Bitwa pod Uluru

Śniłem o bitwie, wokół ogromnej góry, była podobna do świętej góry Aborygenów, ale była wyższa i miała trochę łagodniejsze zbocza i porośnięte gdzieniegdzie drzewami.

Walczyły rożne istoty, od ludzi po potężne gady, niczym dinozaury, które ukrywały się na stokach. Niektórych istot nie jestem w stanie opisać, była ich cała chmara, wszędzie walka, obrona przyczółków, okrzyki miedzy walczącymi. W pewnym momencie jakaś bliska mi istota której budowa przypominała rozgwiazdę, koloru krwi, została otoczona, ruszyłem jej z odsieczą przez nieprzebrane tłumy walczących.

Wyglądało na to że byłem jednym z dowodzących, rozmawiałem z innymi jak przeprowadzić pewne elementy bitwy. Nie wiem jak skończyła się bitwa, ale druga wizja pokazywała, że raczej wygraliśmy.

Widziałem przed sobą talerz, a na nim rachityczny „krzaczek” pod którym ukrywała się, jakaś ważna osobistość, królowa, przywódczyni? Nie wiem, wiem że była już bezradna i była w mojej mocy. Wyglądała jak bezbronny świerszcz „podany na talerzu”.

A dodam, że jeszcze z 2 godziny przed snem odczuwałem przypływ energii, i zmiany odczuwania, także już samo to dało mi do myślenia.
Jak widać zaowocowało to taką „wizją” jak wyżej.

Rytuał

Widziałem posiłek trzech osób, trzy walcowate naczynia, w każdym galaretka z niebieskim paskiem.
Chyba zebrało mi się na żarty bo pomyślałem, że to „ektoplazma”.

Po chwili pośrodku pomieszczenia na stole wykwita przed nami ogromny puchar w kształcie kwiatu, z którego wychodzą 3 przezroczyste, białoniebieskie smugi, tak jakby to była istota ,lub 3 niezależne.

Stoję z grupą ludzi kilkanaście metrów od tego zjawiska, obok dużego „zegara”.
Środkowa, największa „smuga” zmierza w naszym kierunku, wszyscy są przygotowani na walkę.
Na pełnej prędkości omija mnie i wnika w zegar, a dokładnie w urządzenie z czerwoną kontrolką, ja nie widzę tego faktu, ale widzi to kobieta stojąca obok mnie.
Pokazuje mi wszystko, zamierzam dobrać się do tego przedmiotu, ona mi to odradza, ponieważ według niej jest to bardzo niebezpieczne, a dodatkowo „zegar” stawia znaczny opór.

Pomimo wszystko wydobywam to urządzenie, z pasażerem na gapę.

Twierdza Czterech Światów

Pracowaliśmy z moją opiekunką/doradcą przy pewnym stroju, przypominającym bardziej jakąś zaawansowaną zbroję, bardzo zdobioną i z różnymi dodatkami.
Szukaliśmy ukrytych tajemnic tej zbroi ,  przeszukiwaliśmy najmniejszą część ubioru, każdą stronę, dyskutowaliśmy gdzie może się ukrywać tajemniczy „kod”.

Opiekunki nie widziałem przez wiele miesięcy, ciekawe co to za sprawa że teraz się spotkaliśmy.
W pewnym momencie sprowadzono mężczyznę i kobietę którzy mieli już doczynienia z tą technologią.Mężczyzna po krótkiej lustracji nacisnął pewne miejsce i w górnej cześci otworzyła się skrytka.

Zmiana lokacji.

Stoję z innymi na ziemnym wale tuż obok drogi,  w tym miejscu korzystam z ciała zwykłego szeregowca, w dłoni ściskam pistolet i narzekam w myślach jak można korzystać z takiego złomu który jest ciężki i niewyważony.
No cóż, w tym miejscu rola szeregowca jest odpowiednia, nikt nie zwróci na mnie uwagi.

Razem ze mną jest kilku innych, jesteśmy żołnierzami klanu który postanowił odbić swoich z twierdzy-więzienia.
Po przeciwniej stronie drogi gdzie też jest nasyp ziemny, zbierają się wojownicy innych klanów, jako obserwatorzy wydarzeń, uzbrojeni, ale nie ingerują.
Wszyscy nawzajem się obserwujemy i napięcie aż o mało się nie skropli,  mierzymy się wzrokiem, ostentacyjnie trzymając broń, by w każdej chwili być gotowym jej użyć.

Właśnie docierają większe siły klanu który chce zdobyć twierdzę,  są ich setki, wypełniają obszar pod murem.
Zdobywają mur, gdy stają na szczycie wspierają ich upiorne postacie, co najmniej dwukrotnie większe od normalnego wzrostu człowieka. Unoszą się w powietrzu, nie mają twarzy,  potargane ich szaty powiewają na wietrze,  upiorni wojownicy wzbijają się wyżej by zaatakować obrońców w locie pikowym.

Zastanawiam się skąd się tu wzięły i kto przyczynił się do tego.
Nie napotykają większego oporu,  Ci którzy zostali pod murem widząc zbliżającą się wygraną, podnoszą krzyk, gestykulują, prężą się jacy to są potężni, wykrzykują dumnie nazwę swojego klanu, która umyka mi w tym momencie.
Widzę w zbliżeniu jednego z wojowników który z dumą się pręży, stojąc w lekkim oddaleniu od tłumu, krzyczy wraz z innymi, jedno co mi przychodzi do głowy zachowują się jak banda fanatyków.

Po krótkiej bitwie dane mi jest widzieć najprawdopodobniej wszystkich odbitych z twierdzy.
Są to przywódcy klanowi, widzę każdego z osobna, dostaję jego szczegółowy rysopis/zdjęcie na tle ulubionego miejsca lub przy ulubionej czynności.

Imiona, informacje co lubi , gdzie spędza czas, jaki jest, wszystkie najważniejsze szczegóły na temat każdego osobnika.
Zastanawiam się po co mi te dane, czas pokaże…

Nadzieja dla spalonego Świata

Znałem tą dziewczynę, a zarazem nie znałem, czarne proste włosy okalające głowę, okrągła twarz, jasna skóra i duże zielone oczy.
Jej dom został spalony, to co zdążyła zabrać ze sobą stało wokół niej.
Znajdowaliśmy się w budynku sporych rozmiarów, wszędzie było pełno ludzi, tłok i rozgardiasz.
Klimat w tym świecie był wilgotny i wszędzie było wszędobylskie słońce.

Wszyscy uciekali przed żywiołem i ten dom stał się ich schronieniem.
Po pokazaniu mi kilku pomieszczeń, poszliśmy na samą górę gdzie znajdował się taras.
Było tam pełno ludzi, rozmawiali ze sobą i odpoczywali w słońcu, przysiedliśmy się do nich, moja wizyta wzbudziła zainteresowaniem, którego na ten moment nie rozumiałem.
Ludzie wodzili za mną wzrokiem, żartowali, ale to wszystko w sympatyczny sposób tak jakby chcieli sprawdzić czy faktycznie jestem z nimi, a nie jestem złudzeniem, niektórzy podchodzili i witali się ze mną.

Powoli dociera do mnie że stało się coś tutaj strasznego, ten żywioł ma swoją przyczynę, wszyscy uciekali przed wojną.
Podczas rozmów zsunęły mi się okulary i potoczyły po ukośnej podłodze, moja Przyjaciółka podniosła je, w tym momencie dostrzegłem że okulary składają się z trzech warstw, jedna warstwa to jeden wyprofilowany kawałek szkła który ochraniał szkła właściwe, a dodatkowo posiadały jeszcze filtr który chronił przed tutejszym ostrym słońcem.
Trochę się poluzowały tym upadkiem, więc zająłem się ich skręcaniem.

Przenieśliśmy się z tarasu w inne miejsce, widzę dwie postacie jedna góruje nad drugą.
Odczuwam że to ja jestem tą wyższą postacią, trudno opisać jak wyglądam, widzę tylko kształt głowy i kolor skóry błękitno stalowy.
Nagle z mojej głowy wysuwa się organiczny wysięgnik, który przypomina teleskopowy peryskop. Okazuje się że jest to broń, pada jeden strzał, nie wiem czy w coś trafia, czy jest tylko demonstracją siły.

Zastanawiam się czy to byłem ja czy ożywiłem awatara strażnika tego Świata.
Jakkolwiek by nie było moja Towarzyszka była zachwycona, rozpierała ją radość.
Po strzale broń wróciła do stanu wyjściowego i jedyny po niej ślad jaki pozostał to kościany grzebień w kształcie trójramiennej gwiazdy na mojej/awatara głowie.
Kształt też przypominał uproszczoną runę algiz.

Po tym wszystkim szliśmy ulicami opuszczonego miasta, gdzieniegdzie mijaliśmy ludzi, ale z reguły wiało pustką. Widać też było że tam gdzie ludzie opuścili swoje domy, musiało się to stać całkiem nie tak dawno.
Dotarliśmy do długich schodów, pomiędzy opuszczonymi budynkami, spotkaliśmy tam przyjaciółkę mojej Towarzyszki, która wciąż nie mogła się uspokoić, przez cała drogę podskakiwała radośnie.

Powiedziała do swojej przyjaciółki z wielką emfaza „…wiesz co on zrobił”, mówiła to z taką radością i nadzieją w głosie, że aż serce się radowało.
W myślach zastanawiałem się, że może lepiej jak to wszystko zostało by w tajemnicy i czy ta napotkana dziewczyna jej dochowa.
Po rozmowie szliśmy dalej opuszczonymi ulicami nieznanego mi miasta…

Czarodziejsko

Zaczęło się od scenki sytuacyjnej, w której widzę mężczyznę stojącego w archaicznej „maselnicy”.
„Maselnica” ma na obrzeżach powbijane gwoździe, mężczyzna panicznie się ich bał, ale jak widać nie mógł wyskoczyć z maselnicy tylko groteskowo wyginał się aby za wszelką cenę być jak najdalej od stalowych gwoździ.

Zmiana sceny, teraz jestem w jakimś sklepie lub warsztacie, rozglądając się dookoła widzę na półkach płaskie formy, podstawy do których później przymocowywano kryształy. Widziałem to wszystko w różnych momentach produkcji.
Docelowo na podstawie miały stać dwa kryształy, które miały kształt wydłużonej spirali o długości około 30 cm.

Kolejna zmiana, tu widzę jak stylowy „czarodziej” męczy się z rozwiązaniem problemu związanego z zaklęciem, chyba chodziło o klątwę.
Tylko czy o jej rzucenie czy kontr zaklęcie, tego nie wiem. Poruszał dłonią nad kartką zapisanego papieru, płynnymi ruchami dłoni połączonymi z wypowiadanymi słowami szukał odpowiedniej drogi do celu, który po pewnym czasie osiągnął.

Trujący odkurzacz ;)

Byłem w pewnym domu, mieszkał tu mój przyjaciel, choć wszystko miało futurystyczne kształty, znałem to miejsce.
Pewne urządzenie przypominało odkurzacz, z rury tego „odkurzacza” wydostał się jakiś płyn, wiedziałem że to może stanowić zagrożenie i szukałem w mieszkaniu odpowiedniego preparatu w aerozolu. Wiedziałem jak wygląda,  ale po mimo usilnych poszukiwań nie znalazłem go wśród grona wielu stojących na półkach pojemników.

Znalazłem się na drodze, którą szedł właściciel mieszkania, miały go samochody , a on w amoku szedł przed siebie i nic do niego nie docierało. Próbowałem z nim rozmawiać, mówić mu o wydarzeniach w domu, być może jego zachowanie było powiązane z tajemniczym płynem.
Co raz bardziej popadał w szaleństwo, czego wynikiem były powstające przed nim 2 wymiarowe portale, wyglądało to jak wycięte obrazy z filmu.

Pojawiał się portal, mężczyzna bezwiednie w niego wchodził,  za krótką chwile pojawiał się w pewnej odległości na drodze, ponownie powstawał nowy portal i wszystko powtarzało się od nowa.
W pewnym momencie nie wyszedł z kolejnego portalu,  droga wciąż jest pełna samochodów.
Z przeciwnego kierunku nadjeżdża cysterna, widać że kierowca ma problemy z opanowaniem samochodu, okazuje się że nasz podróżnik musiał się przenieść do kabiny kierowcy.
Cysterna wpada w poślizg , zarzuca tyłem na całą drogę na szczęście żaden pojazd w tym momencie nie znajduje się na drodze cysterny.

Unosiłem się w powietrzu towarzysząc nadjeżdżającej cysternie,  gdy zarzuciło jej tył cudem uniknąłem zderzenia, w ułamku sekundy odlatując w bezpieczne miejsce.
Wciągnęliśmy delikwenta, okazało się , że oprócz mnie jest jeszcze mężczyzna i kobieta, przenieśliśmy go do samochodu.

Wciąż myślałem jakby go ogłuszyć, bo jak dojdzie do siebie to znów nam zniknie, nie wiem skąd wziął się rewolwer i chciałem wykorzystać do tego celu kolbę rewolweru.
Mój towarzysz związał naszego uciekiniera od tyłu i chyba w dość specyficzny sposób bo po części uniemożliwiło mu to normalne oddychanie, widocznie to wystarczyło aby nam nie uciekł.
Obok naszego samochodu przechodził „policjant”, pochylając się w samochodzie uniknęliśmy wykrycia, widocznie to wszystko łamało jakieś tutejsze prawo.

Fabryka

Etapy mojego życia…

Przechodziłem przez hale produkcyjne, pracowali w nich ludzie, z hali do hali przechodziło się przez drzwi, wszystkie były w jednym ciągu, a po przeciwnej stronie tuż za ścianą znajdowała się hala główna.
Przechodząc tylko przez z hale z ludźmi byłem oddzielony od hali głównej, tylko gdzieniegdzie miedzy halami był szerszy korytarz z torami po których przejeżdżał wózek , z różnymi materiałami, a ostatni wagon to jakaś butla jakby na gaz, i trzeba było być ostrożnym.
Ludzie pracowali w grupach przy stołach, na spokojnie i bez pośpiechu , panowała zdrowa atmosfera, widziałem detale i narzędzia.

W pewnym momencie hale się skończyły, wyszedłem na otwartą przestrzeń, teren był rozmokły, szedłem tuż przy ścianie pod okapem z dachu, tak jakby padał deszcz lub było po deszczu, pod okapem ziemia była miękka ale jeszcze można było iść.
Doszedłem do większego rozlewiska, które zagrodziło mi drogę do wyjścia z terenu fabryki, woda chwilami była dość głęboka, ale przy brzegu jak do kolan.
Nie zastanawiając się podwinąłem nogawki i wskoczyłem do wody, na dnie był śnieg który jeszcze nie stopniał chwilami był zlodowaciały, a w większości o porowatej konsystencji i chyba dostrzegłem małe pływające rybki na tle małych dziurek w śniegu.
Cała droga była zalana, było coraz głębiej, więc porzuciłem pomysł przejścia przez wodę, w oddali widziałem budkę strażnika i stojącego tam starszego mężczyznę.
Po mojej lewej stronie zobaczyłem uliczną lampę, woda zniszczyła grunt, i lampa stała teraz jakby na półwyspie. Postanowiłem że podejdę w górę do lampy, okazało się żę podejście jest bardzo strome i nie byłem w stanie samodzielnie się tam dostać.
Na górze znajdowała się jakaś grupa ludzi i młody o jasnych włosach chłopak, położyłem się na prawym boku, o stromiznę, zapierając się nogami.
Miałem nadzieję że ktoś na górze lub chłopak poda mi rękę i pomoże mi wejść, nikt jednak mi nie pomógł, znalazłem mały otwór, gdzie mogłem włożyć tylko 2 palce. Zaparłem się i z wysiłkiem podciągnąłem się na górę…

Dzieci i olbrzymy

Od kilku miesięcy zatracam często granicę jeśli chodzi o sny, które są pod różnymi względami odmienne.
Nie wiem czy jestem obserwującym czy obserwowanym, teraz jest czas że jest to wymieszane.

Zagrożenie, wojna, przekraczanie granicy na rzece /jeziorze.
Grupa „dzieci” ucieka, każde w inna stronę, widzę obrazy drzew z różnych miejsc do których kierują się dzieci.
Do jedzenia mają małe kawałki mięsa, widzę jak jem lub je dziecko kawałek wątroby.

Miejsce już inne, tunele pod ziemią.
Grupa potężnych mężczyzn, jest ich niewielka grupa, tunele są zakorkowane lodem i śniegiem.
Idą dwójkami, dłońmi rozdrabniają lód i śnieg, śpiewają i zagrzewają się słowami do ciągłego wysiłku niczym lodołamacze kruszące lód.
I tu też nie wiem gdzie jest obserwujący, bo z jednej strony widzę cała sytuację, a z drugiej sam rozrzucam śnieg i lód.
Dochodzą do strasznie wysokiego spadu, ziemia staje się jakby „taśmociągiem” i trzymając się jej/jego osuwają się powoli do rozpadliny.
Nie mam pojęcia co pomaga im kruszyć lód i śnieg gołymi rękoma, a tym bardziej trzymać się ziemi spadając w głęboką przepaść.

Obrona domu

Przed bliżej nie znanym mi domem instruowałem dziewczynę jak ma się bronić i jak tworzyć pułapki przed agresorami domu, należała do pewnej grupy która miała obronić dom.
Były to niewielkie istoty , ze specyficznymi szczekami, na kształt dwóch stykających się palców, np. kciuka i środkowego, oczywiście z garniturem uzębienia.

Pokazywałem jej jak montować, w których miejscach, czego może się spodziewać ,jak reagować itp.
Gdy istoty zaatakowały na samym początku zginął jeden z obrońców, byłem obserwatorem widziałem to co działo się wewnątrz do mu jak i wokół niego.

Wiedziałem jak będą postępować intruzi, gdzie się skierują itp. tak jakbym bardzo dobrze znał ich sposób postępowania. Analizując sytuację pomyślałem, że wolę walczyć z nimi na otwartym terenie, w zamkniętych pomieszczeniach są naprawdę ciężkim przeciwnikiem.

Wspomnienia z innych miejsc III

Słyszę głos w swojej głowie, że ktoś mnie szuka, ale ja wolę pozostać nieodnaleziony.
Wchodzę w tłum miasta aby zgubić trop, przechodzę wąskimi uliczkami pośród niskich budynków, przywodzące na myśl bliskowschodnie tereny.
Docieram do placu który jest centrum miasta, targ różności wokół którego rozmieszczone są knajpy i inne spelunki.
Tutaj raczej nikt mnie nie odnajdzie, spotykam przyjaciela i siadamy przy stoliku na świeżym powietrzu.

Opowiadam mu o swoim problemie, że ktoś mi nie znany depcze mi po piętach i nie ma raczej zamiaru odpuścić, wysyłając wciąż sygnały które mają mnie odnaleźć.
Przyjaciel ma naturę wesołka wszystko komentuje, że coś się wymyśli, że rozwiążemy ten problem.

Dociera do mnie szukające wołanie, natrętna myśl która przeczesuje cały teren.
Widzę mężczyznę wchodzącego na plac, tego który mnie szuka, skupiamy się bardziej na rozmowie z Przyjacielem udając, że nic poza nami nas nie interesuje, ale ukradkiem obserwując nieznajomego.

Dla zmylenia przeciwnika rubaszny przyjaciel przyjmuje role którą i ja przyjmuję, zaczynamy grać zapatrzonych w sobie pedałów.
Mężczyzna przechodzi obok nas, ale nie jest w stanie mnie namierzyć, a mój sprytny rozmówca potrąca siedzącego obok knajpianego gościa.

Robi to w taki sposób, że zaczepionemu wydaje się że nadchodzący mężczyzna go potrącił a tym samym sprowokował. Powstaje zamieszanie i awantura, latają stoły i skaczą sobie do gardeł.
A my spokojnie gramy nadal swoje role nie odkryci przez nieznajomego poszukiwacza.

Iaido

Widzę małego chłopca, a przy nim mężczyznę.
Nagle naciera na nich trójka uzbrojonych w miecze osiłków, miecze przywodzą na myśl japońskie katany.

Odczuwam, że głównym ich celem jest mały chłopiec, przy którym czuwał nieznajomy.
Trójka przeciwników nadbiegała z dobytymi z pochwy mieczami, rozegrała się krótka walka, lała się krew, a zgrzyt stali dopełniał resztę.

Obrońca chłopca pomimo przewagi atakujących, upuścił im sporo krwi by w pewnej chwili wykonać manewr w którym przyjął wszystkie atakujące miecze na swoją klingę.
Pokazał swoją siłę, przez ładnych kilka metrów pchał przeciwników, nic nie mogli zdziałać przeciwko jednemu. Przyparł ich do muru, nie dane mi było zobaczyć reszty.

Głos

Latałem sobie w zadowoleniu nad miastem, czasami obniżając lot omijając linie wysokiego napięcia.
W pewnym momencie wylądowałem na jakimś drewnianym słupie, przypłaciłem to tym, że jakiś drobiazg z mojego ubioru, zaplątał się i musiałem balansować na różne strony aby się uwolnić. Różni ludzie przechodzili poniżej, ale i tak byłem zdany tylko na siebie.

Jedna osoba przystanęła, nieznana mi kobieta, zaczęła się śmiać i ironicznie powiedziała coś w stylu „A co ten pan tam robi w czerwonym kubraczku”, no cóż podniosła mi ciśnienie, gdzie ona widzi jakiś czerwony kubraczek.

Ja tu się produkuje i próbuję uwolnić, a tu przychodzi taka jedna i naśmiewa się ze mnie.
Odwróciłem się do niej i tutaj nie powstydziłaby się nawet Matka Wielebna z zakonu Bene Gesserit, zaznaczam że ona się wciąż śmieje, powiedziałem jedno słowo, ale miało takie brzmienie, że krew przemieniłaby się w ciekły azot 🙂

Powiedziałem „żaba”, śmiech zniknął z jej ust, zaniemówiła, powtórzyłem drugi raz „żaba”, straciła panowanie nad sobą, zamiast śmiechu zaczęła skrzeczeć jak żaba, najpierw ramiona, a później całe ciało naśladowały ruchy żaby.

Tak to bajka się kończy, jeśli naśmiewamy się z przypadkowych ludzi 😉

Spotkanie z ludem Lu

Siedzimy sobie swobodnie, moja rozmówczyni siedzi na tapczanie, a wokół niej siedzą jej podopieczni i uczniowie.
Rozmówczyni wygląda jak latynoska, siedzimy na przeciw siebie i ona opowiadając rożne historie cały czas się uśmiecha, ma specyficzny styl mówienia coś w stylu wesołego kaznodziei.
W pewnym momencie bardzo mocno wpatruje się we mnie, jej oczy są bardzo blisko, w odcieniach zieleni i żółci, uśmiecha się przy tym i coś mówi, pomyślałem wtedy że zachowuje się jak smok, nie wiem dlaczego 😉 Ta jakby mnie sprawdzała.

Jesteśmy już w innym miejscu i o innej porze dnia, tak jakbym spędził już z nią kilka dni. Moja rozmówczyni siedzi na leżaku , pora jakby poranna, jest zmęczona, nieumalowana, masuje sobie stopy.
Opowiada mi o jakimś przypadku swojego pacjenta, którego leczyła.
Używa specjalistycznego słownictwa, tak jakby się dzieliła ze mną swoim doświadczeniem.

Kolejne pomieszczenie siedzę w nim z 2 osobami plus obok mnie siedzi kolejny nauczyciel, który pilnuje aby nic nas nie rozpraszało.

Po tym wszystkim biegnę ulicą podskakując wysoko, dotykając reklam, sam dziwie się że tak wysoko udaje mi się skakać.
Słyszę pieśń, widzę litery tej pieśni, dostrzegam też tubylców Opiekunkę z która rozmawiałem wcześniej, jej podopiecznych i innych. „Jesteśmy LU , Lusi..”, określenie lu, lusi przewija się w rożnych odmianach w słowach pieśni.

Przeniesienie i jestem w restauracji na powietrzu, prowadzimy dyskusje, wokół nas sporo stolików prawie wszystkie zajęte.
Rozmówczyni po mojej lewej stronie wpada w szal, tak jakby była opętana, syczy i chce się rzucić na kogoś.
Błyskawicznie wstaje unoszę prawa rękę nad jej głowa, nie pamiętam co mowie, to wszystko dzieje się bardzo szybko, w trakcie tego wszystkiego ruchu i słów opada na jej twarz woal, ona przewraca się na plecy przykryta tym woalem już spokojna i nie sprawiająca zagrożenia.

Ludzie wokół są przestraszeni tym co zaszło, padają pytania czemu ja tak szybko zareagowałem i w ogóle niczego się nie balem.
Odpowiedziałem na to, że za dużo razy wcześniej już to robiłem, pytają się co można robić w takich przypadkach, mowie im o modlitwie.
Z drugiego końca sali kobieta wyśpiewuje pytanie, okazuje się że ma problem zdrowotny, w odpowiedzi odsyłam ja do lekarza.

Wspomnienia z innych miejsc II

Widzę ogromny budynek w kształcie połączonych dwóch kropli wody.
Odczuwam atmosferę, z która się już zetknąłem w niektórych snach i miejscach.
Wszystko ma futurystyczne kształty, czuje odmienność tego miejsca, wszystko jest spowite jakby mżawką, co przywodzi na myśl tropikalne tereny.

Nie wiem czy to była przeszłość czy stan obecny, a może to wszystko wymyka się takim określeniom.
Latałem wokół tego potężnego budynku, byłem osłabiony, trochę mnie to martwiło i moich towarzyszy, ale nie mogłem sobie pozwolić na słabość.
Widok z „lotu ptaka” budynku i dżungli, był czymś wspaniałym, cieszył oczy i serce.

Wydarzenia przeniosły się do wnętrza budynku, które nie odbiegało stylu architektonicznego który widziałem na zewnątrz, wszystkie szczegóły wystroju miały zaokrąglone krzywizny.
W samym centrum mieściła się platforma, otaczały ją chodniki, które patrolowaliśmy.
We wszystkich czynnościach towarzyszyło nam oczekiwanie, pomagałem komuś zejść na chodnik o poziom niżej, czyniliśmy przygotowania, a następna chwila pokazała do czego się przygotowywaliśmy.

Dostrzegamy atakujących, zsuwają się po linach na platformę, lądują w rożnych miejscach,aby utrudnić obronę, ale „My” jesteśmy przygotowani, wszystko jest z synchronizowane, każdy przeciwnik ma swoja obstawę.
Próżny był to atak, nic nie zdziałali.
Jak tylko się pojawili zostali zabici lub obezwładnieni błękitno zielonymi strzałami z gołej dłoni, wszystko działo się błyskawicznie, nie dostrzegłem innej broni, parę błysków, krótka szamotanina i było po wszystkim.

Wspomnienia z innych miejsc

Weszliśmy całą grupa do sporej wielkości hali, było ciemno, cała była zagracona, straszny przytłaczający klimat.
Na różnych nieznanych mi urządzeniach leżały porozrzucane różne części ludzkiego ciała.
Szliśmy bardzo ostrożnie obchodząc cala hale, w każdej chwili spodziewając się czegoś nieprzewidzianego, w pewnym momencie zaczął się wydobywać specyficzny i przeraźliwy dźwięk, który działał paraliżująco i usypiająco.

Wybiegłem przez drzwi będąc w rozterce, że jestem jeszcze przytomny, a jeszcze mała chwila i byłoby po mnie i to że zostawiam swoich towarzyszy.
Gdybym wrócił nic a nic nie mógłbym im pomoc, zostalibyśmy tam wszyscy uwięzieni.

Okazuje się że jeszcze jedna osoba wybiega ze mną, nie wiem czy była to kobieta czy mężczyzna, wszyscy nosili ubiory jak ludzie z dalekiego wschodu, długie koszule i spodnie.
Długie i czarne włosy spięte w warkocz.

Gdy już oddaliliśmy się od niebezpieczeństwa na naszej drodze stanął nieznajomy, nie był wrogiem ale z tego jak się zachowywał i co mówił wskazywało to że działał sam i miał swoje cele, zaoferował nam pomoc, w przejściu przez te nieznane nam tereny.
Nie był altruistą, zażyczył sobie, że do czasu naszej wspólnej podróżny, jego zapłata będzie energia mojego towarzysza.

Bajkowo

Przez ostatni czas nie umieszczałem swoich doświadczeń, zawirowania życiowe, ale niektóre wydarzenia mam w głowie i postaram się je umieścić na stronie, niektóre gdzieś się schowały ale znaczna część da się jeszcze wycisnąć z odmętów pamięci 😉

Wyszedłem z lasu na polanę, widzę bawiące się dzieci, dzieje się coś dziwnego z pogodą raz deszcz, raz śnieg. Witam się z dziećmi, widocznie musimy się dobrze znać, pytam się co się dzieje z pogodą, kto tak miesza.
Dzieci odpowiadają jakbym zadał retoryczne pytanie „Oczywiście, że to Ta w domyśle wstrętna czarownica”. No tak jakbym mógł tego nie wiedzieć 🙂

Przystaje i dotykam dłonią ziemi modląc się i prosząc o błogosławieństwo dla niej, by wszystko wróciło na swoje miejsce i o harmonie dla tego miejsca.
Idąc dalej dostrzegam granicę tego terenu, a na szczycie wzgórza powiewa chorągiew, zewsząd dociera do mnie muzyka, w dłoni mam jakby odtwarzacz który jakby jeszcze wzmacniał to odczucie, bo odtwarzał tą samą otaczającą mnie muzykę.

Góra pożegnań

Przejeżdżałem na rowerze przez niewielkie miasteczko i kto by pomyślał wszędzie korki, pełno samochodów, jedna główna droga i wszyscy akurat muszą nią jechać.

Po lewej stronie dostrzegłem boczną uliczkę, nie była aż tak zatłoczona i która prowadziła na szczyt wzniesienia na którym było miasteczko.

Gdy droga się skończyła okazało się że miasteczko zostało za mną w dole a przede mną wznosi się góra, z której roztacza się widok na całą okolicę.

Dostrzegam najmniejsze szczegóły, kolory nieba, lasy, budowle, place zabaw dla dzieci i droga która poprowadzi mnie na szczyt jest kamienista i nie mogę już jechać na rowerze, z chodzę i go prowadzę. Nie jestem sam we wspinaniu się na górę, obok mnie idą jeszcze jacyś ludzie. Droga jest szeroka płaska i kamienista, gdzie nigdzie dostrzegam w kamiennym piasku „zniszczone obroże i smycze”.

Nagle tracę świadomość i budzę się w piasku, tak jakbym śpiąc kopał okopy w piaszczystej ziemi. Pierwsza myśl po przebudzeniu gdzie jest mój pies, rozglądam się dookoła, postanawiam się wrócić obserwując dokładnie wykopany przez siebie okom, a nóż on gdzieś się chowa. Dostrzegam podbiegającego pasterskiego psa, widząc że to jednak nie mój pies zawraca w górę, po chwili widzę ruch, okazuje się że to kilka psów. Wszystkie wyglądają identycznie jak mój pies, wołam go aby podszedł do mnie, podchodzi jeden z nich, a ja wiem że to nie on, ma inne oczy, podchodzi drugi też stwierdzam pomimo prawie że identyczności, że to nie on, odpycham ich delikatnie, mówiąc „To nie TY”

Dopiero za 3 razem podchodzi on, patrzymy na siebie wymownie, pragnę aby poszedł ze mną ale znów zmienia się sceneria i stoimy odgrodzeni bramą.

Mój przyjaciel rozmawia ze mną pod postacią człowieka, smutek we mnie narasta z każdą chwilą, traktuje mnie jak ojca, pamiętam jego słowa „Tato jestem taki zmęczony, słaby”. Chcę z nim wrócić ale wiem że uszanuję jego wolę, gdy słyszę te słowa wiem że to już koniec i nasze drogi się rozejdą, smutek rozdziera moje serce.

Idę prostą i szeroką drogą za grupą ludzi starszych i młodszych, a pośród nich widzę też biegające dzieci, które na czole grupy bawią się radośnie.

Po między nami biega czarny młody pies, jest całkowicie innej maści niż mój przyjaciel ale wiem że to on, cieszy się i podbiega do każdego.

Kiedy zbliża się do dzieci staje się coraz młodszy, wybiegając na sam początek staje się radosnym szczeniakiem, który obszczekuje nie wiele większych od siebie. Nagle widzę jak łączy go z jednym dzieckiem „smycz”, zaczął nowe życie, wśród innych ludzi…

Tak naprawdę w rzeczywistości za nic na świecie nie chcę się z nim rozstawać…

Pożegnała mnie  w tym śnie bardzo ważna osoba w moim życiu.

24/25.09.2010

Inny świat, czas i przestrzeń.

Jechałem odpocząć ze swoją siostrą i osobą towarzyszącą, nie wiem kto to mógł być.
Słowo „jechałem” nie wiem czy tu można zastosować, byliśmy jakby na stacji, przygotowani do podróży.
Tylko małe ale stacja była w koronach i nad koronami drzew, technologia tego świata była idealnie połączona z otaczającą przyrodą i przyroda była dopasowana do technologii. Korony drzew miały pastelowe kolory, były jakby zmodyfikowane, nie były chaotyczne ale każda miał idealny kwadratowy lub prostokątny kształt.

Liście i gałęzie idealnie współgrały jak przechodziliśmy z góry w dół korony. Transportery, windy, kapsuły podróżnicze wszystko było dopasowane idealnie dograne, kapsuły miały eliptyczny pionowy kształt. Wilgotność powietrza przywodziła na myśl tropikalny kraj, szkoda że nie pamiętam pobytu, pamiętam tylko wyjazd i powrót.
Wracając dziwiłem się że to już tak szybko, tak jakbym zatracił poczucie czasu ile spędziliśmy na wycieczce. Ponownie zachwycałem się przyrodą i technologią, jak wszystko było dopasowane i współgrało. Każde z nas wsiadł odo oddzielnej kapsuły, które zaczęły się przemieszczać, przywodziło to na myśl kolejkę górską.

Dotarliśmy do czegoś co przypominało port lotniczy, usłyszałem specyficzny dźwięk, wskazujący na jakieś problemy, moja kapsuła została odłączona od reszty i zaczęła poruszać się innym transporterem. Zacząłem wietrzyć kłopoty, po kilku zakrętach wylądowałem w cześć która wyglądała na jakiś bar, kapsuła podjechała do 2 kobiet które obsługiwały to stanowisko. Dziwiły się one że mnie jako pasażera nie powinno tutaj być i czy coś się stało. Tak jak bym wiedział że te problemy dotyczą mojej osoby więc grałem że się zgubiłem że tylko coś kupię i pójdę-pojadę sobie dalej.
Wszystko przemawiało za tym że byłem przygotowany na taką ewentualność kłopotów, miałem na reku zegarek lub bransoletkę, przyczepiona była tam, folia.

Wyciągnąłem ją i powolnym i swobodnym krokiem podszedłem do śmietnika aby ją wyrzucić, podchodząc dostrzegam mężczyznę który z kimś rozmawia przez telefon, patrzy się na mnie i czuję że atmosfera się zagęszcza że zaraz się coś wydarzy. Do końca trzymam fason wyrzucając folię do śmietnika.

Czuję że każda sekunda jest droga ale staram się nie wzbudzać podejrzeń i nie okazywać że spodziewam się zasadzki.
Kieruję się w kierunku wyjścia gdzie jest pełno ludzi, czuję się coraz słabszy i wiem że jest coraz bardziej źle ze mną.
Nagle dopada do mnie potężnie zbudowany Przyjaciel, wszystko się zaczyna, krzyczę do niego ciągnij mnie, wiedząc że moja słabość i szybkość jest godna wyścigowego leniwca.
Otwiera sporych rozmiarów drzwi,mocno mnie trzymając, wiem że zdany jestem na niego, później okazuje się dlaczego jestem taki słaby.

Dookoła pełno ludzi, przeciwnicy depczą nam po piętach, część naszych robi zamieszanie, stają na drodze pościgu utrudniając i opóźniając na różne sposoby.
Na szczęście ucieczka się udaje, jak widać wszystko musiało być zaplanowane, gdybym był sam nie miałbym żadnych szans.

Okazało się że wrogowie w jakiś sposób prawdopodobnie gdy byłem na wycieczce zarazili mnie jakimś wirusem, który mnie tak osłabił. Tu dokładnie nie pamiętam ale być może chodziło o zaszkodzenie Nam i poróżnienie nas lub o przejęcie mnie lub innego rodzaju przemianę.
Idąc już na spokojnie i powoli przez miasto, rozmawialiśmy a w oddali widzieliśmy jakieś potyczki gangsterskie, niebezpieczeństwo zostało daleko za nami.
Odebrałem te wydarzenia, że już nie pierwszy raz jestem w takiej sytuacji. / 29.10.210

Ujeżdżanie smoka

Stanąłem przed płaskorzeźbą głowy smoka, składała się jakby z trzech okręgów następujących po sobie.
Pierwszy krąg to nozdrza smoka, drugi to centrum głowy, trzeci to kark.

Ktoś z boku podpowiadał mi co należy zrobić, radził mi abym włożył leżący obok drewniany kołek w centralne koło. Nie wiedząc dokładnie jak mam to zrobić powoli starałem się go umieścić w centrum głowy. Gdy po chwili mi się to udało w pierwszym kręgu zapłonął ogień, okazało się że po bokach na wysokości drugiego kręgu znajdują się uchwyty.
Nagle płaskorzeźba ożyła, płonąc coraz mocniejszym ogniem, uniosła się a ja intuicyjnie starałem się ją mocno uchwycić. Trzymając się smoczej głowy starałem się jak najlepiej się na niej usadowić, co nie było łatwe bo „smok” coraz szybciej przyspieszał.
Pamiętam że rozmawiałem ze smoczą głową, widząc wokół siebie przemykające chmury i różne kolory nieba.
Wszystkie te 3 „sny” wydarzyły się dzień po dniu, widocznie jest to okres jakiegoś przesilenia.

Fabryka snów - sztuka śnienia, bajki terapeutyczne, rozwój