Gdy nie dajesz nic z siebie…

Rozmowa z pewnym człowiekiem który wciąż brał nie dając nic w zamian…..

Skalna skarpa dość wysoka,  rozmowa,  podziwianie wielokolorowego jeziora, różne odcienie błękitu.

Miasto, miejsce akcji most,  przyglądam się jak ktoś wprowadza na most dziwna istotę. Wygląda niczym kudłaty taran chodzący na czterech łapach, wchodząc na most powoli jego postać staje się humanoidalna. Jest opasany paskiem który przywodzi na myśl smycz,  staje się coraz większym zwalistym olbrzymem.

Widocznie ktoś zamierza wejść tu siłą.

Nie jest sam, gdy zbliża się do niewielkich  zabudowań, wygląda to na niewielkie sklepy. Powstaje zamieszanie, okazuje się ze oprócz wielkoluda są dwie osoby które sieją terror wśród mieszkańców. Drugi mężczyzna jest uzbrojony w nóż, odnoszę wrażenie ze w tym miejscu nie jestem sobą, a tylko korzystam z ciała mieszkańca tego świata, czuję że przez to moje działania są ograniczone.

Pomimo tego mężczyzna uzbrojony w nóż rzuca nim jakby był ostatnim fajtłapą, jego towarzyszka jest jego przeciwieństwem. O czym się przekonałem starając się przeszkodzić im w ich poczynaniach. Mężczyzna posługuje się nożem w tempie żółwia,  kobieta walczy wręcz jak dobrze wyszkolony wojownik,  a olbrzym robi ogólne zamieszanie niszcząc co popadnie.  Chyba nie spodziewali się ze napotykają opór,  widzę ze postanowili się ewakuować, mają samochód,  nie mogę w bezpośredni sposób ich zatrzymać…

W czasie tego zamieszania ludzie krzyczeli „policja”, atakujący zmienili się w uciekinierów, wszystko zapowiadało ze uda im się zbiec, ale samochód którym uciekali okazał się ich pułapką. Za pojazdem doczepione jest kilkanaście  lin, które były sprężyste i super wytrzymałe, wiec ucieczka za naszej trójki skończyła się się na najbliższym drzewie. Jednocześnie pojawia się grupa antyterrorystyczna, w pierwszej chwili celują we mnie,  ale dociera do nich gdzie jest ich prawdziwy cel. Otaczają samochód,  wyłapują uciekinierów.

Kolejny.

Samochód  z ważnymi osobistościami,  rozmawiają o swoich interesach,  a zarazem widzę ze odpowiadają za porządek lub mają duże wpływy.

Rozmowę przerywa im pisk opon, jeden samochód za drugim, przeskakują inne samochody.  Nie podoba się to pasażerom samochodu,  rozmowy o pieniądzach muszą poczekać…

 

 

Jak to miło i przyjemnie być pół dnia on-line;)

Pomimo przemęczenia śnienie czasami pokazuje mi różne historie, ostatnio docierając do domu po kilkunastogodzinnym dniu pracy, było coś takiego…

Idę z grupą znajomych, w stronę budowli przypominającą wiadukt, dochodzimy do niewielkiego wzniesienia, gdy nagle dociera do mnie, że zdarzył się jakiś „wypadek” w okolicy.
Odchodzę na bok, przedzierając się przez różne chaszcze, wychodzę na otwartą przestrzeń.
Pozwalam sobie odczuć wiatr, wykorzystać go, by wznieść się na kilkadziesiąt metrów, po chwili namierzając „cel”. W tej samej chwili jestem na miejscu, mała zabudowa, kręte uliczki.

Widzę uciekających ludzi, okazuje się że przyczyną tego całego zamieszania jest szalony kapłan. Nagle za zakrętu wypada na mnie młody chłopak, a tuż za nim przyczyna zamieszania. Mężczyzna w pełnym biegu przenika chłopaka jak gdyby był mgłą, tak jakby drapieżnik miał już pochłonąć ofiarę. Wszystko rozgrywa się w ułamku sekund, stoję na drodze uciekającego, kapłan z rozpędu przepływa prze niego, zatrzymując się na mnie.

Zetknięcie to powoduje specyficzną płynność przestrzeni, kapłan przestaje być zagrożeniem , znika. Młody chłopak za to zachowuje się tak jakby na nowo się narodził, sam sobie się dziwi i cieszy się zmianą jaka się w nim dokonała. Nie wiem do końca co było przyczyną tej odmiany. Może wreszcie nie musi już uciekać…;)

28 luty 2007

Bajka o małej magicznej dziewczynce

Była sobie mała dziewczynka, która była sierotą, życie nią miotało od dzieciństwa i nigdzie nie mogła znaleźć swojego domu. Domu w którym czułaby się spokojnie i bezpiecznie.
Na domiar złego widziała to czego inni nie widzieli, ukrywała to przed innymi, aby nie pomyśleli sobie że jest chora i jeszcze bardziej się od niej odsunęli.

Dane jej było widzieć tych których nazywano duchami, nie rozumiała tego, ale swoimi drobnymi siłami starała to wszystko sobie tłumaczyć.
Gdy już trochę podrosła spotkała na swojej drodze szaloną wiedźmę, kobietę pełna dumy i swoich ohydnych celów, które chciała zrealizować dzięki małej i bezbronnej dziewczynce.
Wymyśliła sobie, że rzuci czar na dziewczynkę który przemieni Małą w narzędzie dzięki któremu wiedźma będzie potężna i będzie mogła realizować swoje odrażające sny o władzy.

Dziewczynka gdy poznała zamierzenia wiedźmy uciekła jak najdalej od niej, ale to nie wystarczyło bo wiedźma i tak rzuciła czar, który obudził magiczne moce ukryte głęboko w małym ciałku i umyśle. Nasza główna bohaterka, zaczęła chorować, czar zmieniał ją i nie dało się już tego zatrzymać, ale najważniejsze w tym wszystkim jest to, że pokrzyżowała plany wiedźmy, która musiała obejść się smakiem i zapomnieć o dziewczynce.

Co nie znaczy, że nie próbowała słodkimi pochlebstwami zatrzymać jej przy sobie, zostawmy już ten wątek i przejdźmy dalej.
Dziewczynka w przybranym domu starała się za wszelką cenę przeżyć, czar nie pozostawiał jej złudzeń, obudził moce które mogły ją zniszczyć. W tym wszystkim wspierali ją przyjaciele, starając się jej ulżyć w cierpieniach i zapewnić jej bezpieczeństwo.

Czar powodował że widziała i czuła coraz więcej, a jej drobne ciałko i serduszko zginęłoby gdyby nie pomoc innych. Magia obudziła rzeczy które przerosłyby wyobraźnię niejednego dorosłego człowieka.
Przyglądał się temu wszystkiemu od samego początku ognisty duch, który miał swoje plany, i z nikim się nimi nie dzielił. Chciał być władcą, a magiczna mała dziewczynka byłaby tylko jego niewolnikiem i pomocnikiem do zdobycia świata.

Przy nadarzającej się chwili zawładną dzieckiem, w jednej chwili przekonany o swojej wyższości „był wielki, jedyny i niepowtarzalny, gotowy zniszczyć świat i jeśli będzie trzeba to zbudować sobie nowy”.
Stłamsił ją i odciął od przyjaciół, którzy pomimo prób pomocy nie mogli nic zdziałać.
Pysznił się czego chcą te drobne „robaczki”, jeśli nie przestaną mnie atakować, zniszczę ich.

Gdzieś w tym całym megalomańskim myśleniu umknęło mu kilka faktów, które powoli zaczęły docierać do niego.
Pod koniec dnia jeden z przyjaciół zapukał do jej domu, ale jej tam nie było, bo rozpanoszył się w nim ognisty duch.
Rozpoczęła się rozmowa pomiędzy duchem,a człowiekiem, duchem dla którego emocje ludzkie były czymś nieznanym ale też i obrzydliwym.

Duch poznawał ludzki świat, dziwiąc się że ludzie sami sobie zadają ból, prowadząc wojny, cieszył się z jednej strony z tego „poczekam aż sami się wykończycie”.
Człowiek starał się poznać co wie duch, jakie ma ograniczenia, jakie ma cele, i tłumaczył cierpliwie emocje i postępowanie ludzi.

Tak naprawdę duch niewiele wiedział, ale w trakcie rozmowy zainteresowało go kim jest ten człowiek z którym rozmawia, czy jest tylko człowiekiem, a jeśli nie to kim, pomimo wielu pytań nie był w stanie dojść do prawdy, która była przed nim ukryta.

Człowiek w sercu rozmawiał ze Stwórcą, aby odnaleźć drogę do Przyjaciółki.

W pewnym momencie Duch poczuł złość, coś czego nie powinien poczuć, przecież emocje są mu obce i są takie ludzkie.
Ta złość była jego końcem, od odczucia tej emocji zaczął inaczej patrzeć na swoje postępowanie, przyjaciel dziewczynki wykorzystał tą przemianę i spokojnie dalej rozmawiał, ale już prowadząc rozmowę tak aby Duch jak najmocniej odczuł swoje nowe spojrzenie.

Przynosiło to efekt w postaci wyrzutów „czy postąpiłem właściwie”, „co stanie się ze mną”, „jak to naprawić”.

I na koniec pojawił się problem, Duch nie wiedział jak naprawić to wszystko, poszedł więc szukać Dziewczynki, znalazł ją bez sił, ale i ona nie wiedziała co należy zrobić, by mogła być znów sobą.

Przyjaciel przyglądał się temu, widząc że są bezradni, wypowiedział mocnym głosem jej imię, które się stało bramą i drogą do jej powrotu.

Dziewczęcy śmiech i przekomarzanie jest epilogiem tej krótkiej bajki 🙂

Medytacja ósemki – coś w rodzaju wstępu do odcinania więzów

Medytacja ta jest wprowadzeniem do Medytacji odcinania więzów. Otrzymałam ją przed wielu laty od znajomych, nie wiem więc kto jest jej autorem. Jeżeli zidentyfikujesz autora, zostaw mi wiadomość w komentarzach – usunę ją z bloga lub poproszę o pozwolenie jej publikowania.

Czytaj dalej Medytacja ósemki – coś w rodzaju wstępu do odcinania więzów

Potęga medytacji

Obszerny fragment wywiadu dla „La Vanguardia” udzielonego przez Are Holena, norweskiego eksperta od stresu pourazowego. (http://portalwiedzy.onet.pl/4868,11116,1608225,1,czasopisma.html)
Zacząłem praktykować jogę i medytację w wieku 16 lat; rok wcześniej zachorował mój ojciec, również lekarz. Medytacja pozwoliła mi nawiązać kontakt z moim wnętrzem, zrozumieć własne emocje. To było fascynujące doświadczenie z egzystencjalnego punktu widzenia.
Czytaj dalej Potęga medytacji

Pęd wiatru

Zasypiając nurtował mnie pewien problem, zadawałem sobie wewnętrzne pytania

Odpowiedź przyszła w kilku scenach…

Byłem w górach, za którymi tak tęsknie, w oddali przed sobą widziałem niewielkie wzgórze. Leciałem nad zieloną łąką porośniętą bujnie trawą, o długich źdźbłach ścielących się płasklo na ziemi. Przystanąłem przed wzgórzem, usłyszałem jakieś dźwięki które przykuły moją uwagę, trochę przypominało mi to jakby ktoś nawoływał.

Dźwięk przemieszczał się między drzewami, a obok mnie pojawił się towarzysz, razem nasłuchiwaliśmy tego nawoływania, w pewnym momencie dostrzegliśmy niewielkie stado wilków. Mieliśmy dylemat czy to wolne wilki, czy też ktoś wykorzystuje je do polowań lub do innych celów.

Po tej chwili zastanowienia odwróciłem się na pięcie wzbijając się do lotu, to było coś wyjątkowego, słoneczna pogoda, prędkość i wiatr który mnie omywał. Coraz szybciej, pomimo szybkości nie było mi zimno, coraz szybciej, w dłoni miałem biały podkoszulek, który też jest znaczącym symbolem.  Puściłem go na wiatr, wciąż przyspieszając, żyć nie umierać.

Krajobraz się zmienił, teraz sceny rozgrywały się nad kamienistą pustynią, nad którą byłem ze swoim znajomym. Uczyłem go latania, jego postać to specyficzny symbol, bo jest specyficznym człowiekiem odebrałem to jako,  że może przyjść mi uczyć tych , których inni by nie uczyli.

Bo kogo jak kogo, ale wątpię aby mojego kumpla takie rzeczy interesowały 😉

Pokazywałem mu jak używać woli, jak powoli poruszać się aby nabrać wprawy w locie. Przelatywałem nad pustynią demonstrując mu ruchy i technikę, dałem mu kuksańca obruszył się żartem,  że go boli i abym go nie bił.  Kuksaniec nie był tylko żartem,  nie musiał wiedzieć,  że uderzenie miało mu pomóc w nauce,  aby pomogło uruchomić w nim pewne mechanizmy.

Po kilku demonstracyjnych lotach poleciałem w kierunku  cywilizacji, omijając przeszkody,  które tu symbolizowały przewody wysokiego napięcia. Dość częsty symbol w moich nocnych przygodach. Przyglądałem się domom, widziałem ich najmniejsze detale, niedoróbki, widząc zaniedbania właścicieli.

Zrozumiałem to jako zwrócenie większej uwagi na szczegóły, nawet te najmniejsze, których z  „zewnątrz” nie widzą „właściciele”.

Nauka to nie tylko uczenie się czegoś nowego, ale też poprawianie swoich błędów, nawet tych których nam się wydaje,  że ich nie ma 😉

Savanto

To jest historia o pewnym młodym chłopaku. Chłopak ten, zafascynowany duchowością i filozofią dalekiego wschodu wiele czasu poświęcał rozwijaniu i odkrywaniu właściwości własnego umysłu. Wiele nocy spędził na próbach zrozumienia natury świata i ludzi. Doświadczał także wielu niesamowitych przeżyć. Utwierdziły go one w przekonaniu, że wciąż jest wiele niepojętych dla ludzkiego umysłu zagadnień. W miarę jak jego wiedza i poczucie siły rosły, coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu o tym, że „nic nie jest w stanie go zniszczyć”. Nic i nikt.

Pewnego dnia poznał niesamowicie interesującą dziewczynę. Od chwili pierwszej rozmowy zadurzył się w niej. Często wymieniali korespondencję, w której często udzielał jej rad opartych na głębokich filozoficznych przemyśleniach. Imponował jej swoją inteligencją, wiedzą, spokojem i pozytywną energią jaka od niego płynęła. Był dla niej w czymś rodzajem „mistrza”, „słońca”. A jemu, zakochanemu, oczywiście to odpowiadało.

Z czasem więź pomiędzy nimi zawężała się, aż doszło do wymarzonego momentu. Chłopak dowiedział się, iż jego obiekt westchnień odwzajemnia jego uczucia. Pomimo tego, że coraz bardziej dostrzegał jej wady i to, jak uzależnia się od niego, nie mógł posiąść się ze szczęścia. Był jej narkotykiem i chciał nim być.
Myślał, że może ją zbawić. Że jego pozytywne emocje zniwelują to, co niepoukładane w jej wnętrzu. Poświęcał jej cały swój wolny czas i uwagę, wkładając energię w to, by pojęła pewne rzeczy i zmieniła w swoim życiu na lepsze. Jego ego jej potrzebowało – bo czuł się z tym wspaniale. Jak Bóg.

W końcu przyszedł czas, w którym mogli się spotkać. Znał już jej długą i wyboistą historię. Chciał zrzucić ten ciężar z jej pleców. Chciał oczyścić jej wnętrze, by mogła wreszcie korzystać w pełni życia i dostrzec jego piękno – tak jak on je dostrzegał. Postanowił zadziałać bezpośrednio. Ułożył ręce na jej splocie słonecznym i brzuchu, koncentrując się z całych sił. Zobaczył ciemność wypełnioną wirami. Używał całej swojej energii, by móc ją rozświetlić.

Po wszystkim czuł się jak zbity pies. Znajomość gwałtownie się zakończyła, pozostawiając głęboką emocjonalną rysę w jego psychice. Długo nie mógł pogodzić się z tym jak z nią postąpił. Dał jej tyle nadziei – a potem odwrócił się plecami i odszedł. Wiedział, że to dla niego dobre rozwiązanie, ale cierpiał. Porzucił ją szukając normalnej relacji, idąc za głosem serca; oszukał obrazując się jako niemal doskonałego, złamał dane obietnice. Jego wizerunek samego siebie runął w gruzach a poczucie winy nieodłącznie towarzyszyło mu przez kolejne miesiące.

Rzeklibyście, że do tego momentu jest to standardowa, miłosna historyjka, jak jedna z wielu, nie kończąca się w pięknym stylu.
Niestety, zakończenie relacji nie ukoiło jego wnętrza. Zaczął odczuwać wewnętrzny ból, który ukryty lub ujawniony, towarzyszył mu niemal przez cały czas. Radość, energia i spokój zaczęły gdzieś znikać. Z czasem ulatniały się coraz bardziej. Zaczął unikać odpowiedzialności, przestał wypełniać swoje obowiązki, wegetował całymi dniami, resztką sił próbując utrzymać w miarę normalny sposób życia i relacje, na których mu zależało. Mimo to, życie traciło dla niego kolor i sens.

Najgorszy był ból, wypalający od wewnątrz trzewia, od którego nie było ucieczki. Miał silną wolę walki – próbował wszystkich sposobów, i nic nie pomagało. Wiedział że to coś, z czym do tej pory nie miał do czynienia – nie zwykły blok emocjonalny. Długie godziny spędzone na próbach przetransformowania tego bólu utwierdziły go w tym przekonaniu. Dawniej, rozprawiał się z problemami w tydzień lub dwa. A to trwało już miesiące. Czuł jak coraz bardziej opada z sił. Często ogarniały go destruktywne myśli, szukał ucieczki w nieświadomości, nic już nie cieszyło go, sen nie dawał odpoczynku. Nie mógł już ze sobą wytrzymać i nie znosił świata. W głowie przepływały setki myśli, plącząc się w jeden wielki chaos i stawiając go na granicy szaleństwa. Organizm i psychika kapitulowały.

Czuł, że musi coś zrobić. Napisał do zaufanego przyjaciela. Wydawał mu się jedyną osobą, która może w tej sytuacji coś zdziałać. Liczył na interwencję z zewnątrz, która, jak za dotknięciem magicznej różdżki, przywróci go do stanu, w którym wszystko było dobrze. Prawda okazała się inna. Gdy pierwszy raz zwrócił się do niego o pomoc, nie mógł opanować chaosu swoich myśli, był zdesperowany, gotowy zrobić wszystko, byleby się tak już nie czuć.

Dostał parę rad i użył całej dostępnej mu energii by wcielić je w życie. Już pierwszego dnia zaszły zmiany. Ból wciąż mu towarzyszył. Zrozumiał jednak, że nie musi grać w grę, dyktowaną mu przez to niszczące, palące uczucie. Zaczął uświadamiać sobie, jak wiele elementów w jego stylu bycia i myśleniu niszcząco wpływało na jego życie. Zrozumiał że to doświadczenie jest potężną lekcją. Przyparty do muru odnalazł w sobie siły do zmiany.

Przyjaciel sugerował, że w grę może wchodzić interwencja istot nadnaturalnych. Chłopak, z natury sceptyczny, wiedział jedno – to co mu doradzano pomagało. Nie było zagrożenia, bo nie wymagano od niego niczego, co by sugerowało złe zamiary przyjaciela. Dzięki samozaparciu i wysiłkowi woli znów podniósł się na nogi. Nie było łatwo – przychodziły wątpliwości i momenty załamania. Momentami myślał, że to wszystko na nic – i tak skończy jako śmieć, nie da rady. Ale nie poddawał się.

Każdego dnia chłopak koncentrował się na tym, by być spokojnym, unikać negatywnych emocji, niezdrowych zachowań i być jak najbardziej uważnym w każdej chwili. Unikał wszelkiego rodzaju „polepszaczy” humoru, które, w gruncie rzeczy i tak nic mu nie dawały, a często działały z odwrotnym skutkiem. Istniało wiele, mentalnych i fizycznych używek w które uciekał. Teraz musiał stawić czoła własnym demonom. Twarzą w twarz.

Zaczął też widzieć, jak świat wokół ucieka. Ludzie robili dokładnie tak jak on. W takich momentach czuł się wdzięczny za to, że czuje to co czuje i ma szansę coś zmienić. Czuł się świetnie z tym, że wreszcie patrzy „lękom w oczy”, trzeźwy, nie znieczulony. Czuł się jak wojownik, walczący o życie – wygra, lub zginie. To dodawało mu sił.

Pewnego dnia, rozmawiając z przyjacielem zrozumiał, co jest dla niego ważne w życiu. Właściwie, przypomniał sobie o tym. I wiedział, że nie chce tego stracić. Zobaczył, że ma cel, że jego życie może mieć jakąś wartość, jeśli mu ją nada. Kiedyś pełen pasji, teraz zagubiony – postanowił spisać listę celi, jakie chce osiągnąć w swoim życiu. Zawarł umowę z sobą. Niezmordowanie, krok po kroku wcielał te elementy w życie. Nadal czuł ból, ale bogatszy w zrozumienie natury sytuacji i doświadczeni, pilnował, by nie dać się ponieść negatywnym myślom. Zaufał przyjacielowi i otworzył się na niego, zyskując nie tylko sprzymierzeńca, ale i mentora. Zrozumiał – że tylko on, i nikt inny, jest odpowiedzialny za własne życie. Nawet, jeśli będzie obwiniał cały świat, łącznie z sobą – nic się nie zmieni. Wystarczy zacząć działać.

Ta historia miała miejsce naprawdę. Jej bohater wciąż ją pisze, nie wiedząc, jakie będzie zakończenie. Chciałbym, żeby była nauczką dla wszystkich tych, którzy zbytnio wierzą we własne siły, myśląc, że świat zewnętrzny nie ma na nich żadnego wpływu. Dla wszystkich uciekających od życia i odpowiedzialności za nie, oszukujących siebie i innych i nie zdających sobie z tego sprawy. Dla wszystkich tych, którzy ustawili swój żagiel w życiu na niepomyślne wiatry i myślą, że nie ma ratunku.

Działanie medytacji

Fragment książki Margit i Ruediger Dahlke: Księga medytacji. 138 technik. Przewodnik dla każdego znaku zodiaku,
wydanej przez Wydawnictwo KOS,
Katowice 2001.

Stres to najważniejszy problem człowieka Zachodu. Objawia się on nerwowością, pobudzeniem, skurczem mięśni i przemęczeniem. Terapeuci uznają go za przyczynę wielu chorób cywilizacyjnych. Jako reakcja na bodźce zewnętrzne, wytrąca nas on z wewnętrznej równowagi. Wszystkie życiowe funkcje organizmu (trawienie, po­wstawanie i usuwanie komórek) zostają ograniczone, nasilają się wszystkie funkcje pobudzające. Organizm przygotowuje się do wal­ki lub ucieczki. W pewnych sytuacjach jest to konieczne. Dzięki reakcjom stresowym mamy dostęp do wielu środków zaradczych, dzięki którym można adekwatnie i skutecznie reagować na bodźce zewnętrzne, po czym wrócić do stanu równowagi i spokoju.
Czytaj dalej Działanie medytacji

Cel w nie celowaniu

Walczymy dla jakiegoś …-ego celu?
Nie!
Walczymy, bo wierzymy, ufamy i mamy nadzieję.
Upadamy i wstajemy, nie dla zysku.
Czynimy co należy.
Bo gdybyśmy dla zysku działali, to by nas nie było…

2006-03-23 12:50:51

Mjölnir

Nie często mam takie wizyty, pamiętam kilka na takim szczeblu, przynajmniej tak mi się wydaje 😉
Postrzegałem istotę jako delikatną i bezwłosą, sądzę że wybrała taki a nie inny wygląd dla swoich celów.
Dostałem informacje o tej istocie w postaci jakby jednego impulsu, podobny przekaz informacji opisywał Monroe. Istota korzystała z jakiegoś transferowego urządzenia, które umożliwiało „podróż”, złożoną z dwóch powielonych podwójnie etapów, wyjścia i powrotu.
Z przekazanych informacji wynikało, że istota nie jest do końca pokojowo nastawiona, czyli niezły zabijaka. Istniało zagrożenie ale póki „podróżowała”, nie było jasne z jakim nastawieniem wróci i jaka będzie wobec mnie. Oddaliłem się w bezpieczne miejsce, obawiając się najgorszego, całemu zdarzeniu towarzyszyło specyficzne zabarwienie otoczenia.
Do końca byłem sceptyczny co do swojego bezpieczeństwa, gdy istota się pojawiła, powoli wchodząc do pokoju, okazało się, że jednak się myliłem, ale jak to się mówi lepiej dmuchać na zimne.

Kto wie o co w tym wszystkim chodzi, przez kilka lat byłem na wojennej ścieżce, z pewną grupą istot, ich intrygi i wszędzie sięgające macki tłoczyły jad w moje życie.
Sprzymierzeńcy, fortele, „finta w fincie”, zerwały tkaną przez nich żmudnie pajęczynę.
I pojawia się teraz ktoś, pod postacią potężnego i zajadłego przeciwnika tych istot, w jakim celu czas pokaże.

ps. 15.01.2010 Wczoraj do mnie dotarło, że ten sen to tylko przedstawienie, a tak naprawdę zobaczyłem samego siebie

Cuno i Moccos

Biegliśmy korytarzem, podłoga była nie równa, poruszała się, nasuwało mi to skojarzenia z mostem zwodzonym. Dostrzegamy jakiś ludzi, przeskakujemy ostatnie przeszkody i jesteśmy zaskoczeni widzimy przed sobą morze i oddalający się brzeg, jesteśmy na statku, ale już spokojni.

Jestem w dużym mieście, w jego części fabrycznej, przypominam sobie, że byłem tu wcześniej z przewodnikiem, wszędzie pracują ludzie, pełno maszyn i hal.
Szukam drogi przez to wszystko i zastanawiam się czy iść tym labiryntem fabryk, maszyn i ludzi czy obejść szukając innej drogi.
W pewnym momencie jestem w maszynie, w której jestem uwięziony, maszyna ściąga mnie na dół, przypomina to siłownik lub windę, czuje na plecach stal drugiej maszyny, niewiele brakuje abym utknął lub po prostu zginął.
Jestem coraz niżej, rozglądam się uważnie, szukając szansy uwolnienia się od tej maszynowej przejażdżki. W ostatniej chwili udaje mi się wyskoczyć.

Widzę szeroki krater w piasku, powoli opada na niego wzorzysty materiał, jakby gobelin, który przykrywa szczelnie krater i jego okolice.

Strzelałem z łuku do niewielkich celów, instruowany w jakimś pomieszczeniu przez nieznanego mi mężczyznę.

Podróżuję docierając do wiejskich zabudowań, jest kilka dróg do wyboru, zastanawiam się, którą wybrać.
Po chwili widzę, że ktoś nadchodzi, był to mężczyzna w towarzystwie dzika i ogromnego psa.
Dzik poza wielkością nie różnił się od normalnego dzika, pies za to był wyjątkowy.
Sierść o długim włosie ognistego koloru, jego wielkość wskazywała, że to może być wilczarz irlandzki, ale sadze, że przekraczał normę i jak na wilczarza. Postać psa morfowała, raz był potężną bestią ze szczęką wypełnioną całym arsenałem zębów nienaturalnej wielkości, by po chwili być bliżej nieokreśloną starą kobietą, noszącą diadem ze zwisającymi ozdobami po bokach. Przez chwilę rozmawialiśmy, po tym cała trójka poszła w kierunku lasu, a na odchodnym dzik podbiegł w moją stronę jakby chciał się ze mną bawić. Mężczyzna zawołał go i odeszli.

Akcja…

To był ciepły Świat, pełen słonecznego światła, aż żałowałem, że nie wziąłem ze sobą aparatu.
Skarb w porównaniu z tym co teraz mamy za oknem na co dzień 😉
Na horyzoncie zalesione wzgórza, przeplatane nawisami skalnymi.
Droga, którą szedłem była ulicą, na poboczu rosły kwiaty „dzwonki” różnej wielkości, w wielu odcieniach fioletu.
Po chwili koniec sielanki, jestem w mieście w jakimś budynku z grupą ludzi.
Łączy nas jeden cel znaleźć „nieproszonego gościa”, który prawdopodobnie ukrywa się w tym budynku.
Niektórzy ściskają w ręku kryształ wyglądający jak odlew ze szkła, w kształcie kwadratowego sześcianu.
Barwą jego jest biel wymieszana z ukrytym różem, to detektory.
Okazuje się, że budynek jest „czysty”
W trybie pilnym przenosimy się w następne miejsce akcji.
Tutaj natrafiamy na „Cel”, którego szukaliśmy.
Dostrzegam unoszącą się świetlisto-różową chmurę energii, którą raczej nie chce z nami rozmawiać o swojej nowej kolekcji sukienek.
Stoimy w gotowości, czuję za sobą plecy wspólniczki, nie skupiam się na wodzeniu wzrokiem za „chmurą”.
Nie rozpraszam się , w skupieniu płynie modlitwa, która nie ustaje…
Wygrywamy, każdy nasz krok w przód, „chmura” oddaje nam pola.
Odchodzi.

2005-12-09 22:38:56

Snów dziesiątki, rozwijących ścieżki do miejsc wielu…

Mężczyzna zbyt pewny siebie, grożący Tobie
Zbyt pewny nie zdający sobie sprawy, ze nadejdę
Zadałem pierwszy cios, następne w otchłani snu zniknęły

Następny dnia innego, nożownik próbował zastraszenia
Innym zaś razem „przysłali” krocionoga, czarny jak smoła,pozbycie się go było ciężkie, zajął na długo moją uwagę, przy najmniejszym ruchu stawał sie setkami kąśliwych pijawek…

Chodziłem po wzgórzach, na których pasły się „Konie”
Znam je z przeszłości, z zasadzki, z której wyszedłem obronną ręką
„Konie”, przypominają tylko z pozoru wszystkim znane konie, ale nimi nie są
Bestie mieszanką kłów i szybkości
Dziś spokojnie na wzajem się obserwowaliśmy

Dotykałem dojrzałych kłosów zbóż, spacerując przez pole

Dom, w którym są tajne pokoje
Ukryte przejścia, które powoli odkrywam
Odkrywając tym siebie…

Odwiedzając być może miejsce spotkań tajemnych, na ścianach ogromne obrazy
Bursztynowe kolory zastaw stołowych
Dom pośród lasu
Przy wejściu do niego obraz
Tego, który tak wiele istnień ludzkich swym życiem stracił

Pełne morze
Stary człowiek, którego statek był w kształcie domu, ale tylko samych żerdzi
Unosił się na falach wbrew prawom fizyki
Przywiązany byłem liną, obserwując fale, wychylając się jak najbliżej do nich czerpiąc z tego frajdę
Nadpływały Orki, wynurzały się z wody witając się ze mną

Trochę teraz „rzeczywistości” rozmawiałem z bliską znajomą o jej problemach
Wchodząc w sen, czy je spotkałem to się jeszcze okaże…

Idę sobie ulica i wychodzę za zakrętu
Dostrzegam grupkę nieznanych mi osób unoszących się w powietrzu
Specyficzne fryzury, ubranie i na dodatek długie ogony
Przywodzące na myśl japońskie kreskówki
Prowokujący i pewni siebie
Podchodząc bliżej coś dzieje się z moją ręką
Spontanicznie napływa do niej energia
Pierwszy strzał minimalnie mija cel, drugi tez
Oddalili sie na większą odległośc
Unieśli się na znaczną wysokość
Przeszedłem kilka kroków, czując jak napływa wola
Podnoszę otwartą dłoń, uwalniając żywioł
Nic się nie dzieje, chwila konsternacji, oni zaś nadal pewni siebie
Nagle pojawia się błękitno-biała łuna pod nimi
Tuż za nią nadeszła fala uderzeniowa, litego krystalicznego lodu
Siła była miażdżąca, zostali zdmuchnięci, zniknęli, by po chwili pojawić się ponownie
Opadali bezwładnie i bez sił na ziemię
Starając się resztkami sił schować w jakiś zaułkach, być może kierując się wstydem
Wyłapałem ich wszystkich, wyprowadzając ich po za teren, na którym się to wszystko rozgrywało…

2005-11-25 16:36:47

Sha-hi-ye-na…

Pewna przeszła noc i ciemność.
Gdy nagle ktos przybył przemawiając w niezrozumiałym języku.
Kreśląc znaki na moim czole, złapałem go za rekę pytając „Czemu to robisz?” ale jego język ani o jotę nie stał sie zrozumiały.
Tworzył znaki umacniając je śpiewnym słowem.
Ponowiłem pytanie o mało nie tracąc swojej ręki, tak to jest jak ludzie nie potrafią się porozumieć.
Jeden chce wiedzieć, a drugi nie rozumiejąc broni się, odszedł gwałtownie zostawiając niepokój we mnie.
Na szczęście przybył ktoś inny z Plemienia zwanego też czasami Sha-hi-ye-na.
Wyjaśniła mi to co się wydarzyło rozjaśniając działanie Szamana i cel jego przybycia, w niezrozumiałych jego słowach tkwiła troska, przyszedł by mnie ustrzec, a czasu miał nie wiele, gdy odszedł zdązył wykonać to po co przyszedł.
Ilekroć pomyślę o tym Plemieniu, pojawia się odczucie wolności, wielkiej przestrzeni i życia zgodnie z Naturą.
Od razu przypomina mi się też wtedy historia pewnej małej świętej dziewczynki, którą opowiedziała mi Szamanka Plemienia.
To już oddzielna historia…

2005-10-12 09:47:22

Zasady Walki…

Wyznajesz jakieś zasady, załóżmy że tak…
Pomagają Ci one w życiu lub nie…
Jesteś im wierny, kroczysz przez życie z myślą lub bez, że skoro Ty jesteś wierny to inni tez będą.
Zasady zasadami, ale…
Klinga miecza zrobi swoje, ale czasami z głowni tez jest użytek bez wyciągania miecza, można zdzielić kogoś w głowę, ze skutkiem natychmiastowym.
Zasada łamie zasadę do osiągnięcia celu.
Niektóre życia oparte są na bezwzględnym dążeniu do celu, raz jedna zasada, raz druga, czasami trzecia, od czasu do czasu i czwarta, sporadycznie piąta itd., byle by tylko osiągnąć cel.
Cel może i osiągnięty ,a może nie, ale co było tak naprawdę przed tym osiągnięciem…
Życie?
A jak tak, to jakie?

2005-04-15 22:22:37

Metanoi…

Spełniliśmy swoje słowo…
Pojechaliśmy, by zwrócić pamięć tym o których nikt nie pamięta.
Połączone działanie przyniosło skutek.
Bitwa wygrana…główny cel wykonany, ale…
Los postawił na naszej drodze Pomieszańca rozsmakowanego w cierpieniu bytów pośrednich…
Unikał konfrontacji, wiedząc co może go spotkać od naszej trójki.
Wymknął się dzięki naiwności ludzkiej…
Ilu jest takich, którzy widzą to co chcą, będąc ślepcami no to co przed nimi…

2004-07-26 17:16:05

Pamiętam…

Pamiętam wszystko… a może tylko wybrane elementy naszego wspólnego istnienia… Pamiętam, że poszłam wtedy pierwszy raz z Tobą na spacer tylko dlatego, by odreagować po całym dniu pracy, by na chwile nie myśleć… Pogrążyć się w chwili i stać się chwilą… a stałam się chyba już wtedy kimś kogo nie umiałam określić… Stałam się znów częścią dawnego snu, który później stał się naszym snem, a może najprawdziwszą jawą… Pamiętam, że już wtedy otworzyłeś coś… a dzień w którym rozbiłeś we mnie Okno Mroku był kolejnym, po którym następowały następne i następne….
Niekiedy ogrom tego co się wydarza przytłacza mnie… Tak bardzo chciałam by to już w mym życiu minęło, odeszło, jak odchodzi nie miłe wspomnienie… a Ty to na nowo obudziłeś wszystko, ale już w inny sposób. Dla innych celów….
Gdy byłam mała myślałam, że to wszystko, co doświadczam jest częścią świata, który wszyscy widzą. Z czasem zrozumiałam, że dane jest to tylko nielicznym… „Brzemię” to jest czasami , jak słodycz, a czasami jak cierń istnienia. Jak pudełko czekoladek w którym każda kostka ma inny smak, a pod denkiem pudełka nie ma opisu zawartości… ja nigdy nie chciałam byś poczuł ciernie owych smaków… a tym bardziej dane po części ode mnie… Wszak dar odbudowujesz w sobie i rozwijasz w pewnej mierze dzięki naszemu połączeniu…
Pamiętam, jak walczyłam z sobą nie raz czy zostać i dokończyć z Tobą podróż poprzez Twój rozwój i bytowanie w światach, czy też nie… Pamiętam, jak nie raz w nocy modliłam się bym mogła obudzić się w świecie gdzie nie ma już połączenia, wizji, istot, światów…. ale to niemożliwe… bo jesteśmy częścią wielkiego planu. Tylko czyj to plan? …
Tak, to wszystko kosztuje, mnie, Ciebie, Nas, ale też owocuje… a o to chodzi- o owoce….
Nie zatrzymuj pociągu, nie zawracaj statku… płyń….. płyńmy…

2004-06-23 08:08:23

Człowiekiem być… Refleksje

Mówi się, że człowiek to istota rozumna, która świadoma jest swoich zachowań i czynów. Powinna taka być…

Żyjemy blisko siebie przez całe życie, nie rozumiejąc siebie i nie rozumiejąc drugiego człowieka. Nie rozumiemy swojej złości, wściekłości, nienawiści – boimy się. Na złość odpowiadamy jeszcze większą złością – byle porazić przeciwnika, przestraszyć, unicestwić.

Za złością często kryje się lęk, lęk przed zranieniem, przed odrzuceniem czy porzuceniem. Wybuch agresji to zwielokrotniony strach przed samotnością, przed odrzuceniem. Jeżeli w normalny sposób nie mogę czegoś uzyskać, mogę uderzyć wściekłością, by kogoś przestraszyć i zmusić do uległości.

Gadzi móżdżek daje znać o sobie, jego funkcja jest bardzo ważna, ponieważ steruje czynnościami instynktowymi, odpowiada za bezpieczeństwo swojego właściciela. Tak było kiedyś, na początku rozwoju człowieka… Tak jest i dzisiaj…

Często gryziemy, kopiemy, niszczymy, może już nie w takiej formie, jak to robił prymitywny człowiek, któremu bliżej było do zwierzęcia, kiedy właśnie to gryzienie, kopanie i atak ratowały mu skórę, a często i życie. Używamy do tego celu rozumu – gryziemy i kopiemy psychicznie. Trochę to inna forma, ale cel osiągamy ten sam.

Często robimy to nieświadomie lub dla sportu, by się zabawić cudzym kosztem – niczym sportowiec trenujący przed zawodami. A potem znajdujemy forum – publiczność, przed którą prezentujemy swoje wyćwiczone umiejętności.

Wychodzimy na arenę i gnoimy przeciwnika, który nawet nie przeczuwa, o co w tym wszystkim chodzi. Tatuś znęca się nad mamusią w obecności swoich latorośli – niech wiedzą dzieci, jak to się robi, niech się uczą… Mamusia upokarza lub oszukuje tatusia – to też wspaniały trening na przyszłość. Kolega wykorzystał koleżankę i ma z tego radość, koleżanka wykorzystała kolegę i jest z tego dumna…

A dzieci rosną i patrzą, rosną i trenują – na kolegach i koleżankach, na braciach czy siostrach, w piaskownicy, w ławie szkolnej, a potem – gdy już dorosną – przenoszą wytrenowane zachowania na teren rodzinny, zawodowy, społeczny.

I walczą co silniejsze dorosłe dzieci w rodzinach, w życiu społecznym, zawodowym, na gruncie towarzyskim, nie pamiętając dlaczego walczą, co było powodem. Lecz walka ta daje satysfakcję i zapewnienie, że nikt nie dobierze mi się do skóry, bo wcześniej zdążę wyeliminować przeciwnika swoją bezwzględnością, wściekłością, agresją. „Ugryzłem” z taką siłą, że przeciwnik się wycofał, uległ… zniszczyłem go psychicznie… uhh, ale frajda… Jestem z siebie dumny!

Matka czy ojciec niszczy własne dziecko nie uświadamiając sobie, że niszczy nowe, młode życie przekazując mu własne strachy, własne niedobory emocjonalne – własną złość, wściekłość, nienawiść. Starsze rodzeństwo często bierze przykład z rodziców, z autorytetów.

Wszyscy jesteśmy ofiarami, ale nie znaczy, że można zostawić ten problem sam sobie, bo wszyscy mu ulegamy. Dostajemy go w spadku po własnych rodzicach, dziadkach, pradziadkach… po całej ludzkości i z nieświadomą beztroską przekazujemy dalej.

Ani Kościół, ani tym bardziej Państwo nie zajmie się uświadomieniem obywateli. Człowiek świadomy nie pozwoli sobą manipulować. Nieświadomość pozwala na manipulację, na realizację własnych planów pod płaszczykiem uszczęśliwiania ludzkości.

Ludzie czekają, że ktoś za nich załatwi to, z czym sobie sami nie radzą. Naiwnie czekają, że każdy nowy rząd, przepis czy uchwała załatwi ogólnospołeczny problem. Są nazbyt leniwi, by zacząć myśleć, żeby samemu wprowadzać zmiany – przede wszystkim w sobie, a nie w innych ludziach.

Jeżeli najpierw siebie nie zmienisz, nie zmieni się drugi człowiek. Siedzimy i psioczymy – na rząd, na Kościół, na szkoły , na sąsiada, na własne dzieci, nie zauważając, że problem czeka na rozwiązanie najpierw w nas, a nie w innych, jako że tych „innych” przecież sami tworzymy, sami kształtujemy, sami wychowujemy, których potem sami sadzamy na piedestale i… sami krytykujemy. Oceniamy w ten sposób własne „dzieło”. Krytykujemy i oceniamy siebie…

Dzieci i młodzież – najbardziej delikatny i wrażliwy materiał na kształtowanie charakterów, osobowości, z którym dorośli – lecz jakże często niedojrzali ludzie – obchodzą się po macoszemu, załatwiając przy ich pomocy własne niezrealizowane marzenia, lub próbując je realizować poprzez własne dzieci. Później psioczymy na dzieci, młodzież, że jest niedobra, okrutna. A kto ich kształtował, kto ich wychowywał? Marsjanie, cywilizacje pozaziemskie? A może bestie obdarzone cechami ludzkimi?…

Codziennie potykasz się o człowieka, którego uważasz za mięczaka, słabego i odkopujesz go z wściekłością, jak kamień zawalidrogę. Zastanów się, co robisz. Może ten człowiek przekazuje ci coś, na co powinieneś zwrócić uwagę, może ty również jesteś lekcją dla niego? Nie pomyślałeś o tym?

Mamy do dyspozycji dwie półkule mózgowe, gadzi móżdżek, szyszynkę – tyle bogactwa się marnuje.

Jakże pięknie wyraził to jednym zdaniem Prymas Tysiąclecia – Kardynał Stefan Wyszyński: „Nie sztuka urodzić się człowiekiem, trzeba nim być.”

Refleksje na temat depresji

Każda z naszych myśli materializuje się pod postacią, którą nazywamy umownie „sukcesem” lub „porażką”, przyciąga ku nam odpowiednich ludzi, którzy służą nam pomocą na naszej drodze. Niestety, pod postacią „pomocy” bardzo często rozumiemy, że ktoś wykona coś za nas. Pomoc to niekoniecznie coś, co wywołuje uśmiech radości, poczucie szczęścia, to często jest cios, ból, pod wpływem którego zmieniamy swoje poglądy, spojrzenie na daną sytuację.

Jakże często popadając w stany depresyjne, topimy się w nich, poddajemy bezwiednie ich destrukcyjnemu działaniu. Nie taki jest cel tych stanów.
Każda zmiana w świadomości wymaga odosobnienia i wycofania z życia społecznego, wymaga spokoju i ciszy. Żeby coś nowego mogło zaistnieć w naszym umyśle, trzeba najpierw usunąć, puścić to, co zbędne, co przykuwa nas do jednego miejsca. My natomiast odbieramy depresję jak coś, co nas pogrąża i pozwalamy wciągać się bezwolnie w jej otchłań.
Jeśli wiemy, czemu służy ten stan umysłu, potrafimy przetrwać ten okres obserwując siebie i zmiany, jakie zachodzą w naszej świadomości. Nie dzieje się to jednak z dnia na dzień. Rozwój świadomości to proces długotrwały, zależny od naszej otwartości i chęci przyjmowania tego, co z sobą niesie.

Kiedy zaczynamy się bać, depresja pochłania cały nasz potencjał energetyczny. Stan załamania i beznadziei pogłębia się, co niejednokrotnie doprowadza do zupełnej utraty kontaktu z zewnętrznym światem i całkowitego wycofania się. W ten sposób tracimy możliwość analizy swego wnętrza i wydobycia własnej mądrości na powierzchnię.
Gdy staramy się utrzymać świadomość siebie podczas takich stanów oczyszczających, potrafimy również zauważyć, czemu to służy – nie zniszczeniu, ale oczyszczeniu naszego umysłu z przestarzałych pojęć, które przestały nam służyć, z których po prostu wyrośliśmy.

Mówiąc krótko, depresja jest stanem, w który popadamy w chwili, kiedy nasze własne ograniczenia w postrzeganiu nie pozwalają zauważyć skutecznego sposobu rozwiązania danej sytuacji, lecz próbujemy uporać się z nią za pomocą starych i nieskutecznych – w tym wypadku – metod. Wtedy następuje proces depresyjny, który ma za zadanie usunąć przestarzałe, zdewaluowane przekonania, by na ich miejsce weszły nowe, bardziej skuteczne działania.

Kije i kamienie mogą nam połamać kości, ale słowa mogą złamać nasze serca..

Pogląd, który pomoże nam w uzyskaniu świadomych snów i śnienia

Kolejną podstawową sprawą jest posiadanie i pielęgnowanie poglądu który pomaga nam w uzyskaniu większej świadomości w snach i śnieniu.
Bez tego podejścia możemy ćwiczyć, trenować techniki itp. jednak wszystkie te czynności będą li tylko pustym działaniem nie popartą naszą wiarą w zamierzony cel.
To podejście można przenieść na inne elementy naszej codzienności, ale w tym momencie skupiamy się na temacie śnienia.
Czyli działajmy z przekonaniem, że jesteśmy w stanie to zrobić i osiągnąć to co zamierzyliśmy 😉

Fabryka snów - sztuka śnienia, bajki terapeutyczne, rozwój