Umiejetność podążania – Carlos Castaneda – „Aktywna strona nieskończoności”

„(…)Następnie tłumaczył mi problem wyboru. Powiedział, że dla wojowników w podróży wybór nie jest tak naprawdę aktem ich woli, a raczej aktem eleganckiego poddania się sugestiom nieskończoności.
– To nieskończoność wybiera – powiedział. – Sztuka wojownika w podróży polega na opanowaniu umiejętności podążania za najmniejszą nawet podpowiedzią; jest to sztuka poddania się każdemu nakazowi nieskończoności. Potrzeba do tego ogromnego męstwa, siły, a nade wszystko zaś trzeźwości umysłu. Te trzy czynniki razem wzięte dają w sumie właśnie elegancję!(…)”  Carlos Castaneda – „Aktywna strona nieskończoności”

Ktoś mógłby postawić pytanie – Jednym słowem elastyczność??

I mógłby uzyskac taką odpowiedź.

Elastyczność to giętkość, powiedzmy że w tym wypadku naszego umysłu i dostosowania się do sytuacji, ale to nie wszystko…

„Umiejętność podążania” to moim zdaniem bardzo trudna sztuka, niewielu z nas „słucha się” tego co niesie nam życie. Bez względu na wyznawaną religie, czy filozofię mało kto słucha się natchnień serca i najmniejszych podpowiedzi, które pojawiają się w naszym życiu. W tym przypadku don Juan zwrócił Castanedzie uwagę, na podstawową sprawę, że tak naprawdę to nie my wybieramy, ale wybiera nieskończoność.

W śnieniu i pokrewnych dziedzinach pokutuje wśród praktykujących zdanie, że to my decydujemy o tym „co zrobimy”, „gdzie pójdziemy”, że to my wiemy najlepiej co trzeba zrobić, w jaki sposób, jaką drogą itp.

Może tych kilka zdań zwróci naszą uwagę, na wewnętrzną ciszę, która parafrazując słowa don Juana wyposaży nas we wszystko co jest potrzebne na naszej drodze „śnienia”.

Refleksje na temat depresji

Każda z naszych myśli materializuje się pod postacią, którą nazywamy umownie „sukcesem” lub „porażką”, przyciąga ku nam odpowiednich ludzi, którzy służą nam pomocą na naszej drodze. Niestety, pod postacią „pomocy” bardzo często rozumiemy, że ktoś wykona coś za nas. Pomoc to niekoniecznie coś, co wywołuje uśmiech radości, poczucie szczęścia, to często jest cios, ból, pod wpływem którego zmieniamy swoje poglądy, spojrzenie na daną sytuację.

Jakże często popadając w stany depresyjne, topimy się w nich, poddajemy bezwiednie ich destrukcyjnemu działaniu. Nie taki jest cel tych stanów.
Każda zmiana w świadomości wymaga odosobnienia i wycofania z życia społecznego, wymaga spokoju i ciszy. Żeby coś nowego mogło zaistnieć w naszym umyśle, trzeba najpierw usunąć, puścić to, co zbędne, co przykuwa nas do jednego miejsca. My natomiast odbieramy depresję jak coś, co nas pogrąża i pozwalamy wciągać się bezwolnie w jej otchłań.
Jeśli wiemy, czemu służy ten stan umysłu, potrafimy przetrwać ten okres obserwując siebie i zmiany, jakie zachodzą w naszej świadomości. Nie dzieje się to jednak z dnia na dzień. Rozwój świadomości to proces długotrwały, zależny od naszej otwartości i chęci przyjmowania tego, co z sobą niesie.

Kiedy zaczynamy się bać, depresja pochłania cały nasz potencjał energetyczny. Stan załamania i beznadziei pogłębia się, co niejednokrotnie doprowadza do zupełnej utraty kontaktu z zewnętrznym światem i całkowitego wycofania się. W ten sposób tracimy możliwość analizy swego wnętrza i wydobycia własnej mądrości na powierzchnię.
Gdy staramy się utrzymać świadomość siebie podczas takich stanów oczyszczających, potrafimy również zauważyć, czemu to służy – nie zniszczeniu, ale oczyszczeniu naszego umysłu z przestarzałych pojęć, które przestały nam służyć, z których po prostu wyrośliśmy.

Mówiąc krótko, depresja jest stanem, w który popadamy w chwili, kiedy nasze własne ograniczenia w postrzeganiu nie pozwalają zauważyć skutecznego sposobu rozwiązania danej sytuacji, lecz próbujemy uporać się z nią za pomocą starych i nieskutecznych – w tym wypadku – metod. Wtedy następuje proces depresyjny, który ma za zadanie usunąć przestarzałe, zdewaluowane przekonania, by na ich miejsce weszły nowe, bardziej skuteczne działania.

Kije i kamienie mogą nam połamać kości, ale słowa mogą złamać nasze serca..

Postrzeganie wymiarów – Carlos Castaneda – „Sztuka Śnienia”

(…)Don Juan wyjaśnił mi, że aby móc postrzegać te inne wymiary, musimy nie tylko tego pragnąć, ale także dysponować wystarczającą ilością energii, by je pochwycić. Ich istnienie jest niezmienne i niezależne od naszej świadomości, a brak dostępu do nich jest wyłącznie konsekwencją naszych uwarunkowań energetycznych. Innymi słowy, uwarunkowania te zmuszają nas do uznawania, że nasz rzeczywisty świat jest jedynym możliwym światem(…)”

Carlos Castaneda – „Sztuka Śnienia”

Skupmy się na energii i jej powiązaniach.
Większość ludzi myśli że „zbieranie” energii to jakiś jednostkowy proces, który sprowadza sie do określonego czasu i pewnych czynności. Nic bardziej mylnego, nasze zachowania w życiu codziennym, nasze myśli, emocje składają sie na cały proces energetyczny.
Nasze codzienne postępowanie może być potężnym akumulatorem lub czymś odwrotnym co wciąż i wciąż pozbawia nas energii, a my nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy, ze to my sami sobie to robimy.
Czyli popatrzmy na to nie tylko jako energetyczne uwarunkowania, które nas ograniczają, ale jako nasze uwarunkowania mentalne i emocjonalne,czy też nasze działanie.
Przemienienie tych uwarunkowań jest drogą do postrzegania nie tylko światów, ale tak naprawdę nas samych.

Pogląd, który pomoże nam w uzyskaniu świadomych snów i śnienia

Kolejną podstawową sprawą jest posiadanie i pielęgnowanie poglądu który pomaga nam w uzyskaniu większej świadomości w snach i śnieniu.
Bez tego podejścia możemy ćwiczyć, trenować techniki itp. jednak wszystkie te czynności będą li tylko pustym działaniem nie popartą naszą wiarą w zamierzony cel.
To podejście można przenieść na inne elementy naszej codzienności, ale w tym momencie skupiamy się na temacie śnienia.
Czyli działajmy z przekonaniem, że jesteśmy w stanie to zrobić i osiągnąć to co zamierzyliśmy 😉

Dziennik snów

Pracę ze snami i z tym, co nas może spotkać w śnieniu, można zawrzeć w kilku podstawowych punktach.
W tym miejscu chcę zwrócić waszą uwagę na pamięć snów, emocji, myśli i wszystkiego tego, czego doświadczamy w tych na pozór prozaicznych chwilach.
Sprowadza się to do prowadzenia „dziennika snów”, w którym będziemy systematycznie zapisywać nasze senne doświadczenia.
Przede wszystkim zapisywanie, wzmocni waszą koncentrację i zdolność zapamiętywania snów.
Budząc się rano nie biegnij do budzika, aby go „ukatrupić” :D, leż spokojnie, nie otwieraj oczu i na spokojnie przypomnij sobie, co Ci się śniło. Praca nad zapamiętywaniem pozwoli wam wejść w lepszy kontakt ze snami, a tak naprawdę z samym sobą, zaczniecie dostrzegać ile rzeczy tak naprawdę się rozgrywa w naszym wnętrzu, a które do tej pory umykały gdzieś na granicy widzialności.
Także zachęcam do zapisywania i pamiętania tego, co dzieje się w sennych krainach;)
Kolejne punkty w następnych postach:)

Etiudy

Wybrałem się na wycieczkę w większej grupie, naszym celem był opuszczony pałac, niezbyt uśmiechało mi się zwiedzać te mury, bo pamiętałem jak był zaniedbany. Ciągle w pamięci miałem odrażający zapach, całe chmary much , wszechdobylska wilgoć, jednym słowem nieciekawa perspektywa.
Jakież było moje zdziwienie gdy dotarliśmy na miejsce i okazało sie ze owszem pałac jest nadal opuszczony i w znacznym stopniu zrujnowany, ale niektóre fragmenty zachowały swoje atuty z prawdziwych czasów świetności.
Stylowe schody i zdobienia, płaskorzeźby, obszerne balkony, jednym słowem było jeszcze na czym oko zawiesić.
W pewnym momencie coś przeniosło mnie na balkon, tylko nie z tej strony co trzeba;) zawisłem trzymając się stylizowanej kołatki zamocowanej na drewnianych ozdobach balkonu.
w pierwszej chwili pomyślałem sobie, że jeszcze trochę i spadnę, ale po chwili okazało się, że nie jestem sam, pojawiły się dwie kolejne osoby obok mnie które znalazły się w podobnej sytuacji. Dało mi to do myślenia i postanowiłem „puścić” obawy i niczym się nie przejmować.

Po tej myśli przeniosło mnie w inne znajome miejsce, obserwując teren unosiłem się swobodnie w powietrzu, dostrzegłem też przechodzącą przyjaciółkę. Postanowiłem polecieć dalej za cel obierając dziki park który był w odległości ok. 2 km. Oceniałem swoje siły i w tym momencie okazało się, że mam jakby w sobie pomocnika i to on, by za mnie tam doleciał. Uznałem, że nie ma co się on wysilać i nie musimy lecieć.

Kolejną sceną była zabawa nie znanych mi osób, którzy w cieniu drzew, na czerwonej ziemi, jak w bajce ulepili sobie „zwierzątka” które skakał, fikały koziołki, wskakiwały to wielokształtnych dołków w ziemi, jednym słowem wesoła gromadka.
Za to kolejna scena nie była już tak sielska, trzy kobiety, jedna z nich dowodziła pozostałą dwójką.
Szefowej nie podobała się praca swoich podopiecznych, słowem i gestem dała im to boleśnie do zrozumienia i wzięła się za poprawianie po nich wykonanej pracy. Wykonując rożne czynności wciąż wyrażała swoje niezadowolenie, komentując co i jak należało zrobić. Ostatnią czynnością było oprawianie biało żółtych larw nieznanych mi skorupiaków, trzymając w jednej dłoni ostre narzędzie, odcinała końce skorupiaków i ich odnóża. Było coś w tym wszystkim odrażającego, larwy były sporych rozmiarów, ociekały białą substancją no i na dokładkę te ich ostre odnóża.

Spotkanie pod gołym niebem

Na płaskowyżu stała mała grupka rozmawiających ludzi, gdy nagle pogoda zaczęła sie zmieniać.
Wiatr naganiał burzowe chmury, zaczęło się błyskać, tym wydarzeniom towarzyszyło uczycie, którego doświadczyłem już w niektórych snach. Ciężko je opisać, uczucie zagrożenia, tajemniczości, pełne w swoich przejawach.
Pojawił się błysk, który okazał się jakimś obiektem, który lśnił, za chmur ukazała sie linia prosta, niczym błyskawica, w pierwszej chwili wziąłem ten znak za krzyż, po chwili można było dostrzec inne szczegóły.
Gdy obiekt był wysoko nad ziemią był świetlisty i przypominał połączenie kół, elips i krzyża.
Schodząc niżej zmieniał swoją budowę, świetlistość zastąpiły kości, można było dostrzec żebra, kręgosłup,ramiona, kolejne zbliżenie i teraz widać dwie głowy jakby połączone dwa tułowia, jeden tułów z głową, a nad nim kolejny z głową, połączony z poprzednim tułowiem. Kości oblekły się skórą, która miała odcień jasnej stali.
Moi rozmówcy przedstawili mnie zwracając się do istoty jako „Uczeń Jezusa”, widziałem siebie jako małego chłopca.
Po przedstawieniu mnie istota zwróciła sie do mnie ze słowami, poruszając dłonią przed moim czołem „Niech przejawiają się twoje moce”. W tym momencie zacząłem iść, przechodząc w lot, oddalając się od moich towarzyszy…

Przeszedłem w inne sny
Pracowaliśmy przy niewielkim zbiorniku wodnym, coś było z nim nie tak, udało nam się znaleźć połączenie z drugim zbiornikiem, łączyła je lina która naciągaliśmy i w tym momencie moja lewa stopa wpadła w niewielki otwór. Atmosfera była gorąca w związku z tymi zbiornikami i bo groziło nam bliżej nie określone zagrożenie, przez dłuższą chwilę nie mogłem uwolnić stopy. Nadbiegła pomoc po chwili byłem już wolny.

Tym razem scena wydarzeń przeniosła sie na niewielkie wzgórze porośnięte gęstym lasem, przesiąkniętym wilgocią, jakby przed chwilą spadł deszcz. Na ściółce leśnej dostrzegam salamandrę, i mam wrażenie że muszę się nią opiekować, albo jest to mój „brat”, albo ja sam. Salamandra powoli wspina się na górę, na jej drodze znajdują sie ostra kamienie, a nawet nie wiadomo skąd wiele kawałków szkła. Płaz cierpliwie pokonuje przeszkody, jest tak delikatna ale zarazem ta delikatność pomaga jej przekraczać najtrudniejsze przeszkody. Zamarłem na chwilę widząc jak przeciska sie przez ostry otwór w szkle, wystarczy tak nie wiele , a ostre krawędzie ją przetną. Szczęśliwie idzie dalej…

Biegnę, ciesząc się prędkością, wolnością. Sycąc sie powietrzem, słońcem i górami. Górska wyżyna jest miejscem mojego radosnego biegu, moja postać nie jest postacią ludzką. W tym momencie jestem skrzyżowaniem ryby i gazeli, o twardej brązowej skórze.
W pewnej chwili dostrzegam, że strzelają do mnie, przyspieszam. Napastnikom jednak udaje się mnie zranić, budzę się w jakimś bliżej nieokreślonym miejscu. Wciąż w tej samej postaci leże na sianie, zamknięty jakimś kurniku. Dostrzegam drzwi, patrzą na zamek lub inaczej na sposób zamknięcia tych drzwi. Pojawia się myśl, że jeśli tylko dojdę do siebie to bez żadnego problemu uwolnię się.

Ryba

Znalazłem się na ceglanym moście, w starej części parku, która jest stylizowana na zrujnowany zamek. W rzeczywistości ten most wygląda inaczej, ale o tym dowiemy się w dalszej części opowieści.
Stojąc na nim patrzyłem w dół na kotłujące się gałęzie o różnych kształtach, jakieś bliżej nieokreślone pływające śmieci, a pośród nich dostrzegłem rybę, która starała się pokonać przeszkody i próg mostu. Przepływ był bardzo wąski, więc było to nie lada sztuką dla ryby, aby przepłynąć pod mostem.
Rybie udaje się ta sztuka i wypływa na spokojną wodę, zmieniając swój kształt staje się większa. Przypomina mi jesiotra, i pojawia się myśl, że to niespotykane, że pojawienie się ryby w tym miejscu jest wyjątkowe.
Ryba majestatycznie płynie z nurtem rzeki, wciąż rosnąc, obserwuję jej ruchy i masywny, a zarazem giętki wrzecionowaty kształt, liczy ona już teraz kilka metrów, upodabniając się do rekina w maskujących barwach.
Jak łatwo czasami dostrzec samego siebie;)
Wieczorem poszedłem na rzeczywisty most, który jest inny i w trochę innym miejscu.
Stanąłem naprzeciw nurtu rzeki, patrząc w dół, dostrzegając naniesione kamienie i gałęzie,
powiedziałem sobie „To co było”. Odwróciłem się by usłyszeć mocniejszy szum wody, z niewielkiego spiętrzenia, tu woda przekraczając wodospad staje się spokojna i rozlewa się szerokim łukiem, powiedziałem sobie „To co będzie”.

Jeśli zdarzy Ci się sen lub jakieś inne wewnętrzne doświadczenie, pozwól sobie na ponowne odczucie i przeżycie go w ciągu dnia. Znajdź chwilę ciszy, rozluźnij się i pozwól „snowi” jeszcze raz się rozegrać.
Zaobserwuj swoje odczucia i myśli.

Powtarzające się symbole

Miejscem akcji bym dom rodzinny na wsi, pełen domowników, a raczej jakieś paczki znajomych, która była na wycieczce. Krzątaliśmy się po domu, prowadziliśmy rozmowy, zastanawialiśmy się, kiedy będziemy wracać, decyzję za nas podjęła Gospodyni domu, okazało się ze będziemy musieli jechać już dziś. Miałem nie wiadomo skąd pozostałości po cienkiej Pizie, była już zimna i raczej niezjadliwa. W domu była jeszcze Kucharka, rozmawiałem z nią trochę i okazało się, że ona zrobi z tego zimnego placka coś, co będzie się nadawać do jedzenia. Rozpostarła przede mną wizję, czego to doda, jak to przyrządzi, jak rozłoży na cieście, że sam jeszcze się zdziwię, jaka wyjdzie z tego smaczna potrawa.
Gdy reszta się przygotowywała do podróży okazało się, że padający wciąż deszcz przerodził się w rzęsistą ulewę, przez co niewielka rzeczka płynąca obok domu wystąpiła z brzegu, zalewając ogród i docierając przez piwniczne okienka w głąb domu. Wszyscy zaczęli się ubierać i przygotowywać do ratowania domu, ubieranie odpowiednich butów, decyzje, kto gdzie ma iść itp. Deszcz powoli jednak zaczął ustępować, co osłabiło nurt rzeki, która wciąż jeszcze, choć słabiej, ale królowała na ogrodzie i opływała ściany nośne domu. Stałem na zewnątrz i przyglądałem się wydarzeniom, reszta stała na werandzie i obserwowała wszystko.
W tym momencie pojawia się myśl przewijająca się ostatnio w „snach” – nie przejmowałem się, że inni zobaczą moje działanie. Podjąłem decyzję unosząc się w górę, na mojej drodze przeszkadzały mi kable energetyczne, ale przelatując pomiędzy nimi nie obawiałem się, że jeśli któregoś dotknę, że może mi coś grozić. Poprawiłem się w locie, była ze mną poduszka zafu, na której tak często siedzę. Wyleciałem na ulice i kierowałem się w stronę lasu mając przed sobą kolorowe niebo, które odpoczywało tuż po deszczu. Lecąc zastanawiałem się jak znaleźć odpowiednie miejsce, gdzie będę mógł przerwać brzeg rzeczki, aby fala powodziowa opadła.

Następne miejsce i wydarzenia.
Weszliśmy na teren jakiegoś systemu pałacowego, pełnego zieleni i było jakieś, „ale”, bo wciąż wypatrywaliśmy niebezpieczeństwa. Był z nami nasz kotopies;), biegał swobodnie, ceni on wolność ponad wszystko, kocha członków swojego stada, ale chwile wolności są dla niego jak narkotyk, zachłystuje się nimi, bardzo często jego natura jest o krok od oddania się w pełni wolności, ale też często udaje się nam go jednak przywołać do siebie, co nie znaczy, że jest to łatwa sztuka;) Przechodząc białymi i zadbanymi ścieżkami pośród drzew, podbiegały do nas ogromne psy. Większość był agresywna, ale w tym miejscu i czasie nie obawiałem się łapać ich za potężne szczeki, miotając nimi jak workiem ziemniaków, niektóre z nich przechodziły obok nas, nie okazując agresji. Kiedy nasz spacer się skończył doszliśmy to dużej bramy, kotopies gdzieś się zawieruszył w swoim bieganiu, my zaś podchodziliśmy ukradkiem i podpatrywaliśmy bokami, czy aby nikt nie czatuje na nas za bramą?

Popłynąć pośród koron drzew

Ponad rok czasu temu, dzień zaczął się od bólu głowy, z czasem poznałem przyczynę i źródło tego bólu. Przyjęła imię Melisa, dziwiłem się, dlaczego akurat wybrała takie „spokojne”, z rozmowy wyszło, że raczej jest przeciwieństwem tego imienia. Taka mała dygresja z przeszłości, wróćmy do czasu obecnego.
Rozmawialiśmy wtedy dość sporo śnieniu, był to czas, że miałem na pieńku z „pewnymi osobnikami”.
„Był czas, że Twoi przeciwnicy blokowali twój umysł i wspomnienia, gdyby tego nie zrobili mógłbyś ich wtedy pokonać. Przypomnisz sobie, kiedy będziesz chciał, teraz to już zależy tylko od Ciebie. Z uśmiechem dodając, że wszystko w odpowiednim czasie.”
Wspominam to, bo ostatnimi czasy, gdy jestem wypoczęty o ile takim mogę być;)

Coraz więcej pamiętam…
Dziś schodziłem po schodach, wchodząc to większego pomieszczenia, było to miejsce spotkań. Dostrzegłem białowłosego mężczyznę, on też prawie w tym samym momencie zwrócił na mnie uwagę. Spojrzał i w jednej chwili, był gotowy do walki. Jeden ruch i stanęliśmy naprzeciwko siebie, mając grawitację w głębokim poważaniu.

Następnym obrazem było ogromne drzewo, liczące kilkadziesiąt metrów wysokości.
Dostrzegłem wspinającego się młodego chłopca na szczyt drzewa, pomagał sobie specjalnymi uchwytami, gdy już prawie osiągnął cel, jeden uchwyt wymknął mu się z rąk.
Nie byłem tam jedynym obserwatorem, potraktowaliśmy raczej ulgowo tą inspekcje, moi towarzysze śmiali się, gdy stanęliśmy obok chłopca „Tylko nie patrz w dół”, faktycznie widok był poruszający morze liści i gałęzi, a gdzieś tam na samym dole ziemia, pojawiły się myśli ile czasu by zajęła taka wspinaczka lub zejście pośród poskręcanych gałęzi. Ale widok koron drzew, roztaczający się aż po horyzont był jak ambrozja na mą duszę.

Tu czy tam, a może pomiędzy

„– Wczoraj świat stał się taki, jak go opisują czarownicy – kontynuował. – W tym świecie kojoty mówią, tak samo jak i jelenie, o czym kiedyś ci opowiadałem, podobnie zresztą jak i grzechotniki, drzewa i inne żywe istoty. Ale ja chciałem, abyś ty nauczył się widzenia. Może wiesz już teraz, że widzenie wydarza się tylko wtedy, kiedy przemykasz się pomiędzy światami, światem zwykłych ludzi i światem czarowników. Teraz jesteś dokładnie pośrodku. Wczoraj wierzyłeś, że kojot mówi do ciebie.
Każdy czarownik, który nie widzi, tak samo by wierzył. Ale ten, kto widzi, wie, że wiara w to oznacza utknięcie w rzeczywistości czarowników. W ten sam sposób nie wierzenie w to, że kojoty mówią, to utknięcie w rzeczywistości zwykłych ludzi.” Don Juan

Jeśli powiesz komuś „że kojoty mówią”, większość uzna Cię za wariata.
Idąc tym tropem w śnieniu możemy spotkać różnych rozmówców, będzie to on, ona lub ono, albo jeszcze coś bardziej nieokreślonego np. jakiś symboli, idea, można by tu przytaczać wiele przykładów.
Ludzka świadomość nie dopuszcza tego czego nie zna i najczęściej zamyka się na nieznane i niezrozumiałe.
Ci dla który ważniejsze jest to „że kojoty mówią” tracą kontakt z ludzkim światem i z samym sobą, wtedy faktycznie możemy obawiać się o ich zdrowie;)
Zaś Ci którzy skupiają się tylko na tym co widzą i co mogą organoleptycznie poznać swoimi zmysłami wybierają świat ludzi, i tu pozostaje wybór czy chcemy poznać to co jest dalej po za naszym „światem”, który codziennie ograniczamy zamykając się na siebie, na innych, już nie mówiąc o tym co jest jeszcze „dalej”.
Równowaga to takie ogólne słowo, ilu z nas myśli o tym choć przez chwilę, ilu z nas czyni coś w tym kierunku.
„Utknąłeś” czy idziesz dalej;)?

Vendetta

W tym świecie polowano na mnie, grupa ludzi zaprzęgła do pomocy coś w rodzaju komputera. Świat był w jakieś części archaiczny niektóre urządzenia były podobne w działaniu ale ich wygląd daleko odbiegał od naszych norm jakby były prototypami w naszym wydaniu.
Komputer lub raczej jakąś maszynę licząca wspierało urządzenie które znajdowało sie na drugim pojeździe, maszyna była wielkości ciężarówki, także wszystko było „duże”.
Czas do godziny zero upływał w zastraszającym tempie, przeciwko sobie miałem ludzi i maszyny, nie wiem co miało się wtedy dokładnie wydarzyć czy miałem przestać istnieć, czy mieli jakiś inny zamiar.
Moi przyjaciele szukali sposobu na zatrzymanie tego procesu, a jak to wszystko się skończyło zostało przede mną ukryte.

Następnymi scenami były sceny zemsty, widziałem każdego swojego przeciwnika który ginął w rożnych i dziwnych okolicznościach.
Pierwszy obraz jaki widziałem, był mężczyzna prowadzący jakiś dziwny okrągły pojazd, przypominał batyskaf, przyglądał sie wskazaniom na małych monitorach, pomimo tego, że był bezpieczny w pojeździe, na nic sie to zdało, rozprysnął sie na ścianach pojazdu ,inny ginęli w podobnych okolicznościach.

Latałem tuz nad grządkami kwiatów, lawirując miedzy drzewami, lecąc tuz nad ziemia, ocierając sie o czubki traw, upajając sie ryzykiem i szybkimi zmianami kierunków.
Było to tuz obok mojej szkoły z dzieciństwa, było w niej setki ludzi, tłok na korytarzach i przed budynkiem.
Podobnie jak w innych snach coraz mniej przejmowałem sie tym, że ktoś mnie zobaczy, robiącego piruety i mającego gdzieś grawitacje.
Wiedziałem, że przez okna nie jedna osoba może mnie widzieć, a w nie wielkiej odległości dostrzegłem kobietę przechodzącą obok szkoły, która przypatrywała się moim poczynaniom, także permanentnie robiłem co chciałem bez względu na to czy ktoś jest w pobliżu, czy nie.

Szukanie rozwiązania problemu

Podeszliśmy z kolegą do dystrybutora zastanawiając sie ile zatankować paliwa do naszego samochodu, czekała nas dłuższa podróż.
Czy dolać jeszcze do baku, czy dolać do kanistra, tak na wszelki wypadek i jak będzie lepiej w naszej sytuacji.
Okazało sie ze kanister ma nietypowy otwór niedopasowany do dystrybutora paliwa.
Po kilku próbach znalazłem sposób na wlanie paliwa do kanistra.
Gdy paliwo wypełniło kanister okazało sie ze wypłynęło kilka śmieci, kanister był czysty, ale pomimo tego coś wypłynęło na powierzchnie. Jeden „śmieć” był wielkości pięści, jakim sposobem mógł sie schować w kanistrze, skoro nie było w nim miejsca gdzie potencjalnie mógł ukryć się „śmieć”.

Nasz umysł postrzega świat przez pryzmat jakiego sie nabawił przez całe nasze życie.
Ostatnio zmagam się z pewnym problemem, szukając odpowiedzi, sen mi podsunął taką wskazówkę jaką wyżej zamieściłem. Na pierwszy rzut oka może się wdawać komuś, że jest to najzwyklejsza sytuacja i do szpiku prozaiczna. Scenka niby krótka, ale na każdym kroku skrywa się symbol.

Syndrom Koziołka Matołka

Rozmawialiśmy sobie o przeszłości nad niewielkim jeziorkiem położonym na skalistym płaskowyżu. Towarzyszyły nam dwie wydry, które na przemian podpływały do mnie i bawiły się ze mną to skacząc, to wirując, czy podgryzając moją dłoni niczym bawiący się pies.
Przypomniałem sobie w tym momencie jak w dzieciństwie chciałem mieć za Przyjaciela wydrę, czytano mi książki, oglądałem filmy, słowem nie spełniona miłość, która może właśnie spełnia sie w tym momencie.
Grzechem było by nie wspomnieć o owadach, a było ich tysiące, siedząc na skałach nie można było uciec od wszędobylskich robaczków, które ocierały sie o nas w ilościach przekraczający wyobrażenie, hałasowały niczym armia cykad. Najmniejszy nasz ruch powodował dla nich duże zagrożenie, także nie jeden przypłacił to życiem.
Z jeziora wypływał strumień, który kierując się w dół przekraczał popękane skały, pęknięcia te odsłaniały głębokie szczeliny, z których wydobywał się dziwny dźwięk, ni to człowieka ni to zwierzęcia.
Gdy zmieniliśmy miejsce rozmowy, mogłem dostrzec jak woda jest krystalicznie czysta, bo wydry już przestały baraszkować, w niewielkiej odległości tuż na przeciwległym brzegu wyłoniło się na wpół przysypane wejście do jakieś starej kopalni.
Podszedł do mnie mały chłopczyk i powiedział z przejęciem ”A wie Pan, że nawet o tym w gazecie pisano, to jest najbardziej tajemnicze miejsce w całej okolicy”.

Ilu z nas szuka takich miejsc, tajemniczych miejsc, „skarbów”, „nieodkrytych tajemnic”, idąc w ślady Koziołka Matołka, poszukując ich po całym świecie.
Koziołek po wielkich trudach zrozumiał, że to co wydawało mu się, że jest bardzo daleko jest bliżej niż mógł sądzić.

Często to czego szukamy jest w nas samych, tylko kto by pomyślał aby szukać w sobie…

Klasztor

Wjechaliśmy do niewielkiego miasteczka, a może nawet wioski, centralnym jej punktem był staw, nad którym stały pozostałości klasztoru. Widać było, że ogień był żywiołem, który doprowadził budynki do ruiny, niektóre ściany jeszcze stały, nawet gdzieniegdzie można było doszukać się resztek dachu. Teren był ogrodzony, a w niewielkim oddaleniu od ruin stały dwa budynki, wyglądały na zamieszkałe.

Z radością uniosłem się w górę, w locie bezpiecznie ominąłem wysokie ogrodzenie, zbliżając się do tych dwóch budynków dostrzegłem specyfikę ich dachów, których spadzistość był tak wyprofilowana, że miała miejsce na podwieszenie belek i wzmocnień. W miejscu tym trenowały walkę cztery osoby, podzielone były na dwie pary. Stały o ile można to powiedzieć do góry nogami, grawitacja jak widać im nie przeszkadzała, to, że chodzili podwieszeni pod dachem nie stanowiło dla nich najmniejszego problemu. Obróciłem się twarzą w kierunku dachu by widzieć świat tak jak oni go widzieli.

Dostrzegli mnie przyjmując pozycje bojowe, byli młodzi nie chciałem im czynić krzywdy, siłą woli i niewielkim ruchem dłoni odrzuciłem ich od siebie dociskając ich do ścian i dachu, mogłem już swobodnie lecieć dalej na zwiedzanie ruin.
Choć wszystko było osmalone i zniszczone, można było dostrzec, że klasztor w latach swojej świetności był strzelistym budynkiem. W szedłem po miedzy dwie ściany, kiedyś można było na nich ujrzeć wielobarwne witraże. Idąc i podziwiając, natknąłem się na nieznajomego, który stał i podobnie jak ja rozglądał się dookoła, oddychał z przyjemnością, chłonął to miejsce, cieszył się, że może tu być.

Postanowiliśmy, że razem będziemy zwiedzać, przed nami były pozostałości bramy, idąc przed siebie i zanurzając się w półmroku dostrzegłem na jednej ścianie, tuż przed bramą, wysoko nad moją głową stłoczone „osoby”, odpoczywali sobie poprzyklejani do ściany.
W mroku ruin okazało się, że nie jesteśmy sami, wszędzie było pełno „ludzi”, jedni stali inni klęczeli lub siedzieli na sposób wschodni, obserwowali nas dając nam do zrozumienia, że nie jesteśmy tu mile widziani. Jakimś cudem wytrzasnąłem skądś zabytkową dwururkę, lata jej świetności już dawno minęły, ale trzymałem ją w taki sposób, że była wycelowana w każdego najbliższego, pokazując, że w każdej chwili jestem gotowy jej użyć. Kosztowało nas to sporo, ale szliśmy powoli by nie przeoczyć najmniejszego ruchu, nikt z nas nie chciał być rozszarpanym i zakończyć swój żywot w tym miejscu.

Przed nami pojawiła się kurtyna, która zasłaniała sobą szerokie przejście, przez które co rusz ktoś wchodził to wychodził, stanęliśmy po jej skrajnych miejscach by nie rzucać się w oczy, wyczekaliśmy odpowiedniej chwili, nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać po drugiej stronie, nie docierały do nas  za niej żadne dźwięki. Przyszedł odpowiedni moment, w pełnej prędkości, w locie przekroczyłem kurtynę, za nią dostrzegłem rozległą salę gdzie dotarł do mnie okrzyk, który by niejednego faceta dobił „Teraz już mi tak szybko nie uciekniesz, Skarbie”, padły słowa z ust kobiety ptaka. Złapała mnie z radością za nogę i sprowadziła na ziemię, z nie mniejszą radością kłapała dziobem, który jej się nie zamykał, jak to dobrze mnie widzieć. No cóż chcąc nie chcąc byłem skazany na jej towarzystwo, z cierpliwością wysłuchiwałem różnych historii i opowieści z przeszłości, jak to kiedyś było tak pięknie.

„Zwykła świadomość jest drogą” Nansen Fugen

Każdy szuka szczęścia, spokoju, spełnienia.
Jeden się modli, drugi medytuje, trzeci uważa, że jest ponad to, jak to się mówi „korzysta z życia”.
Ci, którzy się modlą czy medytują, poświęcają lwią część swojego życia na te praktyki, które w mniejszym lub większym stopniu, mają wpływ na ich życie wewnętrzne, co się przekłada na to, jakimi są ludźmi.
Cisza może dawać siłę, a co wtedy, gdy jesteśmy „wspaniałymi” ludźmi tylko na czas modlitwy=medytacji, jeśli nie dostrzeżemy tej chwilowości naszego postępowania, będziemy gorsi od Syzyfa.
Czytaj dalej „Zwykła świadomość jest drogą” Nansen Fugen

Poszukiwanie siebie

Przychodzą momenty w naszym życiu, że czegoś szukamy, nie wiemy, czego, ale wciąż szukamy. Odczuwamy bliżej nieokreślony niepokój, nie możemy znaleźć swojego miejsca w życiu. Sprawdzamy różne miejsca, rozmawiamy z ludźmi, czytamy książki i szukamy odpowiedzi na nie wyartykułowanie pytania, jakie w nas się kłębią.

Przystajemy przy filozofii takiej czy innej, a może bardziej odpowiada nam religia, może inny system podejścia do życia lub śmierci, nie możemy się zdecydować. Jest jakiś przebłysk, wydaje nam się to jest właśnie to, że tego szukaliśmy i zaczynamy chodzić koło naszego wyboru. Analizujemy, obracamy w różnych kierunkach, rozmawiamy z innymi, którzy wybrali podobnie, a może w ogóle nie rozmawiamy, nie analizujemy ot po prostu, wiemy, że to jest dobry wybór, albo…Nie mogąc samemu zdecydować, oddajemy decyzję innym o naszych wyborach, pozwalamy się urabiać i wprowadzać w „wybór”, myśląc później, że dobrze wybraliśmy.

Ilu z nas tak naprawdę wybiera, z pełną świadomością i uważnością działania. Zastanawiałeś się kiedyś nad tym? Wielu z nas szuka i być może znajduje, a ilu jest takich, którzy znajdują, a zarazem gubią się w tym, co odnaleźli. Mogą tu działać różne czynniki, nie starczyłoby miejsca na wypisanie wszystkich. Staramy się spełniać określone warunki i zasady naszych „wyborów”, bardzo często nakładany na to nasze „filtry” postrzegania, uważając ze sami wiemy najlepiej jak nikt inny. Oburzamy się jak ktoś nam wskaże pewne niuanse naszego postępowania, które na pozór wydają się nam do przyjęcia, a prowadzą nas na manowce.

Uważność sztuką jest nie lada, być zdecydowanym, a zarazem niezagubionym…

Wizyta

Z jakiegoś powodu byłem wyjątkową osoba w tym świecie, gdzie moi najbliżsi stanowili zbrojną Rodzinę.
Na dachu naszego domu  pośród oszklonych wieżyczek które wyglądały niczym latarnie morskie, wszystkie okna były po otwierane, zebraliśmy się w oczekiwaniu, tak jakby nadciągał atak.
Moja „wyjątkowość” polegała tez na tym, że chcieli na tym korzystać inni, przeciwna  „zła” Rodzina, a przez ich aspiracje ginęli ludzie.
Oburzyło mnie to i postanowiłem temu zaradzić, podjąłem decyzje że spotkam się z głową rodziny wrogów. Poszedłem do ich lokalu, spędziłem tam wiele godzin czekając na ich decyzje, w trakcie oczekiwania, chodziłem po barierkach wspinałem się po różnych rurkach, przeciskałem się przez różne zakamarki cały czas będąc obserwowanym, jednym słowem dbałem o formę.

W pewnym momencie okazało się, że pod schody które prowadziły do lokalu podjedzie kierowca, który zawiezie mnie na miejsce, podjechała długa, żółta limuzyna.
Krótka rozmowa z kierowca i jedziemy na miejsce, auto niby takie pojemne, a jechałem ściśnięty, bo coś ograniczało miejsce.

Dojechaliśmy do pewnej kamienicy, która mieściła w sobie sporą hale restauracyjna, przez cala jej długość zamontowana była ławka-stół na której siedzieli lub stali w oczekiwaniu członkowie klanu na swojego przywódcę.
Nadchodzi, wszyscy stanieli na ławce, odchyleni byli skrajnie do tylu, aby pod żadnym pozorem nie upaść bo ławka była pochylona pod pewnym kątem. Okazało się, że jest to kobieta, wszyscy byli wyprężeni, nerwowi i robili dobre miny do zlej gry.
Stałem drugi od wejścia, dokładnie nie pamiętam czy sama wybrała tego nieszczęśnika czy ktoś wskazał jakiegoś, że niby jest na niego skarga.
Wskazany podszedł do swojej Szefowej z uśmiechem i pełen „miłości”, ona wchodząc do hali wypowiada jakąś formułkę jak hymn czy pozdrowienie w Rodzinie.
Nieszczęśnik zbliżył się do Władczyni, miała orientalna urodę, pełen uśmiech i pożarła jednym ruchem osobnika.
Po tym zdarzeniu powtórzyła formułkę na przywitanie jak by się nic nie stało, nie wiem co widzieli w tym momencie inni, ale ja widziałem że ta kobieta  nie jest tylko kobietą ale kimś w rodzaju połączenia człowieka i bliżej nie określonego zwierzęcia, pierwsze skojarzenie było z koniem. Makabreska spokojnie szła sobie środkiem Sali.

Fabryka snów - sztuka śnienia, bajki terapeutyczne, rozwój