpoczywali w słońcu, przysiedliśmy się do nich, moja wizyta wzbudziła zainteresowaniem, którego na ten moment nie rozumiałem.
Ludzie wodzili za mną wzrokiem, żartowali, ale to wszystko w sympatyczny sposób tak jakby chcieli sprawdzić czy faktycznie jestem z nimi, a nie jestem złudzeniem, niektórzy podchodzili i witali się ze mną.

Powoli dociera do mnie że stało się coś tutaj strasznego, ten żywioł ma swoją przyczynę, wszyscy uciekali przed wojną.
Podczas rozmów zsunęły mi się okulary i potoczyły po ukośnej podłodze, moja Przyjaciółka podniosła je, w tym momencie dostrzegłem że okulary składają się z trzech warstw, jedna warstwa to jeden wyprofilowany kawałek szkła który ochraniał szkła właściwe, a dodatkowo posiadały jeszcze filtr który chronił przed tutejszym ostrym słońcem.
Trochę się poluzowały tym upadkiem, więc zająłem się ich skręcaniem.

Przenieśliśmy się z tarasu w inne miejsce, widzę dwie postacie jedna góruje nad drugą.
Odczuwam że to ja jestem tą wyższą postacią, trudno opisać jak wyglądam, widzę tylko kształt głowy i kolor skóry błękitno stalowy.
Nagle z mojej głowy wysuwa się organiczny wysięgnik, który przypomina teleskopowy peryskop. Okazuje się że jest to broń, pada jeden strzał, nie wiem czy w coś trafia, czy jest tylko demonstracją siły.

Zastanawiam się czy to byłem ja czy ożywiłem awatara strażnika tego Świata.
Jakkolwiek by nie było moja Towarzyszka była zachwycona, rozpierała ją radość.
Po strzale broń wróciła do stanu wyjściowego i jedyny po niej ślad jaki pozostał to kościany grzebień w kształcie trójramiennej gwiazdy na mojej/awatara głowie.
Kształt też przypominał uproszczoną runę algiz.

Po tym wszystkim szliśmy ulicami opuszczonego miasta, gdzieniegdzie mijaliśmy ludzi, ale z reguły wiało pustką. Widać też było że tam gdzie ludzie opuścili swoje domy, musiało się to stać całkiem nie tak dawno.
Dotarliśmy do długich schodów, pomiędzy opuszczonymi budynkami, spotkaliśmy tam przyjaciółkę mojej Towarzyszki, która wciąż nie mogła się uspokoić, przez cała drogę podskakiwała radośnie.

Powiedziała do swojej przyjaciółki z wielką emfaza „…wiesz co on zrobił”, mówiła to z taką radością i nadzieją w głosie, że aż serce się radowało.
W myślach zastanawiałem się, że może lepiej jak to wszystko zostało by w tajemnicy i czy ta napotkana dziewczyna jej dochowa.
Po rozmowie szliśmy dalej opuszczonymi ulicami nieznanego mi miasta…

Medytacja odcinania więzów

by ułatwić nasz kontakt z Wyższym Ja
Medytację tę otrzymałam przed wielu laty od znajomych, nie wiem kto jest jej autorem. Jeżeli zidentyfikujesz autora, zostaw mi wiadomość w komentarzach – usunę ją z bloga lub poproszę o pozwolenie jej publikowania.
Usiądź wygodnie, rozluźnij się, dłonie otwarte do góry, złożone na udach, oczy zamknięte lub otwarte. Chwyć wstążkę jakiegokolwiek koloru i trzymaj ją w dłoni – jako połączenie z wyższym Ja. Nawiąż z nim kontakt za pośrednictwem tej wstążki i poproś je, aby obdarzyło cię przewodnictwem podczas tej sesji medytacyjnej.

Czytaj dalej Medytacja odcinania więzów

Jak i w środku tak i na zewnątrz

Niedawno obejrzałam film Pt: What The Bleep Do We Know, który zrobił na mnie spore wrażenie. Polecam go wszystkim i każdemu z osobna. Film można w częściach zobaczyć na you tubie. Nie będę jednak tutaj pisać recenzji filmu, ale sięgnę do kilku zawartych w nim uwag.

Zacznę od cytatu z filmu, który zainspirował mnie do napisania niniejszego artykułu. „Uwarunkowano nas, by wierzyć, że świat zewnętrzny jest bardziej realny niż nasz świat wewnętrzny. Ten nowy model nauki mówi dokładnie coś przeciwnego. Mówi, ze to, co się dzieje wewnątrz będzie tworzyć to, co się dzieje na zewnątrz”. Chodzi tu ni mniej, ni więcej, ale o kształtowanie nas i naszego otoczenia poprzez to, co dzieje się wewnątrz nas. A nowym modelem nauki jest fizyka i mechanika kwantowa. Czym ona jest? Profesor Fizyki Kwantowej Uniwersytetu w Oregonie, Amit Goswami mówi o niej tak: „Fizyka kwantowa, bardzo zwięźle mówiąc, jest fizyką prawdopodobieństw.”

Mechanika kwantowa coraz odważniej nazywa też to, o czym szamani, mistycy, czy wszyscy inni zajmujący się ezoteryką czy rozwojem duchowym wiedzieli od dawna. Z pomocą tej szybko rozwijającej się nauki próbuje się wyjaśnić, a nawet dowieść istnienia subtelnych energii, takich jak prana, chi, ki, magia, bioenergia, a nawet próbuje się udowodnić istnienie Boga, czy innej twórczej, kreatywnej siły. I co ciekawe, udaje się to zrobić z powodzeniem. Nie na kartach myśli filozoficznych, czy doktryn religijnych, ale w laboratoriach fizyków kwantowych.

Wróćmy jednak do głównego tematu, to jest do zmiany myślenia o otaczającym nas świecie. Wiele osób wierzy w przeznaczenie, zakładając, że to, jak potoczy się nasze życie jest z góry gdzieś określone czy zapisane. Jedni nazwą to wyrokiem Boga, inni losem, a jeszcze inni właśnie przeznaczeniem. Tymczasem okazuje się, że tak naprawdę nic nie jest z góry określone i zapisane, a twórcą i głównym kreatorem rzeczywistości i warunków, w jakich żyjemy, jesteśmy my sami. Tylko od nas zależy, jak będzie wyglądało nasze życie, nasz świat.

Wystarczy przypomnieć sobie, wszystkie nasze zmarnowane szanse, wszystkie popełnione błędy, złe decyzje czy ich brak. Weźmy przykład: ktoś marzy od dzieciństwa o karierze aktora. Ale z wiekiem przyjmuje założenie, często narzucone przez środowisko, że prawie każde dziecko ma etap, że chce być aktorem. Do tego trzeba mieć jednak talent. Brak wiary w siebie, bo np., mieszka w małej miejscowości, a sukces osiągają ci z dużych miast, bo mają możliwości, doprowadza do rezygnacji z marzeń. Zamiast je realizować, nasz „Ktoś” wybiera zawód w miarę pewny w środowisku, gdzie żyje. Zakłada rodzinę, wstaje każdego dnia wczesnym świtem i pracuje na chleb. Z każdym rokiem „dusząc” się w tej pracy i w takim życiu coraz bardziej. Wierząc, że tak chciał los, że trzeba jakoś do emerytury, do końca…

Jak mogłoby wyglądać życie „Ktosia” gdyby jednak spróbował zostać aktorem? Czy Kimkolwiek innym? Podobnie ma się rzecz z każdą inną rzeczą. Nasze niepowodzenia, czy nawet drobne niezadowolenia chętnie usprawiedliwiamy przeznaczeniem, warunkami, w jakich żyjemy, możliwościami naszej rodziny itp. Tymczasem naprawdę niewiele trzeba, by spełnić marzenia, wykreować siebie i swoje życie szczęśliwym i spełnionym. Wystarczy zmienić sposób myślenia i odnaleźć w sobie odwagę. Odwagę do wykreowania siebie, bez żadnych „ale”. Nie ma, co powoływać się na brak pieniędzy, na wiek, bo za późno lub za wcześnie. Lepiej szukać rozwiązań i nowych dróg.

Powiesz, że, można zmienić coś w sobie, jakoś polepszyć życie nową pasją, czy zmianą pracy, ale jak się to ma do kreowania otaczającej nas rzeczywistości?

Otóż ma się.

Znów posłużę się cytatem z filmu: „Wszystko zależy od tego, co ty myślisz, że jest rzeczywistością. Twój mózg nie zna różnicy, między tym, co dzieje się wewnątrz i tym, co dzieje się w środku nas. Zawsze odbieramy zmysłami coś, co uprzednio odbiło się w lustrze naszej pamięci.” Te słowa także padły z ust jednego z naukowców, którzy wypowiadali się w cytowanym filmie. I są bardzo prawdziwe. Bo to jak postrzegamy siebie i świat wokół nas, ma wpływ na to, jaki ten świat jest. Myśląc w taki, a nie inny sposób przyciągamy też pewne sytuacje i zdarzenia, a wiele z nich sami kreujemy. To zaś utwierdza nas w przekonaniu, że świat jest, jaki jest i nic się nie da zmienić i zrobić. A wystarczy przypomnień sobie, co się czuło np. gdy się było pierwszy raz zakochanym? Euforia, gnanie przez życie jak na skrzydłach, wewnętrzna radość. Wtedy nie było rzeczy niemożliwych, nie było problemów nie do pokonania, wszystko wydawało się proste, a świat był piękny. Wewnętrzny stan zakochania kreował wokół radosną rzeczywistość. A czemu nie poczuć tego znowu? Nawet nauka, jak choćby biologia czy fizyka przychodzą tu z pomocą. W filmie „What The Bleep Do We Know” jest pokazana scena, gdzie w metrze prezentowane są zdjęcia cząsteczek wody poddanych działaniu pewnych myśli. Ta sama cząsteczka wody sfotografowana została przed i po tym, jak poddano ją działaniu jedynie myśli. Myśli pozytywnych, takich jak, miłość, podziękowanie, radość. Jedna z fotografii przedstawiała też wodę pobłogosławioną przez buddyjskiego mnicha. Każda z tych fotografii była inna. Woda poddana działaniu pozytywnych myśli zmieniła kształt i strukturę molekularną, stała się piękna. Powiedziano tam tez, że woda jest najbardziej podatnym na wpływy żywiołem, zaś nasze ciała w niemal 90% składają się z wody. I całość opatrzono komentarzem: „Jeśli myśli mogą to zrobić z wodą, wyobraź sobie, co mogą zrobić z nami?”.

Ja sama w pierwszej chwili byłam przerażona, tym, co moje własne myśli czyniły ze mną i moim życiem przez wszystkie te lata. Moje własne postrzeganie siebie ukształtowało mnie taką, a nie inną. A może zamiast dalej płakać nad tym rozlanym mlekiem zmienić myśli?

Ja już wkroczyłam na drogę zmiany swych myśli. Odważyłam się wejść do króliczej nory. Nie wszystko, co w niej znajduje podoba mi się. Wiele jest bolesnych rzeczy, ale też wiele ciekawych, które odkrywam. Inne poznaje i dzięki temu zmieniam na lepsze.

Nie zatrzymuję się jednak. Szukam siebie i kreuję siebie. Chwilowo jestem jeszcze zagubioną Alicją w Krainie czarów, która mówi: „Kim ja właściwie jestem? Powiedz mi to naprzód: jeżeli będę chciała być tą osobą, to wrócę, a jeżeli nie, to zostanę na dole dopóki nie zmienię się w kogoś milszego”.

Ja już weszłam do Króliczej Nory. A Ty? Jak głęboko chcesz do niej wejść? Rozważ to przez chwilę. I załóż, że ta kwantowa kraina czarów może być prawdziwa. Czy tak jest w rzeczywistości spróbuj się sam(a) przekonać.

Pozdrawiam

Szepcząca

Gelnhausen, Niemcy 11 lipca 2010

Potęga medytacji

Obszerny fragment wywiadu dla „La Vanguardia” udzielonego przez Are Holena, norweskiego eksperta od stresu pourazowego. (http://portalwiedzy.onet.pl/4868,11116,1608225,1,czasopisma.html)
Zacząłem praktykować jogę i medytację w wieku 16 lat; rok wcześniej zachorował mój ojciec, również lekarz. Medytacja pozwoliła mi nawiązać kontakt z moim wnętrzem, zrozumieć własne emocje. To było fascynujące doświadczenie z egzystencjalnego punktu widzenia.
Czytaj dalej Potęga medytacji

… bo tak bardzo cię kocham!

„Zastraszę cię, wejdę z butami w twoje życie, naładuję cię poczuciem winy i odrę cię z wszelkiej pewności siebie, bo w ten sposób mogę utrzymać nad tobą kontrolę – by pokazać ci, jak bardzo cię kocham!”

Nie pamiętam już, w której z książek znalazłam to zdanie, które umieściłam w nagłówku bloga. Brzmi ono jak chora definicja najwznioślejszej z uczuć – miłości. Miłości do dziecka, do rodziców, do współpartnera, do przyjaciela… Poraziła mnie prawda krzycząca zza tych słów. Destrukcja, zniewalanie, niszczenie tożsamości drugiego człowieka – i to wszystko w imię miłości (!).

  • Czy miłością jest zastraszanie, szantaż, odzieranie z człowieczeństwa drugą istotę ludzką?
  • Czy miłością jest ograniczanie, nadmierna kontrola i manipulacja wolną wolą drugiego człowieka, zmuszając w ten sposób do podporządkowania go sobie?
  • Czy miłością jest zadawanie bólu drugiej osobie, by zaspokoić swoje chore potrzeby i wymagania wobec niej, i żeby poczuć się lepiej kosztem jej cierpienia?

Za tym wszystkim kryje się strach i niedowartościowanie osoby stosującej te wymagania. Kiedy zastraszy i upokorzy osobę kochaną, czuje się silniejszy, bardziej wartościowy. Kiedy poniży i zmanipuluje, wydaje się mu/jej, że w ten sposób zyska na wartości – przysłowiowo obetnie głowę, by poczuć się kimś lepszym.

Zastraszę cię, bo w ten sposób odbiorę ci siły do walki. Kontrolując twoje myśli, przyjaciół, twoje zainteresowania, udowodnię ci, że jesteś nikim, jesteś zerem, beze mnie sobie nie poradzisz. I w ten sposób pokażę ci, jak bardzo cię kocham, jak bardzo jestem zależny/zależna od ciebie. Moją słabość ukryję za twoim bólem, mój strach ubiorę w niszczenie twojej indywidualności, bo w ten sposób utrzymam cię przy sobie…
Moje przerażenie zniszczy wszystko, co najpiękniejsze jest między tobą i mną… bym nie poczuł bólu rozstania… bym nie czuł zranień, które kiedyś mi zadasz…

Savanto

To jest historia o pewnym młodym chłopaku. Chłopak ten, zafascynowany duchowością i filozofią dalekiego wschodu wiele czasu poświęcał rozwijaniu i odkrywaniu właściwości własnego umysłu. Wiele nocy spędził na próbach zrozumienia natury świata i ludzi. Doświadczał także wielu niesamowitych przeżyć. Utwierdziły go one w przekonaniu, że wciąż jest wiele niepojętych dla ludzkiego umysłu zagadnień. W miarę jak jego wiedza i poczucie siły rosły, coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu o tym, że „nic nie jest w stanie go zniszczyć”. Nic i nikt.

Pewnego dnia poznał niesamowicie interesującą dziewczynę. Od chwili pierwszej rozmowy zadurzył się w niej. Często wymieniali korespondencję, w której często udzielał jej rad opartych na głębokich filozoficznych przemyśleniach. Imponował jej swoją inteligencją, wiedzą, spokojem i pozytywną energią jaka od niego płynęła. Był dla niej w czymś rodzajem „mistrza”, „słońca”. A jemu, zakochanemu, oczywiście to odpowiadało.

Z czasem więź pomiędzy nimi zawężała się, aż doszło do wymarzonego momentu. Chłopak dowiedział się, iż jego obiekt westchnień odwzajemnia jego uczucia. Pomimo tego, że coraz bardziej dostrzegał jej wady i to, jak uzależnia się od niego, nie mógł posiąść się ze szczęścia. Był jej narkotykiem i chciał nim być.
Myślał, że może ją zbawić. Że jego pozytywne emocje zniwelują to, co niepoukładane w jej wnętrzu. Poświęcał jej cały swój wolny czas i uwagę, wkładając energię w to, by pojęła pewne rzeczy i zmieniła w swoim życiu na lepsze. Jego ego jej potrzebowało – bo czuł się z tym wspaniale. Jak Bóg.

W końcu przyszedł czas, w którym mogli się spotkać. Znał już jej długą i wyboistą historię. Chciał zrzucić ten ciężar z jej pleców. Chciał oczyścić jej wnętrze, by mogła wreszcie korzystać w pełni życia i dostrzec jego piękno – tak jak on je dostrzegał. Postanowił zadziałać bezpośrednio. Ułożył ręce na jej splocie słonecznym i brzuchu, koncentrując się z całych sił. Zobaczył ciemność wypełnioną wirami. Używał całej swojej energii, by móc ją rozświetlić.

Po wszystkim czuł się jak zbity pies. Znajomość gwałtownie się zakończyła, pozostawiając głęboką emocjonalną rysę w jego psychice. Długo nie mógł pogodzić się z tym jak z nią postąpił. Dał jej tyle nadziei – a potem odwrócił się plecami i odszedł. Wiedział, że to dla niego dobre rozwiązanie, ale cierpiał. Porzucił ją szukając normalnej relacji, idąc za głosem serca; oszukał obrazując się jako niemal doskonałego, złamał dane obietnice. Jego wizerunek samego siebie runął w gruzach a poczucie winy nieodłącznie towarzyszyło mu przez kolejne miesiące.

Rzeklibyście, że do tego momentu jest to standardowa, miłosna historyjka, jak jedna z wielu, nie kończąca się w pięknym stylu.
Niestety, zakończenie relacji nie ukoiło jego wnętrza. Zaczął odczuwać wewnętrzny ból, który ukryty lub ujawniony, towarzyszył mu niemal przez cały czas. Radość, energia i spokój zaczęły gdzieś znikać. Z czasem ulatniały się coraz bardziej. Zaczął unikać odpowiedzialności, przestał wypełniać swoje obowiązki, wegetował całymi dniami, resztką sił próbując utrzymać w miarę normalny sposób życia i relacje, na których mu zależało. Mimo to, życie traciło dla niego kolor i sens.

Najgorszy był ból, wypalający od wewnątrz trzewia, od którego nie było ucieczki. Miał silną wolę walki – próbował wszystkich sposobów, i nic nie pomagało. Wiedział że to coś, z czym do tej pory nie miał do czynienia – nie zwykły blok emocjonalny. Długie godziny spędzone na próbach przetransformowania tego bólu utwierdziły go w tym przekonaniu. Dawniej, rozprawiał się z problemami w tydzień lub dwa. A to trwało już miesiące. Czuł jak coraz bardziej opada z sił. Często ogarniały go destruktywne myśli, szukał ucieczki w nieświadomości, nic już nie cieszyło go, sen nie dawał odpoczynku. Nie mógł już ze sobą wytrzymać i nie znosił świata. W głowie przepływały setki myśli, plącząc się w jeden wielki chaos i stawiając go na granicy szaleństwa. Organizm i psychika kapitulowały.

Czuł, że musi coś zrobić. Napisał do zaufanego przyjaciela. Wydawał mu się jedyną osobą, która może w tej sytuacji coś zdziałać. Liczył na interwencję z zewnątrz, która, jak za dotknięciem magicznej różdżki, przywróci go do stanu, w którym wszystko było dobrze. Prawda okazała się inna. Gdy pierwszy raz zwrócił się do niego o pomoc, nie mógł opanować chaosu swoich myśli, był zdesperowany, gotowy zrobić wszystko, byleby się tak już nie czuć.

Dostał parę rad i użył całej dostępnej mu energii by wcielić je w życie. Już pierwszego dnia zaszły zmiany. Ból wciąż mu towarzyszył. Zrozumiał jednak, że nie musi grać w grę, dyktowaną mu przez to niszczące, palące uczucie. Zaczął uświadamiać sobie, jak wiele elementów w jego stylu bycia i myśleniu niszcząco wpływało na jego życie. Zrozumiał że to doświadczenie jest potężną lekcją. Przyparty do muru odnalazł w sobie siły do zmiany.

Przyjaciel sugerował, że w grę może wchodzić interwencja istot nadnaturalnych. Chłopak, z natury sceptyczny, wiedział jedno – to co mu doradzano pomagało. Nie było zagrożenia, bo nie wymagano od niego niczego, co by sugerowało złe zamiary przyjaciela. Dzięki samozaparciu i wysiłkowi woli znów podniósł się na nogi. Nie było łatwo – przychodziły wątpliwości i momenty załamania. Momentami myślał, że to wszystko na nic – i tak skończy jako śmieć, nie da rady. Ale nie poddawał się.

Każdego dnia chłopak koncentrował się na tym, by być spokojnym, unikać negatywnych emocji, niezdrowych zachowań i być jak najbardziej uważnym w każdej chwili. Unikał wszelkiego rodzaju „polepszaczy” humoru, które, w gruncie rzeczy i tak nic mu nie dawały, a często działały z odwrotnym skutkiem. Istniało wiele, mentalnych i fizycznych używek w które uciekał. Teraz musiał stawić czoła własnym demonom. Twarzą w twarz.

Zaczął też widzieć, jak świat wokół ucieka. Ludzie robili dokładnie tak jak on. W takich momentach czuł się wdzięczny za to, że czuje to co czuje i ma szansę coś zmienić. Czuł się świetnie z tym, że wreszcie patrzy „lękom w oczy”, trzeźwy, nie znieczulony. Czuł się jak wojownik, walczący o życie – wygra, lub zginie. To dodawało mu sił.

Pewnego dnia, rozmawiając z przyjacielem zrozumiał, co jest dla niego ważne w życiu. Właściwie, przypomniał sobie o tym. I wiedział, że nie chce tego stracić. Zobaczył, że ma cel, że jego życie może mieć jakąś wartość, jeśli mu ją nada. Kiedyś pełen pasji, teraz zagubiony – postanowił spisać listę celi, jakie chce osiągnąć w swoim życiu. Zawarł umowę z sobą. Niezmordowanie, krok po kroku wcielał te elementy w życie. Nadal czuł ból, ale bogatszy w zrozumienie natury sytuacji i doświadczeni, pilnował, by nie dać się ponieść negatywnym myślom. Zaufał przyjacielowi i otworzył się na niego, zyskując nie tylko sprzymierzeńca, ale i mentora. Zrozumiał – że tylko on, i nikt inny, jest odpowiedzialny za własne życie. Nawet, jeśli będzie obwiniał cały świat, łącznie z sobą – nic się nie zmieni. Wystarczy zacząć działać.

Ta historia miała miejsce naprawdę. Jej bohater wciąż ją pisze, nie wiedząc, jakie będzie zakończenie. Chciałbym, żeby była nauczką dla wszystkich tych, którzy zbytnio wierzą we własne siły, myśląc, że świat zewnętrzny nie ma na nich żadnego wpływu. Dla wszystkich uciekających od życia i odpowiedzialności za nie, oszukujących siebie i innych i nie zdających sobie z tego sprawy. Dla wszystkich tych, którzy ustawili swój żagiel w życiu na niepomyślne wiatry i myślą, że nie ma ratunku.

Odświeżone z pamięci

Motywem przewodnim była specyficzna atmosfera, nocne niebo, i nie znane mi statki powietrzne o charakterystycznej budowie. Małe czarne piramidki, z czerwonymi oznaczeniami na bokach. Sytuacja kilkakrotnie się powtarzała , widocznie kilka razy w niedługim okresie czasu – dni wchodziłem na ten sam teren.
Łączącym elementem były nieduże istotki, mieszkańcy tych terenów. Trochę mi to zajęło zanim się dowiedziałem kim są i jacy są, ale zanim to nastąpiło czasami dochodziło między nami do nieporozumień.
Będąc w mieście na ich terenie, zwiedzam sobie lokale, miedzy innymi jakaś pab.
Wychodząc z niego natrafiłem na tubylca, niewysokiego wzrostu, który skacze i coś wykrzykuje do mnie, ale tak jakbym go nie słyszał. „Niemy” rozmówca wygląda jak skrzyżowanie Pinokia z lalką szmacianą.
Jakoś nie mogliśmy dojść do kompromisu, szybko i zdecydowanie uciszyłem nieznajomego, patrząc czy nie ma gdzieś jego kumpli.
Często będąc sam czy z kimś na ich terenie musiałem korzystać z siły, co niezbyt dobrze musiało się odbić na spotkanych .
Później gdy wreszcie doszedłem kim są i jakie mają możliwość, zaniechałem wędrówek przez ich tereny, aby nie zakłócać im życia. Delikatni, malutcy, ale krzykliwi;)

2006-03-28 15:37:44

Pamięci Anneliese

Pojechałem na konsultacje w sprawie pracy dyplomowej, jakże radosna musiała być moja mina na widok wywieszki, że „psorek” zjawi się najwcześniej z 4 godziny.
Nic innego mi nie pozostało jak w tył zwrot i iść „w miasto”.
Odwiedziłem gggigantyczny sklep, a wcześniej zaglądałem też do księgarni, ale jakoś książki, które oglądałem nie przemawiały do mnie. Dotarłem na Rynek, a tam kolejny gggigantyczny sklep;)
Przeglądam kolejne książki …i jest, jest książka którą poczułem , że powinienem przeczytać.
Gdy wróciłem do domu, nie rozpakowywałem torby przez długi czas, książka grzecznie sobie czekała.
Kilkadziesiąt godzin po wyprawie usiadłem sobie wieczorkiem z zamiarem zaczęcia lektury, wziąłem książkę w dłonie, usiadłem i dziwnie się poczułem…
Odczułem jakby działały dwie siły, jedna uzdalniała mnie do przeczytania tej książki, a druga wprowadzała zamęt i rozproszenie.
W pewnym momencie telefon, znajomi mają problem techniczny z komputerem, kilka oddechów minęło zanim zebrałem rozbiegane myśli, na tyle że zrozumiałem co mówi się do mnie przez telefon.
Książkę czytam, odczuwam…i przeczytam.

2006-02-21 16:05:00

List…

Nadeszła pora obfitych śniegów, drogi nieprzejezdne, pozostaje mi tylko ta forma komunikowania się z Tobą.
Obchodzę mury miasta, sprawdzam morale i siły obrońców. Dla chwili wytchnienia zaszedłem do gospody, tutejszy oberżysta ma wobec mnie dług i ma sposoby, na przerzucenie listu.
W takich dniach myśli często szukają słońca, ciężko jest się odnaleźć. Siedząc teraz za stołem, za oknem widzę lampę uliczną, która dzielnie rozświetla mroki nadchodzącej nocy.
Dziwi Cię może Przyjacielu, że ostatnio w moich listach do Ciebie, cytuję Świętą Księgę, ale wiedz, że nastały straszliwe czasy.
Teraz nie jest to, chwilowa potyczka. Walczymy o każdą pędź Naszej ziemi, o wolność dusz i ciała, stajemy całą determinacją przed rozlewającym się mrokiem.
Rozwścieczone hordy bezustannie nacierają, bez względu na pogodę i porę dnia. Nie cofają się przed najmroczniejszymi rytuałami.
Cytując Świętą Księgę i dzieląc się z Tobą Słowem w Niej zawartym, czerpię siłę i moc.
W Słowo wpleciona jest Nadzieja, Wiara i Miłość, dzięki nim trwamy, nie oddając pola wrogowi….

2006-01-20 12:25:08

Matrix

Żyjemy w nim od pierwszego oddechu, aż do ostatniego… Nie poznasz wcześniej czym jest, dopóki osobiście nie wyrwiesz się z niego. A i to niewiadomo, czy odnajdziesz w sobie na tyle siły, by się w nim z powrotem nie zanurzyć.

Od pierwszych chwil życia uczą cię jak masz w nim funkcjonować – co myśleć, co i jak mówić, co i jak czuć, jak wyrażać emocje i uczucia. W to wszystko wprowadzają nas niczego nieświadomi najbliżsi – rodzice, powielający te same wzorce, które stosowali ich przodkowie, ponieważ innych nie znają.

Wykształcają w nas agresję, przemoc, pogardę dla życia, terroryzm, obojętność na zabijanie – mentalność niewolnika, który ma wykonać tylko to, co mu każą, z wyłączeniem myśli i odczuć. Mamy być jak roboty, które nie myślą i nie czują. Przechodzimy nad tym do porządku, niczego nie zauważając. Po co myśleć, skoro inni robią to lepiej od nas – czy wiedzą więcej? Czy są ekspertami?… Dla kogo ekspertami?

Nauczono nas polegać na oczach, na tym co widzimy. Dlaczego nasze serca nie czują tego samego, co oczy widzą? Dlaczego czując ból boimy się go zidentyfikować, dlaczego boimy się palcem pokazać sprawców tego bólu?

System zabrania pociągnięcia do odpowiedzialności kata – lepiej pozwolić na niszczenie ofiary, niż rozprawić się z nim. Tym katem często jest osoba najbliższa – nieświadomy rodzic.

Nie oburzaj się, przecież jesteś oswojony z agresywnością i przemocą pod każdą postacią, jaką w domu stosowali rodzice i starsze rodzeństwo, często robiąc z najsłabszego członka rodziny kozła ofiarnego. Obojętnie przechodzisz obok bitego dziecka, nie reagujesz na agresję młodych gniewnych bojąc się, że tobie wyrządzą krzywdę. Matrix. Nie wychylać się, podporządkować całkowicie systemowi. To nasza filozofia na życie.

Zafałszować prawdziwe uczucie miłości, żebyś nie odkrył jej siły. Komu na tym zależy? Tobie? Twoim rodzicom? Dziadkom? Praprzodkom? Dlaczego jest w nas tyle strachu i przerażenia, chociaż najczęściej temu zaprzeczamy, nie chcąc lub bojąc się sięgnąć głębiej, jakbyśmy widzieli w tym zagrożenie a nie uwolnienie… Matrix w czystej postaci.

Patricia Evans – Toksyczne słowa – recenzja.


Patricia Evans

Toksyczne słowa

Wydawnictwo Jacek Santorski & Co,
Warszawa 2008, s. 238

„Mój mąż twierdzi, że mnie kocha, a potem mówi i robi, co mu się podoba, uważa, że jest tolerancyjny, choć krytykuje wszystko, co zrobię, i nie liczy się z moją opinią, mówi, że jest spokojny, a przecież codziennie złości się i krzyczy”.

Taki lub podobny opis relacji między małżonkami można usłyszeć niemalże we wszystkich rozmowach z ofiarami przemocy. Osoby doświadczające agresji słownej zazwyczaj wątpią, czy to, co robi partner, jest przemocą.

Patricia Evans o cierpieniach wywołanych agresją słowną pisze z kobiecego punktu widzenia. Książka, powstała na podstawie rozmów z kobietami – ofiarami przemocy psychicznej, które po wielu latach od wydarzeń próbują zrozumieć, co zdarzyło się w ich życiu. Napisana została z myślą o osobach, które zaczynają wątpić, czy ich życie rodzinne oparte jest na partnerskich zasadach.

Autorka postanowiła przedstawić zjawisko przemocy słownej w taki sposób, by uczulić czytelników na subtelne niuanse tej formy przemocy. Dzięki obrazowym opisom poznajemy więc dwa światy: świat sprawcy przemocy – opierający się na poczuciu władzy i kontroli – i świat ofiary – tworzony na bazie siły wewnętrznej i dążeniu do współpracy. Dowiadujemy się, co czuje, co myśli i w co wierzy ofiara, poznajemy też prawa partnerów, naruszane podczas stosowania agresji słownej, rodzaje przemocy oraz ukryte przyczyny występowania w związkach tego typu agresji.

Doświadczenia terapeutyczne autorki pozwoliły również na sformułowanie wskazówek, które mogą pomóc w radzeniu sobie z agresją słowną. Znajdziemy tu zatem konstruktywne sposoby reagowania na zastraszanie, oskarżenia, obarczanie winą, krytykowanie, rozkazywanie, lekceważenie, trywializowanie czy niewybredne żarty. Poznamy także podstawowe, sposoby rozpoznawania agresji, zasady, o których warto pamiętać podczas pracy nad relacjami z partnerem stosującym przemoc słowną, oraz przeszkody, jakie mogą utrudniać ten proces. Lekturę książki warto rozpocząć od krótkiego testu, pozwalającego sprawdzić, czy problem agresji słownej dotyczy również nas samych.

Dodam tylko od siebie…
Książka godna polecenia nie tylko dla kobiet ale i dla mężczyzn, będących ofiarami przemocy ze strony kobiet. Mężczyzna znosi słowną agresję, nie szuka na zewnątrz rozwiązania swojego problemu, dlatego tak mało wiemy na temat ich cierpień. Agresja słowna dotyczy w równym stopniu kobiet i mężczyzn, a co za tym idzie – całych rodzin.

Analiza snu

Sen
Rzadko się zdarza że czuję się jak zwierzyna łowna. Tropiony, śledzony jak zaszczuty pies. Tak było podczas wędrówek nocnych. Ciężko mi określić czym lub kim była organizacja z którą działałem, lub działała na mnie (ze mną??), ważne że biegłem po znanych ulicach, choć nie były takie same. Zgubiłem gdzieś po drodze zegarek, ciężki, zdobiony, do którego byłem przywiązany. Ale wcześniej okazało się że w tym oto zegarku ktoś zamieścił truciznę, która uruchomiła zatrutą igłę. Mechanizm był prosty. Pod guzikiem stopera.
Wielki czarny facet ciągnie mnie za ramię, odciąga byle dalej.. Czuję ból w ramieniu, patrzę na niego nieprzytomnie a on krzyczy że podał mi antidotum, że musimy uciekać bo oni są blisko, nie ma czasu do stracenia. Nie docierało do mnie wiele z tego co on mówił. Obsesyjnie po głowie chodziło mi znalezienie zegarka. Mówię mu o nim, próbuję się wyrwać, – Chłopie on był zatruty, był tylko narzędziem wykorzystanym tylko dlatego że miałeś go przy sobie. Zapomnij o nim! ; jednak mój upór maniaka był dużo silniejszy. Udało mi się wyrwać i zacząłem pędzić przed siebie na złamanie tchu, byle dalej od tego olbrzyma. Zeskoczyłem z chodnika, patrzę a w ziemi zakopany sponiewierany leży mój zegarek. Gniew we mnie wezbrał, kto śmiał się tak urządzić moją rzecz! Rozerwana bransoleta, pęknięte szkiełko. Przymierzam go na rękę, sprawdzam czy stoper dział, czy w ogóle jakieś funkcje działają.
I nagle jak grom z jasnego nieba nadchodzi zrozumienie. Olbrzym miał rację. Rzucam z obrzydzeniem zegarek, rozglądam się wokół siebie.
Nagle poczułem lęk, poczułem się osaczony niczym zwierzę. Obudziłem się i zacząłem się rozglądać czy coś mi nie grozi. Po chwili zapadłem znowu w sen nie dający wytchnienia.

Trafiłem z pod deszczu pod rynnę . Było nas parę osób, miejsce wyglądało niczym miasto podczas wojny. Ruiny, palące się domy, stare płoty. Ogólnie obraz nędzy i rozpaczy. Szukaliśmy schronienia. Trafiła nam się stara przyczepa kempingowa, i poczuliśmy się znośnie bezpiecznie. Tu dowiedziałem się dlaczego tak istotne jest abyśmy się schronili pod dachem. Nasz prześladowca dysponował techniką pozwalającą zlokalizować każdą osobę. Niezależnie gdzie były. Jedyne schronienie dawały dachy i ściany. „promień” nie mógł się przez nie przedrzeć. Tak mi mówiono. Siedzimy rozmawiamy, moi towarzysze opowiadają mi co się dzieje. Jak się nazywają poszczególne „urządzenia”. Te przed którym się chowaliśmy nazywało się „radarem” cokolwiek to oznaczało. W pewnym momencie ziemia zaczęła drżeć. Nasze schronienie trzeszczeć. Już chciałem uciekać bo obawiałem się że to trzęsienie ziemi, ale mówią mi towarzysze ze to radar rozpoczął swoją prace. Ale mam się nie przejmować bo nie „widzi” przez ściany. Dla większej pewności schowaliśmy się poniżej linii okien. Gdy drżenie ustąpiło, ciepło odeszło, a oślepiające światło zgasło, myślałem że już jestem bezpieczny. I to był mój błąd. Przez przypadek miałem wgląd w obraz moich prześladowców. I zobaczyłem coś co mnie przeraziło. Znali naszą pozycję, a kryjówka wcale się nie okazała bezpieczna. Zacząłem szybko uciekać, i tu zastał mnie poranek…

Analiza snu
„Rzadko się zdarza, że czuję się jak zwierzyna łowna. Tropiony, śledzony jak zaszczuty pies”…

Co Cię osacza, że czujesz się jak zaszczuty pies? (sytuacje rodzinne, zawodowe, towarzyskie). Co nie pozwala Ci spojrzeć w przyszłość z ufnością, dlaczego Twój czas (zgubiony zegarek) jest skażony trucizną i kto go zatruł, ewentualnie zatruwa? Dlaczego nie przyjmujesz pomocy z zewnątrz od kogoś, kto Ci ją oferuje a kogo widzisz jako olbrzyma, lecz lekceważysz słowa prawdy i uciekasz przed nimi?

Zrujnowane miasto to stan Twojego wnętrza. „Schronienie dawały dachy i ściany”. To wyraźna wskazówka, gdzie odnajdziesz swoją siłę i oparcie.
„Przyczepa campingowa” to tymczasowe, kruche schronienie, któremu nie ufasz, ponieważ wiesz, że jakkolwiek będzie to solidna budowla, i tak Cię odnajdą twoi prześladowcy, więc bez przerwy uciekasz przed samym sobą do utraty tchu, zamiast poszukać w sobie oparcia i siły a nie zdawać się na innych, „lepiej wiedzących”.

Przestań uciekać, stań twarzą w twarz z tym co Cię osacza i nie pozwala iść naprzód. Czasem trzeba cofnąć się wstecz, uzdrowić to, co nas przeraża i zmusza do ucieczki, żeby móc przywrócić energię swoim obecnym działaniom.

Ucieczka przed problemami, które Cię osaczają jest tymczasowym działaniem, które i tak kiedyś wróci i uderzy ze zdwojoną siłą. To Ty rządzisz w swoim domu a nie prześladowcy z zewnątrz, którym pozwalasz na rządzenie w nim.

Umiejetność podążania – Carlos Castaneda – „Aktywna strona nieskończoności”

„(…)Następnie tłumaczył mi problem wyboru. Powiedział, że dla wojowników w podróży wybór nie jest tak naprawdę aktem ich woli, a raczej aktem eleganckiego poddania się sugestiom nieskończoności.
– To nieskończoność wybiera – powiedział. – Sztuka wojownika w podróży polega na opanowaniu umiejętności podążania za najmniejszą nawet podpowiedzią; jest to sztuka poddania się każdemu nakazowi nieskończoności. Potrzeba do tego ogromnego męstwa, siły, a nade wszystko zaś trzeźwości umysłu. Te trzy czynniki razem wzięte dają w sumie właśnie elegancję!(…)”  Carlos Castaneda – „Aktywna strona nieskończoności”

Ktoś mógłby postawić pytanie – Jednym słowem elastyczność??

I mógłby uzyskac taką odpowiedź.

Elastyczność to giętkość, powiedzmy że w tym wypadku naszego umysłu i dostosowania się do sytuacji, ale to nie wszystko…

„Umiejętność podążania” to moim zdaniem bardzo trudna sztuka, niewielu z nas „słucha się” tego co niesie nam życie. Bez względu na wyznawaną religie, czy filozofię mało kto słucha się natchnień serca i najmniejszych podpowiedzi, które pojawiają się w naszym życiu. W tym przypadku don Juan zwrócił Castanedzie uwagę, na podstawową sprawę, że tak naprawdę to nie my wybieramy, ale wybiera nieskończoność.

W śnieniu i pokrewnych dziedzinach pokutuje wśród praktykujących zdanie, że to my decydujemy o tym „co zrobimy”, „gdzie pójdziemy”, że to my wiemy najlepiej co trzeba zrobić, w jaki sposób, jaką drogą itp.

Może tych kilka zdań zwróci naszą uwagę, na wewnętrzną ciszę, która parafrazując słowa don Juana wyposaży nas we wszystko co jest potrzebne na naszej drodze „śnienia”.

Etiudy

Wybrałem się na wycieczkę w większej grupie, naszym celem był opuszczony pałac, niezbyt uśmiechało mi się zwiedzać te mury, bo pamiętałem jak był zaniedbany. Ciągle w pamięci miałem odrażający zapach, całe chmary much , wszechdobylska wilgoć, jednym słowem nieciekawa perspektywa.
Jakież było moje zdziwienie gdy dotarliśmy na miejsce i okazało sie ze owszem pałac jest nadal opuszczony i w znacznym stopniu zrujnowany, ale niektóre fragmenty zachowały swoje atuty z prawdziwych czasów świetności.
Stylowe schody i zdobienia, płaskorzeźby, obszerne balkony, jednym słowem było jeszcze na czym oko zawiesić.
W pewnym momencie coś przeniosło mnie na balkon, tylko nie z tej strony co trzeba;) zawisłem trzymając się stylizowanej kołatki zamocowanej na drewnianych ozdobach balkonu.
w pierwszej chwili pomyślałem sobie, że jeszcze trochę i spadnę, ale po chwili okazało się, że nie jestem sam, pojawiły się dwie kolejne osoby obok mnie które znalazły się w podobnej sytuacji. Dało mi to do myślenia i postanowiłem „puścić” obawy i niczym się nie przejmować.

Po tej myśli przeniosło mnie w inne znajome miejsce, obserwując teren unosiłem się swobodnie w powietrzu, dostrzegłem też przechodzącą przyjaciółkę. Postanowiłem polecieć dalej za cel obierając dziki park który był w odległości ok. 2 km. Oceniałem swoje siły i w tym momencie okazało się, że mam jakby w sobie pomocnika i to on, by za mnie tam doleciał. Uznałem, że nie ma co się on wysilać i nie musimy lecieć.

Kolejną sceną była zabawa nie znanych mi osób, którzy w cieniu drzew, na czerwonej ziemi, jak w bajce ulepili sobie „zwierzątka” które skakał, fikały koziołki, wskakiwały to wielokształtnych dołków w ziemi, jednym słowem wesoła gromadka.
Za to kolejna scena nie była już tak sielska, trzy kobiety, jedna z nich dowodziła pozostałą dwójką.
Szefowej nie podobała się praca swoich podopiecznych, słowem i gestem dała im to boleśnie do zrozumienia i wzięła się za poprawianie po nich wykonanej pracy. Wykonując rożne czynności wciąż wyrażała swoje niezadowolenie, komentując co i jak należało zrobić. Ostatnią czynnością było oprawianie biało żółtych larw nieznanych mi skorupiaków, trzymając w jednej dłoni ostre narzędzie, odcinała końce skorupiaków i ich odnóża. Było coś w tym wszystkim odrażającego, larwy były sporych rozmiarów, ociekały białą substancją no i na dokładkę te ich ostre odnóża.

Lung-gom


Biegłem, nie
stawiając kroku, wyglądało to jakbym sunął tuż nad ziemią.
Miałem wrażenie, że
mógłbym tak biec i biec, okazało się, że nie mam „baku bez dna” i
musiałem odpoczywać. Docierając do jednego miasta widzę znajomego, który
deklaruje, że mnie podwiezie, rozpatrując to w myślach czy skorzystam z jego
propozycji, wybrałem swój środek transportu. W podróży okazało się że nie
musząc odpoczywać mogę „przebiec” odległość czterech starożytnych maratonów.
Na jednym „przystanku”
odpoczywałem przy małym dziecku i jego babci, tak jakbym wpadł nagle w
odwiedziny, wyglądali jak mieszkańcy Himalajów.

Jak patrzeć na tą „podróż”,
być może – „dotrzesz tam gdzie chcesz, ale są chwile, kiedy musisz wyczekać (zebrać
siły) odpowiedniego momentu do dalszej drogi”.

Dziecko i jego
babcia przypomniały mi inny sen sprzed wielu lat, ktoś poprosił mnie w nim o
odprowadzenie dziecka do wioski, gdzie tłem też były Himalaje. Wioska leżała
tuż nad rzeką, której brzeg był obłożony kamieniami, miejscami nawet murowany, pamiętam
jak dziś schody, aby wyjść na poziom miasta. Wszedłem do domu, w którym główne
pomieszczenie było jakąś salą obrad, a do dokoła były rozsiane mniejsze pokoiki.
Spotkałem się ze starszymi wioski, widać było że są bardzo starzy, dziwnie
wyglądali, włosy mieli uplecione w warkocze, coś wydzierało się z ich
spojrzenia i mimiki. Ni to młodość/przewrotność,  nie było to naturalne jednym słowem. Wciąż pamiętam
powitalne skinięcie głowy i to spojrzenie „starca”.

Loup-garou…

Trzy dni temu oglądałem pewien film, mógłby wmówić sobie, że jestem jak małe dziecko, a później „śnię” na podstawie filmu.
Tylko, że jest jeden szkopuł, wczoraj po wielomiesięcznej przerwie nawiązała kontakt Cesarzowa, choć przez cały ten czas było to zakazane.
Czas pokaże, co jest tego przyczyną.

Gabriel przywódca sfory pokazywał mi sztukę opanowania, podejścia.(a może to był pokaz siły)
Nie dopuszczał do swojej przemiany, zachodził mnie od tyłu, wciąż czekałem na jego krok. W pewnym momencie nie wytrzymałem obróciłem sie warcząc niczym wilk, budząc sie przy tym, przechodząc z śnienia do jawy, jakby wychodząc z wody, z rozmazania do ostrości.

Do rana był to już płytki sen przeplatany, pewną symboliką.
Rozmowy z kobietami w różnym wieku i przenoszenia je w różnorodne miejsca.
Wchodzenie na na kilkudziesięciometrowy budynek i przymierzanie sie do skoku, dochodząc do wniosku , że to jeszcze nie czas aby skakać.

Gdzie mnie nie poniesie…

Niedawno

Jechałem samochodem, z przewodnikiem,
przez strumienie, kamienie i inne nierówności terenu. Przejeżdżając przez rzekę obawiałem
się że samochód odmówi posłuszeństwa, poziom wody
był dość wysoki, ale co tam maszynka dzielnie przedarła się na
drugą stronę. Mieliśmy odwiedzić kogoś w tej
głuszy, ale nic z tego, przewodnik dostał wiadomość i jedziemy w
przeciwną stronę, droga wiedzie przez malownicze tereny, za oknem
dostrzegam bardzo oryginalne budowle. Dojeżdżamy na miejsce,
okazuje się że czeka na mnie kilku mężczyzn, którzy chcą
ze mną porozmawiać. Wnioskuję, że są stróżami prawa, ale
posturą nie grzeszą, widocznie mają inne atuty, lub jeszcze co
innego. Podczas rozmów okazuje się , że zależ im abym ich
skontaktował z pewną „komórką”, jednostką do zadań
specjalnych. W pewnym momencie pokazują mi
zdjęcie-obraz, wszystko jest przedstawione w zielonej poświacie,
zdobione roślinnymi elementami, dostrzegam główki dzieci
ułożone w kształcie klepsydry, na samym szczycie znajdowała się
głowa dorosłego. Zastanawiające co mógł przedstawiać ten
obraz.

Ostatnia noc

Pierwsze co można było powiedzieć,
że dziwny to świat, grawitacja była w nim znikoma. Wystarczył
mały zbiornik z powietrzem, malutka piłka, a wystarczyło do
poprawienia zwrotności, lotu, łatwości unoszenia się, czułem się
niczym samolot bojowy:D.
Dobrze, już jestem poważny, idziemy
dalej. Głównym tematem była wizyta w „Katedrze”,
potężny budynek który mieszkańcy traktowali jak arenę,
główne pomieszczenie musiało mieć z kilkadziesiąt metrów
wysokości, co za tym idzie długość była kilkakrotnie większa. W
różnych zaułkach, korytarzach, pokojach można było trafić
na przeciwnika, zadanie niby proste od po prostu wyjść z budynku.
Wszystko przy tym było misternie zdobione, gzymsy, mozaiki, ogólnie
cały styl przypominał ten z Bliskiego Wschodu. Nie zapominajmy, że
z tą grawitacją jest coś nie tak, wszyscy używali „pistoletów
odrzutowych”, więc wyobraźmy sobie jak to wpływać musiało na
rozgrywkę, przeciwnik mógł się pojawić w każdym miejscu i
zarazem jeszcze szybciej zniknąć. Adrenalina pełną parą.
Pierwsze wyjście z budynku zaliczone. Spotkałem się z grupą ludzi
którzy analizowali rozgrywkę, a zarazem wspominali sobie
rożne historie. Odwiedzałem rożne miejsca , rożnych ludzi i
wszędzie ta „grawitacja”, a raczej jej „prawie brak”;). W pewnym
momencie postanowiłem jeszcze raz „wyjść” z Katedry. Gdy
znalazłem się na miejscu wszędzie wiało pustką, mogłem
poćwiczyć odrzut, pobawić się, a zarazem markować prawdziwą
walkę, zaobserwować działanie „pistoletu”, wychodząc wróciłem
do swoich znajomych, rozmawiając wspomniałem im, że od takiej
ilości adrenaliny nie źle można się uzależnić, nic sobie z tego
nie robili. Opowiadali sobie historię jak to jeden z nich
„wychodząc” z Katedry wracał do siebie na „odrzucie”,
widocznie miał do przebycia spory kawałek, lub nie było przyjęte
używanie go poza Katedrą. Wiele spotkań, rozmów, latania w
obniżonej grawitacji, sprawdzania rożnych wielkości piłek,
balonów jak na poligonie;)

Przeniosłem się do innego miejsca,
ale zasady podobne wciąż obniżona grawitacja.

Rozległa polana, otoczona gęstym
lasem, trawa na wysokość pasa, ponuro i mglisto. Atmosfera trupia,
także teren nie ciekawy. Dostrzegam w oddali ogień, przelatując
ponad polem traw dostrzegam pod sobą w chaszczach, coś na kształt węża
i to nie małych rozmiarów, potężne cielsko z tym, że jakby
był porozcinany, zarazem nadal żył, nieciekawa sytuacja.
Sprawa z ogniem się wyjaśnia, okazał
się nim „człowiek” który wymachując czymś w rodzaju
kostura otacza się ogniem, sam nim się stając. Odbieram to jako
demonstrację siły, obserwując delikwenta z różnych stron,
skradając się pod różnym kątami poprzez gałęzie, dostrzegam
małe suche gałązki, staram się ich nie połamać. Obserwacja i
oddalenie, na nic się zdały ognista demonstracja i zwoje
martwo-żywego cielska. Spokojnie wracam ponad polem
traw, nic sobie nie robiąc ze sztuczek „piromana nekromanty”.

Odświeżone z pamięci…

Motywem przewodnim była specyficzna atmosfera, nocne niebo, i nie znane mi statki powietrzne o charakterystycznej budowie. Małe czarne piramidki, z czerwonymi oznaczeniami na bokach. Sytuacja kilkakrotnie się powtarzała , widocznie kilka razy w niedługim okresie czasu – dni wchodziłem na ten sam teren.
Łączącym elementem były nieduże istotki, mieszkańcy tych terenów. Trochę mi to zajęło zanim się dowiedziałem kim są i jacy są, ale zanim to nastąpiło czasami dochodziło między nami do nieporozumień.
Będąc w mieście na ich terenie, zwiedzam sobie lokale, miedzy innymi jakaś pab.
Wychodząc z niego natrafiłem na tubylca, niewysokiego wzrostu, który skacze i coś wykrzykuje do mnie, ale tak jakbym go nie słyszał. „Niemy” rozmówca wygląda jak skrzyżowanie Pinokia z lalką szmacianą.
Jakoś nie mogliśmy dojść do kompromisu, szybko i zdecydowanie uciszyłem nieznajomego, patrząc czy nie ma gdzieś jego kumpli.
Często będąc sam czy z kimś na ich terenie musiałem korzystać z siły, co niezbyt dobrze musiało się odbić na spotkanych .
Później gdy wreszcie doszedłem kim są i jakie mają możliwość, zaniechałem wędrówek przez ich tereny, aby nie zakłócać im życia. Delikatni, malutcy, ale krzykliwi;)

Fabryka snów - sztuka śnienia, bajki terapeutyczne, rozwój