Mali Święci…

Popatrz w oczy tych dzieci na wózkach, w łóżkach pryczach. Na dzieci z dłońmi pokręconymi w rzeźby, ustami węższymi od nitek, nóżkami, jak jogini po dziewięćdziesiątce i ciałkami z bliznami lub deformacjami…. Oto prawdziwi Święci. Cierpiący po cichu z wiarą w oczach, e ktoś się uśmiechnie, a przez to Bóg im powie „kocham”. Ich nikt nie wyniesie na ołtarze świętych, nikt nie powie „Mistrzu”, nikt w nich nie zobaczy Chrystusa ni Buddy, lub innego z Uświęconych. A jeśli ujrzy to tylko przez chwile, by potem odejść do swego istnienia w „normalności, a oni zostaną. Cisi i mimo swych ograniczeń wolni… Ich oczy stale mówią, nawet gdy usta milczą… Życie jest cudem. Wnętrze jest wszystkim…

2004-11-04 09:46:53

Już nie czuję lęku…

Przyjdzie czas, a odkryjesz sam, kim jestem. To będzie kolejna lekcja dla nas obojga….
Patrz tak wielu jest w jakiś ograniczeniach z niewiadomych powodów nie dają sobie nawet szansy na szczerą wolność i głębie. Jakby odkrycie ponad to, co wytłumaczalne miało ich zniszczyć. Zakłamane dzieci sztucznej cywilizacji.
Tak bardzo się cieszę, że Ty już idziesz Drogą Prawdy… Tak bardzo wierzę, że to też się uda teraz Kobiecie z zamkniętym w umyśle ogniem. Pierwszy krok wykonała… Tylko, co teraz…?
Waretchą śledzę poczynania naszych dzieci w światach. Odczuwam dumę, że wreszcie są godne miana, jakie zyskały Twoim otwarciem na Saterian. Teraz chyba musi być wreszcie dobrze….

2004-10-22 11:38:41

Próba ucieczki

Było nas kilkoro wychodzących z długiego tunelu, czas był zbliżony do późnego wieczora lub wczesnego ranka.
Zanim wyszliśmy dobiegła do nas dwójka lub trójka dzieci.
Miałem dystans do nich i nie ufałem im, można było by pomyśleć co to za miejsce, że dzieci mogą budzić nieufność.

Okazało się po chwili, że jesteśmy w czymś, w rodzaju więzienia i będziemy lada moment uciekać. Możliwe, że nie chciałem aby były przy tym wszystkim dzieci i stad moje zachowanie.
W niewielkiej odległości przy wyjściu z tunelu stało więzienne ogrodzenie, każde z nas pobiegło w swoją stronę by samodzielnie je sforsować.

Nie podobała mi się cała ta sytuacja, to tak jakby, to wszystko było nieprzemyślane i nie przygotowane, pomimo tych rozterek zacząłem się wspinać.
Ogrodzenie było trójwarstwowe, wspiąłem się najszybciej z uciekinierów, ale trzecia zewnętrzna warstwa ogrodzenia była pod napięciem, musiałem bardzo uważać aby nie zostać skwarkiem zawieszonym na drutach. W momencie jak juz znalazłem sposób na uniknięcie niebezpieczeństwa i powoli schodziłem po drugiej stronie ogrodzenia, pojawił się jakby obserwator, który stwierdził, że „głośno uciekam”.

Pomimo tego napięcie i cała atmosfera jaka towarzyszyła ucieczce nie opadła ani na jotę.
Będąc już na wolności nie wiedziałem w którą stronę mam uciekać, super przygotowanie ucieczki apropo moich wcześniejszych obaw co do całych przygotowań.
Słuchając podpowiedzi i okrzyków współuciekienierów , postanowiłem biec w stronę lasu, po obydwu stronach miałem białe ogrodzenia, tak jakby cały ten teren był wielkim kompleksem więziennym.

W pewnym momencie mój bieg staje się chodem ,nie mogę się poruszać, w pierwszej chwili nie wiem co się dzieje, niewidzialna siła utrzymuje mnie w miejscu.
Rozpacz moja i moich towarzyszy, którym się nie udało się sforsować ogrodzenia była tak przejmująca, że pamiętam ją wciąż jak żywą.

Znalazłem się ponownie za ogrodzeniem, żadnego strażnika, jakby wszystko było zautomatyzowane. Zebraliśmy się w małej grupie dyskutując o porażce i konsekwencjach, okazało się że pozbyłem się urządzenia namierzającego mnie ale jak widać to nie wystarczyło.
Przyprowadzono małego chłopca , który wedle słów moich towarzyszy był ze mną powiązany na wypadek ucieczki, gdybym uciekł jego serce by stanęło. Gdy to usłyszałem uzmysłowiłem sobie dopiero, że moje serce jest w dziwnym stanie tak jakbym zamienił się sercem z kolibrem, kto wie co by się stało gdybym uciekł.
Praca serca była ostatnim zapamiętanym elementem tych wydarzeń.

Lalkarz i marionetka…

Szukając miłości drugiego człowieka kierujemy się przede wszystkim wzorcami wyniesionymi z domu.

To, o czym piszę, nie jest próbą obwiniania kogokolwiek, zaczynam o tym mówić zwyczajnie, bo jeśli nie zacznę ja, ty czy on, nie zacznie nikt. Chcę tylko naświetlić problem własnymi obserwacjami, które nie muszą być tożsame z twoimi.

Piętnujemy ludzi o innej orientacji seksualnej, piętnujemy kaleki, ludzi z tzw.
„odchyleniami od normy”, piętnujemy Żydów, że są Żydami – piętnujemy wszystkich, którzy nie mieszczą się w szablonach normalności czy proporcjonalności fizycznej.

Każdy z nas wie o krzywdzie wyniesionej z domu, lecz będzie się bał mówić o tym na głos, żeby, broń Boże, nie skrzywdzić krzywdzicieli. Był czas, kiedy nie byliśmy w stanie się bronić, bo przypisywano nam winę za złe zachowanie, krnąbrność; kiedy udowadniano nam, jak ciężko jest wychować nieposłuszne dzieci, o czym się przekonamy, kiedy będziemy mieli swoje własne. Obwiniano nas za wszystko, czego nie byliśmy w stanie wiedzieć a tym bardziej zrozumieć. Nauczono nas szacunku i akceptacji dla przemocy nazywając ją miłością rodzicielską i troską o naszą przyszłość.

Ojciec chciał syna lecz urodziła się córka? Mama miała poczucie winy,
że nie spełniła pragnień i oczekiwań partnera? Starsze rodzeństwo kipiało nienawiścią, że urodził się bachor, z którym muszą się teraz dzielić matki i ojca miłością.

Czy zaprzeczenie tego faktu da mi odpowiedź na pytanie, „dlaczego tak się dzieje?”, albo, „dlaczego zaprzeczam?”

Zaprzeczenie to strach przed przyjęciem odpowiedzialności za to, co nosimy w sobie głęboko ukryte. Nie wiemy, co ta wiedza nam z sobą przyniesie, stąd niepewność i lęk.
Człowiek zawsze boi się tego, czego nie zna, to naturalny mechanizm, który nas chroni przed niebezpieczeństwem, czy zrobieniem sobie krzywdy. Boi się żyć teraźniejszością, chociaż właśnie dziś tworzy podwaliny pod to, co będzie miał w przyszłości, wykorzystując doświadczenia i wzorce z przeszłości, z dzieciństwa. Na tej zasadzie zbuduje dorosłe życie, stworzy rodzinę, wychowa potomstwo…

Kiedy nie wykorzystujemy organu, który jest nam dany do myślenia, jego funkcja z czasem się wyłącza, i wpadamy w sidła manipulanta. Wpadamy w sidła człowieka słabego, niedowartościowanego, który zrobi wszystko, by wykorzystać cię do budowy własnego bezpieczeństwa. I najczęściej robi to nieświadomie i w czasie, kiedy jeszcze nie jesteś w stanie się bronić.

W książce pana Wojciecha Eichelbergera „Zdradzony przez ojca” natknęłam się na bardzo trafne określenie – kastrat psychiczny – którym określił mężczyznę uzależnionego psychicznie od matki. W równym stopniu może odnosić się to do dziewcząt wykastrowanych psychicznie przez swoich ojców, matki, starsze rodzeństwo.

Budzę się…

Człowiek to nie zabawka – martwa lalka – której najpierw spętasz nogi, by nie mógł uciec, skrępujesz ręce, by nie mógł działać, zasłonisz oczy, by przestał widzieć, zakneblujesz usta, by przestał mówić, zniszczysz psychikę, by przestał myśleć. W ten sposób mamy martwy przedmiot, zdany na łaskę i niełaskę kogoś, kogo nazwę na przykład lalkarzem. Żadna marionetka sama nie potrafi się poruszać, jeśli lalkarz nie będzie pociągał za sznurki – jest na niego zdana, jest zależna.

Gdy spróbujesz wyrwać któryś ze sznurków, jaka będzie reakcja? Lalkarz nie może pozwolić, by jego kukiełka była niesprawna, nie reagowała na jego polecenia – te wyrażone i te niewyrażone…

Kim jestem, lalkarzem, czy jego kukiełką? Po części tym i tym – wszystko zależy od sytuacji i człowieka, który wszedł ze mną w związek.

Najpierw lalkarz musi poznać mechanizm działania lalki. Pociąga za nogę – żadnej reakcji. Można przymocować sznurek. I w ten sposób będzie badał ręce, oczy, język, głowę – wszędzie umocuje sznurki. Człowiek-lalka w rękach lalkarza (rodzica, rodzeństwa, przyjaciela, partnera itd.) jest ubezwłasnowolniony, zależny od niego. Nic sam nie zrobi – stał się bezwolną kukiełką. Nie dzieje się to od razu – potrzeba lat i cierpliwości, by nauczyć marionetkę odpowiednio reagować na polecenia, które będą brzmieć tak naturalnie, będą takie rzeczywiste. Na tej zasadzie działamy…

Zapytasz: – A gdzie ja jestem? Ja prawdziwy?

Jesteś. Jesteś głęboko ukryty w tej kukiełce – uśpiony – którą lalkarz stworzył, dlatego że potrzebuje bezwolnej kukiełki a nie ciebie. Potrzebuje niewolnika a nie człowieka wolnego – partnera, przyjaciela, brata, siostrę, dziecko. Boi się ciebie, dlatego poprzyczepiał sznurki, spętał cię – jesteś jego zabezpieczeniem. Na tobie zbudował swoje bezpieczeństwo, więc jak może dać ci wolność? Czy może pozwolić, byś tworzył własne życie, skoro jego życie jest zależne od twojego? To nie lalka uzależniona jest od lalkarza, to lalkarz zbudował na niej swój świat

Szukamy Prawdy. Kiedy ją znajdujemy, zaczynamy od niej uciekać na wiele sposobów. I berek zwany życiem trwa nadal – raz gonisz za Prawdą, raz przed nią uciekasz. Ta zabawa może trwać całe życie i tego nawet nie zauważymy, bo lalkarz – wirtuoz – będzie pociągał za sznurki, żebyś się nie zorientował, że żyjesz w świecie iluzji, która udaje tylko twoją, przez ciebie stworzoną rzeczywistość. Jak w teatrze odgrywasz swoją rolę i schodzisz ze sceny, by zagrać w następnym epizodzie. Jedno w tym jest najśmieszniejsze, że często gramy za siebie i za lalkarza, który za kulisami pociąga za sznurki…
Samo życie…

Klucz…

Wiele zawdzięczam i dziękuję Lunie. Dużo pomogła mi w Twojej niepamięci, nawet wtedy gdy bylem zupełnie Ci obcy.
Nie zapomnę tych chwil i tych zwrotów na pani i pan:)
W znanych miejscach wśród znanych Nam ludzi wracałaś w jakieś części…
Aż przyszedł ten moment…
Klucz Serca do wszystkiego otworzył nam drogę.
Dopełniło sie i nastąpiło przełamanie, znalazłem klucz…
Odnalazłem Ciebie, wróciłaś!
Na początku była niepewność, a później wielka radość:)
Oboje wiedzieliśmy co było stawką, o co walczyliśmy.
Wolność dla Naszych dzieci, wolność dla nich od Daru…
Przyniosłaś ze sobą kolejną część całości, która budzi się we mnie.
Odbudowuje się dzięki połączeniu, pierwszy łaczy się z drugim, dając Nowy – Połączony…

2004-06-24 10:45:30

Człowiekiem być… Refleksje

Mówi się, że człowiek to istota rozumna, która świadoma jest swoich zachowań i czynów. Powinna taka być…

Żyjemy blisko siebie przez całe życie, nie rozumiejąc siebie i nie rozumiejąc drugiego człowieka. Nie rozumiemy swojej złości, wściekłości, nienawiści – boimy się. Na złość odpowiadamy jeszcze większą złością – byle porazić przeciwnika, przestraszyć, unicestwić.

Za złością często kryje się lęk, lęk przed zranieniem, przed odrzuceniem czy porzuceniem. Wybuch agresji to zwielokrotniony strach przed samotnością, przed odrzuceniem. Jeżeli w normalny sposób nie mogę czegoś uzyskać, mogę uderzyć wściekłością, by kogoś przestraszyć i zmusić do uległości.

Gadzi móżdżek daje znać o sobie, jego funkcja jest bardzo ważna, ponieważ steruje czynnościami instynktowymi, odpowiada za bezpieczeństwo swojego właściciela. Tak było kiedyś, na początku rozwoju człowieka… Tak jest i dzisiaj…

Często gryziemy, kopiemy, niszczymy, może już nie w takiej formie, jak to robił prymitywny człowiek, któremu bliżej było do zwierzęcia, kiedy właśnie to gryzienie, kopanie i atak ratowały mu skórę, a często i życie. Używamy do tego celu rozumu – gryziemy i kopiemy psychicznie. Trochę to inna forma, ale cel osiągamy ten sam.

Często robimy to nieświadomie lub dla sportu, by się zabawić cudzym kosztem – niczym sportowiec trenujący przed zawodami. A potem znajdujemy forum – publiczność, przed którą prezentujemy swoje wyćwiczone umiejętności.

Wychodzimy na arenę i gnoimy przeciwnika, który nawet nie przeczuwa, o co w tym wszystkim chodzi. Tatuś znęca się nad mamusią w obecności swoich latorośli – niech wiedzą dzieci, jak to się robi, niech się uczą… Mamusia upokarza lub oszukuje tatusia – to też wspaniały trening na przyszłość. Kolega wykorzystał koleżankę i ma z tego radość, koleżanka wykorzystała kolegę i jest z tego dumna…

A dzieci rosną i patrzą, rosną i trenują – na kolegach i koleżankach, na braciach czy siostrach, w piaskownicy, w ławie szkolnej, a potem – gdy już dorosną – przenoszą wytrenowane zachowania na teren rodzinny, zawodowy, społeczny.

I walczą co silniejsze dorosłe dzieci w rodzinach, w życiu społecznym, zawodowym, na gruncie towarzyskim, nie pamiętając dlaczego walczą, co było powodem. Lecz walka ta daje satysfakcję i zapewnienie, że nikt nie dobierze mi się do skóry, bo wcześniej zdążę wyeliminować przeciwnika swoją bezwzględnością, wściekłością, agresją. „Ugryzłem” z taką siłą, że przeciwnik się wycofał, uległ… zniszczyłem go psychicznie… uhh, ale frajda… Jestem z siebie dumny!

Matka czy ojciec niszczy własne dziecko nie uświadamiając sobie, że niszczy nowe, młode życie przekazując mu własne strachy, własne niedobory emocjonalne – własną złość, wściekłość, nienawiść. Starsze rodzeństwo często bierze przykład z rodziców, z autorytetów.

Wszyscy jesteśmy ofiarami, ale nie znaczy, że można zostawić ten problem sam sobie, bo wszyscy mu ulegamy. Dostajemy go w spadku po własnych rodzicach, dziadkach, pradziadkach… po całej ludzkości i z nieświadomą beztroską przekazujemy dalej.

Ani Kościół, ani tym bardziej Państwo nie zajmie się uświadomieniem obywateli. Człowiek świadomy nie pozwoli sobą manipulować. Nieświadomość pozwala na manipulację, na realizację własnych planów pod płaszczykiem uszczęśliwiania ludzkości.

Ludzie czekają, że ktoś za nich załatwi to, z czym sobie sami nie radzą. Naiwnie czekają, że każdy nowy rząd, przepis czy uchwała załatwi ogólnospołeczny problem. Są nazbyt leniwi, by zacząć myśleć, żeby samemu wprowadzać zmiany – przede wszystkim w sobie, a nie w innych ludziach.

Jeżeli najpierw siebie nie zmienisz, nie zmieni się drugi człowiek. Siedzimy i psioczymy – na rząd, na Kościół, na szkoły , na sąsiada, na własne dzieci, nie zauważając, że problem czeka na rozwiązanie najpierw w nas, a nie w innych, jako że tych „innych” przecież sami tworzymy, sami kształtujemy, sami wychowujemy, których potem sami sadzamy na piedestale i… sami krytykujemy. Oceniamy w ten sposób własne „dzieło”. Krytykujemy i oceniamy siebie…

Dzieci i młodzież – najbardziej delikatny i wrażliwy materiał na kształtowanie charakterów, osobowości, z którym dorośli – lecz jakże często niedojrzali ludzie – obchodzą się po macoszemu, załatwiając przy ich pomocy własne niezrealizowane marzenia, lub próbując je realizować poprzez własne dzieci. Później psioczymy na dzieci, młodzież, że jest niedobra, okrutna. A kto ich kształtował, kto ich wychowywał? Marsjanie, cywilizacje pozaziemskie? A może bestie obdarzone cechami ludzkimi?…

Codziennie potykasz się o człowieka, którego uważasz za mięczaka, słabego i odkopujesz go z wściekłością, jak kamień zawalidrogę. Zastanów się, co robisz. Może ten człowiek przekazuje ci coś, na co powinieneś zwrócić uwagę, może ty również jesteś lekcją dla niego? Nie pomyślałeś o tym?

Mamy do dyspozycji dwie półkule mózgowe, gadzi móżdżek, szyszynkę – tyle bogactwa się marnuje.

Jakże pięknie wyraził to jednym zdaniem Prymas Tysiąclecia – Kardynał Stefan Wyszyński: „Nie sztuka urodzić się człowiekiem, trzeba nim być.”

Vendetta

W tym świecie polowano na mnie, grupa ludzi zaprzęgła do pomocy coś w rodzaju komputera. Świat był w jakieś części archaiczny niektóre urządzenia były podobne w działaniu ale ich wygląd daleko odbiegał od naszych norm jakby były prototypami w naszym wydaniu.
Komputer lub raczej jakąś maszynę licząca wspierało urządzenie które znajdowało sie na drugim pojeździe, maszyna była wielkości ciężarówki, także wszystko było „duże”.
Czas do godziny zero upływał w zastraszającym tempie, przeciwko sobie miałem ludzi i maszyny, nie wiem co miało się wtedy dokładnie wydarzyć czy miałem przestać istnieć, czy mieli jakiś inny zamiar.
Moi przyjaciele szukali sposobu na zatrzymanie tego procesu, a jak to wszystko się skończyło zostało przede mną ukryte.

Następnymi scenami były sceny zemsty, widziałem każdego swojego przeciwnika który ginął w rożnych i dziwnych okolicznościach.
Pierwszy obraz jaki widziałem, był mężczyzna prowadzący jakiś dziwny okrągły pojazd, przypominał batyskaf, przyglądał sie wskazaniom na małych monitorach, pomimo tego, że był bezpieczny w pojeździe, na nic sie to zdało, rozprysnął sie na ścianach pojazdu ,inny ginęli w podobnych okolicznościach.

Latałem tuz nad grządkami kwiatów, lawirując miedzy drzewami, lecąc tuz nad ziemia, ocierając sie o czubki traw, upajając sie ryzykiem i szybkimi zmianami kierunków.
Było to tuz obok mojej szkoły z dzieciństwa, było w niej setki ludzi, tłok na korytarzach i przed budynkiem.
Podobnie jak w innych snach coraz mniej przejmowałem sie tym, że ktoś mnie zobaczy, robiącego piruety i mającego gdzieś grawitacje.
Wiedziałem, że przez okna nie jedna osoba może mnie widzieć, a w nie wielkiej odległości dostrzegłem kobietę przechodzącą obok szkoły, która przypatrywała się moim poczynaniom, także permanentnie robiłem co chciałem bez względu na to czy ktoś jest w pobliżu, czy nie.

Syndrom Koziołka Matołka

Rozmawialiśmy sobie o przeszłości nad niewielkim jeziorkiem położonym na skalistym płaskowyżu. Towarzyszyły nam dwie wydry, które na przemian podpływały do mnie i bawiły się ze mną to skacząc, to wirując, czy podgryzając moją dłoni niczym bawiący się pies.
Przypomniałem sobie w tym momencie jak w dzieciństwie chciałem mieć za Przyjaciela wydrę, czytano mi książki, oglądałem filmy, słowem nie spełniona miłość, która może właśnie spełnia sie w tym momencie.
Grzechem było by nie wspomnieć o owadach, a było ich tysiące, siedząc na skałach nie można było uciec od wszędobylskich robaczków, które ocierały sie o nas w ilościach przekraczający wyobrażenie, hałasowały niczym armia cykad. Najmniejszy nasz ruch powodował dla nich duże zagrożenie, także nie jeden przypłacił to życiem.
Z jeziora wypływał strumień, który kierując się w dół przekraczał popękane skały, pęknięcia te odsłaniały głębokie szczeliny, z których wydobywał się dziwny dźwięk, ni to człowieka ni to zwierzęcia.
Gdy zmieniliśmy miejsce rozmowy, mogłem dostrzec jak woda jest krystalicznie czysta, bo wydry już przestały baraszkować, w niewielkiej odległości tuż na przeciwległym brzegu wyłoniło się na wpół przysypane wejście do jakieś starej kopalni.
Podszedł do mnie mały chłopczyk i powiedział z przejęciem ”A wie Pan, że nawet o tym w gazecie pisano, to jest najbardziej tajemnicze miejsce w całej okolicy”.

Ilu z nas szuka takich miejsc, tajemniczych miejsc, „skarbów”, „nieodkrytych tajemnic”, idąc w ślady Koziołka Matołka, poszukując ich po całym świecie.
Koziołek po wielkich trudach zrozumiał, że to co wydawało mu się, że jest bardzo daleko jest bliżej niż mógł sądzić.

Często to czego szukamy jest w nas samych, tylko kto by pomyślał aby szukać w sobie…

Ja – Kobieta…

Poranna pobudka, poranne śniadanie, poranny prysznic. Ależ STOP! Najpierw plemnik i jajeczko, później dwie komórki, potem cały ich szereg aż wreszcie płód. Powoli doroślej, najpierw w beciku prawie bezgłośnie.

Stopniowo coraz większa. Poprzez raczkowanie, siedzenie, pierwsze zupki, stawanie chodzenie, przedszkolne zabawy, niewinne całusy, szkolne ławki, radosne walentynki, pierwsze miesiączki, zarumienione wyznania, miłostki, miłości, samodzielne wakacje, rozkoszne uniesienia, studia, pracę, erotyczne poznanie siebie, własne raczkujące maleństwa, a może ich brak, męża czasem nieznośnego, a może i jego brak, po starość zezłoconą liśćmi klonów z dziecięcych marzeń i wianuszkiem wnucząt, choć może z piątym kotem i dziesiątym psem na dywanie.

Powolna droga pełna rozkrzyczanych bilboardów. Ogarniające zewsząd figury coraz to młodszych starych aktorek, coraz to chudszych obcych, lecz idealnych ciał. Magazyny spoglądające groźnymi oczyma, szepczące „Ty też musisz taka być”.

Od rana do wieczora, od urodzenia aż do śmierci, od początku do samego końca idealna kobieta Matka Polka, Kobieta Sukcesu, Pracownica Miesiąca, Feministka, Piękna, Dama, Kochanka, Przyjaciółka, Dziwka i Kraina Łagodności. Jedno ciało, a tak wiele dusz. Wszystko razem zmieszane, wstrząśnięte, zarumienione hormonami, zakrapiane burzą uczuć podane na talerzu wymagań. Rozkłada to Ono swe serce ciągle na nowo, by większość krytyki odebrać jako haniebny niszczycielski cios, by obrazić się nakrzyczeć, a później błagać o przebaczenie. Codziennie staje nago przed lustrem stworzonym z własnych marzeń i widzi jak dużo brakuje, a mimo to nadal przemierza kolejne kilometry własnego życia.

Budzi siebie…Budzi dzieci i męża. Śniadanie, wyprawka dzieci do szkoły męża do pracy i wreszcie poranna toaleta. Zwiększony na chwilę poziom ignorancji podpowiada, że toto w lustrze nie jest wcale przemęczone sobą ani nawet paskudne…Hmmm może będzie nawet troszkę ładne w odpowiednim świetle, makijażu, stroju przy dobrej diecie….

STOP! Natłok myśli powstrzymany i można kontynuować doskonalenie. Nieliczne posiadają komfort braku męża, komfort młodości, komfort samodzielności, komfort ignorancji dla cudzych potrzeb. Ale później prawie każda ma tak samo. Praca: praca w domu, praca w biurze, praca luźna i ważniejsza, praca, praca, praca. Obiad, może dzieci, może mąż, może zakupy, może książka, może, to, a może tamto, lecz nigdy pół godzinki spokoju.

Zawsze istnieje brak idealnej ciszy, brak chwili dla porozumienia się tych wszystkich dusz w jednym ciele. Choć nawet, jeśli chwila już jest, to albo dusze skłócone, albo tęsknota za ruchem zbyt wielka. Nawet sen późniejszy od męża poprzedzony milionami obowiązków i cichymi westchnieniami.

Niezależnie od życia – kolorowego, czy szarego – podobieństwa są znaczące.

Od samego początku, od jednej komórki złączonej z plemnikiem, po ostatnią, która się już dawno rozpadła, od wschodu istnienia aż do jego zachodu każde koło się zamyka niemalże identycznie. A wewnątrz tego koła niesamowite burze, sztormy, nieprzerwane wyładowania i kolejne dusze wciąż bez ustanku się kłócące. I tylko jedno jedyne ja, które je idealnie łączy razem, spaja i zamyka ogarniając chaos w zgrane jestestwo. Ja- Kobieta.

In memory of Bell

Bella i Sebastian

„Opis wcale nie wprowadza w błąd. To jak najbardziej o przyjaźni człowieka i bernardyna. Ale ten bernardyn, a raczej bernardynka od lat mieszkała samotnie w górach, a ten człowiek był osierocoym chłopcem, którmu dokuczały inne dzieci z wioski. Sebastianem zajmowała się Angelina i jej dziadek. Ale chłopiec czuł się samotny i wyobcowany. Jak ten pies. I ten na wpół zdziczały pies w końcu dał się obłaskawić właśnie Sebastianowi, który godzinami nocą w górach wyczekiwał na psa…

A tom drugi zawiera wątek szpiegowski, tajemniczy medalion zdaje się z mikrofilmem, który właśnie dzięki Belli da się odnaleźć.
W latach 70-tych w TV leciał serial pod tym tytułem.

Dzieciaki śpiewały piosenkę w stylu:

Za dawnych czasów jak niesie wieść
Gdzie hale owiec i wilków sześć

Wśród szczytów gór gdy padał śnieg

Mały Sebastian narodził się…

Już od najmlodszych swoich lat

Samotny był jak polny kwiat

Bo matka wnet umarła mu

Wieści o ojcu zginęły z nią

Staruszek wychowywał go, za co Sebastian kochał go
I płynie rzeka i kwitnie kwiat

Sebastianowi przybywa lat

Aż pewnej nocy gdy Bella śpi

Nadchodzą wieści z sąsiedniej wsi

Że ojciec Sebastian żyw i chce go widzieć jeszcze dziś

I od te pory szczęśliwy jest mały Sebastian i jego pies

I od tej pory szczęśliwy jest mały Sebastian i Bella jego pies…

M.in. dzięki temu serialowi w latach 70-tych był wysyp chłopców o imieniu Sebastian… :-)”

Schronienie


Dom przypominał ten z mojego dzieciństwa,  wszędzie krzątali się ludzie. Nagle jeden z domowników stwierdził, że ktoś kręci się koło domu, ktoś inny powiedział że widział jakiegoś starca.
Postanowiłem sprawdzić jakie są fakty, jeden mężczyzna  poszedł do innego pokoju przynosząc ze sobą ogromna dwururkę z odpowiednią ilością naboi jak na stado słoni. Przyniósł ją dla mnie, zacząłem sprawdzać wszystkie okna i obserwować otoczenie domu, chwilami było widać jak ktoś przemyka, ale sprytnie się maskował.
W pewnym momencie niezidentyfikowany gość postanowił się ukazać, siedziałem wtedy na krześle bawiąc się bronią. Stanął w oknie chowając się za drewnianą okiennicą, w obawie aby nie zrobić kroku dalej. Porozmawialiśmy sobie trochę, okazał się pomarszczonym karłem w nieokreślonym wieku. Nie wiem czy inni widzieli go za tej drewnianej okiennicy, spojrzeniem dziko miotał na boki. Nic tu nie wskórał, ale z tego co mi wiadomo dopadł innym miejscu kogoś mi znanego. Strach niszczy, zaufanie buduje, jeśli nie zmieni przyzwyczajeń tacy jak ten gość zrobią sobie z niego mielone…

Gdzie mnie nie poniesie…

Niedawno

Jechałem samochodem, z przewodnikiem,
przez strumienie, kamienie i inne nierówności terenu. Przejeżdżając przez rzekę obawiałem
się że samochód odmówi posłuszeństwa, poziom wody
był dość wysoki, ale co tam maszynka dzielnie przedarła się na
drugą stronę. Mieliśmy odwiedzić kogoś w tej
głuszy, ale nic z tego, przewodnik dostał wiadomość i jedziemy w
przeciwną stronę, droga wiedzie przez malownicze tereny, za oknem
dostrzegam bardzo oryginalne budowle. Dojeżdżamy na miejsce,
okazuje się że czeka na mnie kilku mężczyzn, którzy chcą
ze mną porozmawiać. Wnioskuję, że są stróżami prawa, ale
posturą nie grzeszą, widocznie mają inne atuty, lub jeszcze co
innego. Podczas rozmów okazuje się , że zależ im abym ich
skontaktował z pewną „komórką”, jednostką do zadań
specjalnych. W pewnym momencie pokazują mi
zdjęcie-obraz, wszystko jest przedstawione w zielonej poświacie,
zdobione roślinnymi elementami, dostrzegam główki dzieci
ułożone w kształcie klepsydry, na samym szczycie znajdowała się
głowa dorosłego. Zastanawiające co mógł przedstawiać ten
obraz.

Ostatnia noc

Pierwsze co można było powiedzieć,
że dziwny to świat, grawitacja była w nim znikoma. Wystarczył
mały zbiornik z powietrzem, malutka piłka, a wystarczyło do
poprawienia zwrotności, lotu, łatwości unoszenia się, czułem się
niczym samolot bojowy:D.
Dobrze, już jestem poważny, idziemy
dalej. Głównym tematem była wizyta w „Katedrze”,
potężny budynek który mieszkańcy traktowali jak arenę,
główne pomieszczenie musiało mieć z kilkadziesiąt metrów
wysokości, co za tym idzie długość była kilkakrotnie większa. W
różnych zaułkach, korytarzach, pokojach można było trafić
na przeciwnika, zadanie niby proste od po prostu wyjść z budynku.
Wszystko przy tym było misternie zdobione, gzymsy, mozaiki, ogólnie
cały styl przypominał ten z Bliskiego Wschodu. Nie zapominajmy, że
z tą grawitacją jest coś nie tak, wszyscy używali „pistoletów
odrzutowych”, więc wyobraźmy sobie jak to wpływać musiało na
rozgrywkę, przeciwnik mógł się pojawić w każdym miejscu i
zarazem jeszcze szybciej zniknąć. Adrenalina pełną parą.
Pierwsze wyjście z budynku zaliczone. Spotkałem się z grupą ludzi
którzy analizowali rozgrywkę, a zarazem wspominali sobie
rożne historie. Odwiedzałem rożne miejsca , rożnych ludzi i
wszędzie ta „grawitacja”, a raczej jej „prawie brak”;). W pewnym
momencie postanowiłem jeszcze raz „wyjść” z Katedry. Gdy
znalazłem się na miejscu wszędzie wiało pustką, mogłem
poćwiczyć odrzut, pobawić się, a zarazem markować prawdziwą
walkę, zaobserwować działanie „pistoletu”, wychodząc wróciłem
do swoich znajomych, rozmawiając wspomniałem im, że od takiej
ilości adrenaliny nie źle można się uzależnić, nic sobie z tego
nie robili. Opowiadali sobie historię jak to jeden z nich
„wychodząc” z Katedry wracał do siebie na „odrzucie”,
widocznie miał do przebycia spory kawałek, lub nie było przyjęte
używanie go poza Katedrą. Wiele spotkań, rozmów, latania w
obniżonej grawitacji, sprawdzania rożnych wielkości piłek,
balonów jak na poligonie;)

Przeniosłem się do innego miejsca,
ale zasady podobne wciąż obniżona grawitacja.

Rozległa polana, otoczona gęstym
lasem, trawa na wysokość pasa, ponuro i mglisto. Atmosfera trupia,
także teren nie ciekawy. Dostrzegam w oddali ogień, przelatując
ponad polem traw dostrzegam pod sobą w chaszczach, coś na kształt węża
i to nie małych rozmiarów, potężne cielsko z tym, że jakby
był porozcinany, zarazem nadal żył, nieciekawa sytuacja.
Sprawa z ogniem się wyjaśnia, okazał
się nim „człowiek” który wymachując czymś w rodzaju
kostura otacza się ogniem, sam nim się stając. Odbieram to jako
demonstrację siły, obserwując delikwenta z różnych stron,
skradając się pod różnym kątami poprzez gałęzie, dostrzegam
małe suche gałązki, staram się ich nie połamać. Obserwacja i
oddalenie, na nic się zdały ognista demonstracja i zwoje
martwo-żywego cielska. Spokojnie wracam ponad polem
traw, nic sobie nie robiąc ze sztuczek „piromana nekromanty”.

„Cyganie”

Czas kilku tygodni jaki spędziłem wraz z siostrą Malakai jako przewodnikiem, jechaliśmy autobusem, przed nami siedziała Rodzina Romów – mama i dwoje dzieci.
Oni wiedzą kim jestem – pada za ust Malakai.
Nie okazywali strachu, tylko lekkie zainteresowanie, spokojnie wysiedli z autobusu, rzucając ukradkowe spojrzenia w naszym kierunku.
Jak mało znamy tych którzy są obok nas.
Jak mało o nich wiemy, a to co wiemy jest tylko tym, co oni chcą abyśmy wiedzieli o nich.

Podróż małej Minio

Mała dziewczynka niosła dla mnie pewną rzecz, ale ją zgubiła i bała mi się o tym powiedzieć.
Jej starsza siostra Brygitka powiedziała, że ja „nie daję manta”, pomimo tego bała się.
Odwiedziła mnie i przyznała się do zguby, poprzekomarzaliśmy się trochę, ile to mała Minio ma latek, stanęło na tym , że jest mała i ma prawo nie umieć dobrze liczyć, a już tym bardziej różnych czasów.
Powiedziała to z gracją małego bobasa, nie jedną skałę by tym skruszyła.
Kochasz mnie braciszku? – zapytała.
Jak starszy brat mógłby nie kochać swojej młodszej siostrzyczki…

Przez całe swoje życie, podróżujemy jak mała Minio przez różne miejsca( tu wpisz sobie cokolwiek zechcesz: swoje wnętrze, swoje życie, swoje troski, radości, odpowiedzi i pytania).
Od dzieciństwa nosimy przy sobie skórzany woreczek, w którym zbieramy kawałki układanki, które składają się na nas samych.
Nie zbieramy ich aby ułożyć jakiś z góry założony obraz siebie.
Nasze doświadczenia, a przede wszystkim nasze wybory, są twórcami tego „obrazu”, sami kształtujemy nasze życie.
Jedynym, kto widział ten nasz nienamalowany obraz, obraz, który wciąż, z każdą chwilą „się maluje” – Bóg w bliskości nas, niepojętej…

Chwila z życia kropli wieczna jest w pamięci…

Czasami tak mam…majestatyczna bezgraniczność Wszechświata, a tu nagle… i mój pokładowy GPS wariuje i wszystko bierze „w łeb”…

Raz było to tak…

Wpadłem do „głowy” pewnego kloszarda i jego „bazy” gdzie się zatrzymał;), co się na słuchałem i po odczuwałem jego i tego co go otaczało…

Innym razem tak…

Czuję wiatr, stojąc na środku ogromnego placu, wpatruję się w swojego rozmówcę, przysiadł on na schodach jakiegoś pomnika, opowiadając mi o swoim życiu. Słuchając jego opowieści rozglądam się dookoła, w oddali dostrzegam kopuły Świątyń, przypominające zwieńczenia niczym jak Hagia Sophia…
Przechodzimy przez miasto, mój rozmówca pokaże mi gdzie mieszka. Trafiamy do miejsca usianego przez malutkie domki lepianki.
Klimat jest gorący, więc mieszkania są pod ziemią. Dach jego domu jest odsłonięty, a na powierzchni bawią się jego dzieci, śpiewają, machają i uśmiechają się do mnie…

Ostatnio…

Woda była krystalicznie czysta, promienie światła docierały na samo dno. Piasek czysty tu i ówdzie koralowce, otwarte morze, zarazem jakby pokój. Nad sobą w odległości kilkunastu metrów dostrzegam powierzchnię wody połyskującą w świetle słońca.
W pewnym momencie chcę wypłynąć, okazuje się że jakaś siła mi to uniemożliwia, po kilku próbach dociera do mnie fakt….
Nie żyję, podpływam do swojego ciała leżącego na dnie, sam ten fakt nie budzi we mnie jakiś gwałtownych uczuć, dostrzegam ludzi, a raczej duchy i nawiązuję z nimi rozmowę, wprowadzają mnie…. Nawet nie wiem jak bardzo chce mi się pić, dociera to dopiero do mnie wtedy gdy jakaś dziewczyna przynosi mi trochę gazowanego napoju i błogosławię ją za to „gdzie udało Ci się to zdobyć”
Później uczę się opanowywać oddziaływać na rzeczy, które zostawiłem za sobą, na tamten świat…
Uczucia jakie powstają gdy myślę, o tym do czego wrócić nie mogę…są nie do opisania.
Nie ma powrotu, to nie chwilowy wyjazd, to wieczność.
Najbliżsi…Dlaczego tak wcześnie…Przeogromna tęsknota, ale świadomość że tam nie można już wrócić tylko ją potęguje.
Ale zarazem czujesz siłę i nadzieję….”Nadzieja umiera ostatnia”

Szedłem z jakaś kobietą śmiała się widząc moje zachowanie, wznosiła oczy do nieba, gdy widziała moje wygłupy, gdy dotykałem mijanych ludzi.
Gdy dochodziłem do siebie, miałem trudności z określeniem czy jestem tu, czy tam….
Żyję, czy nie żyję…

„Prawdziwa Księga Południowego Kwiatu”

„Pewnej nocy Zhuangzi śnił, ze przemienił się w motyla…
Unosząc się beztrosko w powietrzu zapomniał, że jest Zhuangzi. Ale…
Kto tak chrapie?
Być może Zhuangzi jest motylem, być może motyl jest Zhuangzi…”

Siostra Malakai…

Tak dawno to już było
Ona przyszła pierwsza by pamięć mą rozbudzić
Ukazując to co mi nieznane i tych z dawnych wieków
Postawiłem pytanie dlaczego Ty, odpowiedź była żartem „Bo nikt inny nie chciał, ale mówiąc już poważnie odpowiednia osoba do odpowiedniej osoby…”
Siostra Cesarzowej, ciekawa świata i ludzi, poznawanie jej napędem i pasją
Ciekawe cóż teraz porabia?
Czasami jest tak, że szczegóły zacierają się w naszej pamięci, cisza nocy przywołuje i podkreśla szczegóły, a nawet gdy nie ma ciszy wiele zdarzeń odtwarza się w moich myślach.
Jej Siostra podczas pierwszego spotkania, dużo opowiadała, a ja szedłem obok zastanawiając się „a czemu ja”, „dlaczego”, podczas tej rozmowy wiele rzeczy zaczynało nabierać innych barw. Stawiając pytanie dowiedziałem się co było między innymi powodem naszego spotkania, sprawiła ta odpowiedź lekką trudność Cesarzowej…
„Jestem Matką i jak każda matka martwię się o swoje dzieci, na pewno to rozumiesz.
W przyszłości może się tak zdarzyć, że któreś moje dziecko może zginąć…”

Moje Trzecie Imię…

Rzeka mojego dzieciństwa, kąpałem się w niej, łapałem ryby, tak wiele dni spędziłem w jej pobliżu. Pamiętam jak dziś, byłem małym „szkrabem”, któremu nie chciało się iść na jakąś lekcję, bo jak tu nie iść skoro Rzeka wylała.
Jak można przepuścić taką okazję, potworzyły się zakola w których zostało uwięzionych mnóstwo ryb.
Pamiętam radość jak brałem ryby w dłonie i wrzucałem je do Rzeki. Po latach idąc jej brzegiem napisałem kilka słów….

Idę, a razem ze mną idzie rzeka
Już tyle lat idziemy razem
Już tyle lat się znamy
Kojący jej głos
Pokazuje mi prawdziwy świat
Ptaki i drzewa,
Słońce i wiatr
Pomagają jej ,a
My dalej razem wspólnie idziemy…

Ale nie o tym chciałem pisać, intencja obudziła wspomnienia, a intencję obudził fragment filmu i pewien „sen” może sprzed kilkunastu miesięcy.
Szedłem w górę rzeki swojego dzieciństwa, nie o suchej stopie brzegiem, ale jej nurtem przez środek. Łapałem siecią ryby, były różnokolorowe, kto by pomyślał że w naszych rzekach pływają tak egzotyczne ryby;)
A życie płynie i wątki się splatają, słowa, sny, wizje…

Taala…Filipek…

Filmowa historia o człowieku, który spędził prawie całe swoje życie w Wesołym Miasteczku.
Konserwował, naprawiał wszystkie urządzenia, „by było bezpiecznie”,jak to sam często podkreślał wobec swoich współpracowników.
Od momentu powrotu z wojny, żywił do końca swoich dni, pretensje do świata za przestrzeloną nogę, która uczyniła go tym kim jest.
W ostatnim dniu czynił to co do niego należy, gdy nagle okazało się, że życie kilkorga ludzi wisi na włosku, a dokładnie na stalowej linie, która z każdą chwilą stawała się coraz cieńsza.
Udało uratować się wszystkich z wysokościowej gondoli, ale nikt nie widział jednego…
Małej dziewczynki przerażonej wrzaskiem, zamieszaniem, całym tłumem dookoła, przysiadła na ziemi ale akurat w miejscu, które miało być za chwilę miejscem upadku gondoli.
Mimo usztywnionej nogi, mimo wieku, mimo wszystkiego, spieszył się by ratować Małą.
Ostatnią, rzeczą którą czuł był dotyk małych dłoni…

Ciało odzyskało sprawność, tak jakby lata całej starości uciekły, Miasteczko było opustoszałe, głos z początku przychodził mu z trudem.
Poza nim była tam jedna osoba, pierwsza, która miał ukazać mu to czego nie dostrzegał w swoim życiu.
Jak życie każdego z nas jest powiązane z życiem innych ludzi.
Pierwszy jego rozmówca człowiek dziwadło o niebieskiej skórze, który występował kiedyś w Miasteczku, zapowiedział, że spotka się jeszcze z czwórką gości.
Drugim był kapitan z czasów wojny, który wyjawił mu prawdę o przyczynie przestrzelonej nogi, i doprowadził do uwolnienia nienawiści, jaka narastała z każdym dniem życia Eddiego od momentu postrzału.
Trzecią osobą była właścicielka Wesołego Miasteczka, która otworzyła mu oczy na jego ojca, to kim był i jaki był naprawdę. Obrazy, które ujrzał odmieniły wszystko, przebaczenie otworzyło serce naszego bohatera.
Kolejne spotkanie było czymś zaskakującym, spełnieniem nadziei, ukojeniem. Wpierw zobaczył, a później poczuł ciesząc się żywą radością, ściskając w ramionach swoją żonę.
To Ich chwile…
Coraz słabszy, znalazł się nad rzeką, kamienisty brzeg rozciągał się przed nim, lekka mgła unosiła się tuż nad powierzchnią spokojnej wody.
Zobaczył małe dzieci myjące się w rzece, opadający z sił podszedł do jednej małej dziewczynki, która przywoływała go delikatnym ruchem dłoni.
Skośnooka dziewczynka wskazując na siebie powiedziała „Taala”, on zaś w odpowiedzi wskazując na siebie powiedział z rezygnacją „Przegrany”.
Z uśmiechem potwierdziła jego domysły, że jest piątą osobą z którą miał się spotkać. Nikt z poprzedników nie powiedział mu czy dziewczynka dla której zaryzykował swoje życie, czy przeżyła.
– Czułem jej małe dłonie…
– Nie, to były moje dłonie wciągnęłam Cię tu do Nieba:), nie wyciągnąłeś małej dziewczynki…
– Odepchnąłeś ją, ona żyje.
Powoli dociera do niego dlaczego rozmawiają…
Czasy wojny… krokami w szaleństwie, dłońmi trzymającymi miotacz ognia spalił kilka drewnianych domów w dżungli. Wszystko zaczynał sobie przypominać, obrazy które przemykały wyjaśniał aż nazbyt wiele.
Matka schowała swoją córkę w domu, by tam była bezpieczna.
Mimo szaleństwa tamtego czasu widział, że ktoś przemyka wśród płomieni, chciał wejść w płonący dom.
Kapitan nie miał wyjścia przestrzelił mu kolano…
To już nie ta dziewczynka, którą ujrzał nad brzegiem rzeki, jej skórę pokrywają teraz rany po oparzeniach, ich czerwień podkreśla wszystkie wydarzenia.
W wodzie jest pełno kamieni, Taala wydobywa z dna jeden większy, płaski kamień, unosi go w stronę Eddiego.
– Umyj mnie…
Zdezorientowany bohater nie wie co ma robić, jest roztrzęsiony, nieporadnie, powoli dotyka policzka pokrytego bliznami.
Woda, kamień, dotyk, troska rozmywają blizny, przywracając dziecięcą skórę.
Z uśmiechem Mała bierze go za rękę i razem zanurzają się pod wodę…
Rzeka zmienia się w niekończący się Ocean…

Kim jestem, że doświadczam ukrytego
Kim jestem…

Fabryka snów - sztuka śnienia, bajki terapeutyczne, rozwój