Integracja oddechem

Czym jest Integracja Oddechem?

Jest to proces wewnętrznego rozwoju, opartym na pięciu filarach – swobodnym oddychaniu, świadomości, akceptacji, relaksie i integracji. Skupia się na wyjaśnieniu osobistych blokad i zintegrowaniu ich, by móc wyruszyć we własną wewnętrzną przygodę i odkryć osobistą prawdę.  Dzięki uświadomieniu stłumień w sobie i delikatnym uwolnieniu od nich, zyskujemy dostęp do pełni życiowej energii, co pozwala nam mocniej cieszyć się życiem, samym sobą i relacjami z innymi ludźmi.

Czym są stłumienia?

„W głębokich pokładach pamięci tkwią wspomnie nia wszystkich doświadczeń życiowych. Doświadcze nia postrzegane jako nieprzyjemne albo traumatycz ne bywały często tłumione, aby można było sobie poradzić z sytuacją. Stłumione przeżycie staje się nieświadome, a wtedy nasza świadomość staje się o nie uboższa. Stłumienie czegoś oznacza, że trzeba trzymać to pod kontrolą, powściągać, hamować. Utrzymywanie stłumienia w ciele albo w umyśle wy maga stałego zużywania energii i prowadzi do zmę czenia, przedwczesnego starzenia się, psychoz i cho rób. Gdy na przykład napinamy mięśnie ramienia i trzymamy je napięte, spalamy energię. To samo do tyczy blokad w organizmie. Przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, przez siedem dni w tygodniu, rok po roku następuje ciągłe zużywanie subtelnej ener gii. Sen i normalny odpoczynek nie uwalniają nas od tych napięć i większość ludzi przeżywa całe swoje życie z tym dodatkowym ciężarem.” – Collin P. Sisson – „Sztuka Świadomego Oddychania”

Czym jest integracja?

Jest to scalenie i współpraca wszystkich części naszej osobowości. Zanim zintegrujemy te dyskryminowane części nas, musimy sobie oczywiście je uświadomić, gdyż niejednokrotnie są zakopane głęboko w naszej podświadomości.  Integracja polega na zaakceptowaniu tych części.

Pięć elementów integracji oddechem.

Element Pierwszy: Swobodne Oddychanie

Zasadniczo chodzi o świadomy, rozluźniony i w pełni naturalny oddech. W sesjach IO można zmieniać głębokość i częstotliwość wdechu, jednakże wydech zawsze musi być w pełni naturalny.

Element Drugi: Świadomość

Chodzi tu o skoncentrowanie na tym, co się dzieje w ciele. Nie ignorujemy żadnych odczuć płynących do nas w trakcie swobodnego oddychania – nawet  jeśli są nieprzyjemne – są to stłumienia, które wypływają do naszej świadomości.

Element trzeci: Akceptacja

W trakcie sesji obserwujemy swoje uczucia. Nie oceniamy ich, ani nie próbujemy zmieniać. Pozwalamy im być takimi, jakie są. Akceptujemy każdą formę energii przejawiającą się w naszym ciele. Taka postawa otwiera nas na zrozumienie czegoś nowego i zmianę utartych wzorców energetycznych (zjawisko->negatywna ocena->stłumienie->blokada).

Element czwarty: Relaks

Najprościej mówiąc – potrzebujemy osiągnąć głębokie odprężenie, żeby usunąć stres z naszego ciała. Zdolność odprężenia się i zaakceptowania odczuć takimi jakimi są, aktywuje proces integracji.

Element Piąty: Integracja

„Integracja oznacza tworzenie całości z oddzielo nych fragmentów; a w kontekście integracji odde chem stworzenie pełni i równowagi, które prowadzą do uzdrowienia. Oddzielone fragmenty to dziedziny naszego życia, w których doświadczamy trudności i konfliktów. Ważne, aby rozumieć, że nie ma nic złe go w rozczłonkowaniu, oddzieleniu czy wszystkim tym, co jest przeciwieństwem integracji; tyle że dezinte gracja jest sprzeczna z celem naszego życia. Innymi słowy, oddzielone fragmenty naszej osobowości nie współpracują z pozostałą częścią nas. Podobnie, nie-zgrana drużyna futbolowa rzadko wygrywa mecz.” – Collin P. Sisson „Sztuka Świadomego Oddychania”

Sesje integracji oddechem

W książce istnieje wyraźne stwierdzenie iż nie jest ona poradnikiem i jeśli chcemy osiągnąć odpowiednie rezultaty, powinniśmy przeprowadzić przynajmniej kilka sesji z certyfikowanym praktykiem IO, aż nauczymy się wykonywać to odpowiednio sami. Jeśli ktoś jest zainteresowany takimi sesjami, na stronie http://www.inteo.pl/ jest lista certyfikowanych praktyków z którymi można się kontaktować.

Krótki komentarz:

Pozwoliłem sobie zacytować pewne fragmenty, uznając, że najlepiej by w tym przypadku przemówił autor książki 😉  Niniejszy artykuł służy bardziej przedstawieniu ciekawej metody rozwoju osobistego, niż poleceniu jej (brak doświadczeń praktycznych). Artykuły zamieszczane na blogu często będą miały charakter czysto informacyjny, mający na celu zainspirowanie osób, które znajdą w tym coś dla siebie.

Na podstawie książki Collina P. Sissona – „Sztuka Świadomego Oddychania”, wyd. Medium

Religie a rozwój duchowy.

Wesołe fantazje na temat piekła :)
Strach motywacją do bycia moralnym? Nie sądzę 🙂

„Podobnie religie w dużym stopniu stawały się raczej siłą dzielącą niż jednoczącą. Zamiast prowadzić do zaniechania przemocy i nienawiści dzięki zrozumieniu podstawowej jedności całego stworzenia, przyczyniały się do wzrostu przemocy i nienawiści, do pogłębiania się podziałów zarówno między ludźmi, jak i między rozmaitymi wyznaniami, a nawet w obrębie tych samych religii. Przekształcały się w ideologie, systemy wierzeń, z którymi ludzie mogli się utożsamiać i które wykorzystywali, by wzmocnić swoje fałszywe poczucie ja. Opierając się na nich, mogli uznawać, że to oni mają rację, a inni są w błędzie, i określać swoją tożsamość dzięki istnieniu wrogów – tych „innych”, „niewiernych” lub „wyznawców złej wiary”, których zabijanie nierzadko uważali za usprawiedliwione. Człowiek stworzył „Boga” na swoje podobieństwo. To co wieczne, nieskończone, nienazwane, zredukowano do wymyślonego bożka, w którego należało wierzyć i czcić jako „swojego” lub „naszego”.

A jednak…. a jednak… mimo wszystkich szalonych czynów popełnianych w imię różnych religii, nadal z samego jej rdzenia emanuje Prawda, na którą one wskazują. Prześwieca, choć słabo, przez grube warstwy zniekształceń i fałszywych interpretacji. Szansa, że zdołasz ją dojrzeć, jest jednak niewielka, chyba że widziałeś już choćby jej przebłysk we własnym wnętrzu

Jaką rolę odgrywają istniejące religie w powstawaniu nowej świadomości? Wielu ludzi zdążyło już sobie uświadomić różnicę między duchowością a religią. Wiedzą oni, że posiadanie systemu przekonań – zbioru idei, które człowiek uznaje za prawdę absolutną – nie czyni z nich istot uduchowionych, bez względu na treść owych przekonań. W gruncie rzeczy im bardziej budujemy własną tożsamość na gruncie wyznawanych przez siebie idei, tym skuteczniej odcinamy się od tkwiącego w nas wymiaru duchowego. Wielu „pobożnych” ludzi utknęło na tym poziomie. Stawiają oni znak równości pomiędzy prawdą i myśleniem, a ponieważ całkowicie identyfikują się z myśleniem (swoim umysłem), roszczą sobie prawo do wyłącznego posiadania prawdy, nieświadomie próbując bronić swej tożsamości. Nie dostrzegają ograniczeń myślenia. Jeżeli ktoś nie myśli (nie wierzy) tak jak oni, jest on ich zdaniem w błędzie – i w niedalekiej przyszłości poczują się usprawiedliwieni, zabijając go z tego powodu. I tak postępują, nawet obecnie” – Eckhart Tolle, Nowa Ziemia, wyd. Medium

Wiele osób na ścieżce rozwoju duchowego dostrzega ograniczenia związane z różnymi religiami. Obrosły one przez setki lat warstwą tradycji i rytuałów, przykrywając istotę, stając się (tak jak jest napisane wyżej) narzędziem służącym do utożsamiania, czyli w gruncie rzeczy uciekania od własnej duchowości. Stawianie znaku równości między uduchowieniem a religią nigdy nie było zatem uzasadnione.

Przymus powtarzania

Okrucieństwo człowieka nie jest mu przydzielone z nieba, lecz powstaje w nim za przyczyną jego rodziców i wychowawców, tworzy się pod wpływem okrutnego traktowania.
Alice Miller Twoje ocalone życie

  • Czy człowiek, który upokarza dziecko i sprawia mu ból, robi to dla jego dobra?
  • Czy to dziecko, gdy dorośnie, będzie przez to lepszym człowiekiem? Czy może będzie nieświadomie szukać słabszych od siebie, by na nich odreagować swoją wściekłość za to, co mu uczyniono, gdy był bezbronny i zależny od swoich opiekunów?

Przemoc najczęściej rodzi taką samą przemoc, jakiej człowiek doświadczył w dzieciństwie, znosząc maltretowanie fizyczne i psychiczne, molestowanie czy gwałt z rąk najbliższych, którzy byli traktowani przez swoich rodziców czy dziadków w identyczny sposób, w jaki traktują swoje potomstwo, w imię dobrego wychowania i odpowiedniego przygotowania do życia w społeczeństwie.

Pytam się, w jakim społeczeństwie? W takim, gdzie – w większości – pojedynczy człowiek był bity i poniżany, pozbawiany wolności wyboru i decydowania o sobie w imię „naszego wspólnego dobra”? Gdzie oswajano go z okrucieństwem i przemocą na co dzień w myśl zasady, że to, czego się nie zauważa, nie istnieje? I takie traktowanie nauczono nas nazywać MIŁOŚCIĄ?

Jeżeli źródłem przemocy – pod każdą postacią – jest miłość, to czym jest nienawiść, wściekłość czy gniew? Które z tych uczuć jest uczuciem wyższym, które każe troszczyć się i chronić życie ludzkie?

Dziecko, które żyje cały czas pod presją musi się nauczyć wypierać prawdziwe uczucia, musi im zaprzeczyć, inaczej jego życie i zdrowie jest zagrożone – i to zagrożenie płynie ze strony osób, którym powinna przyświeca miłość i troska przy kształtowaniu osobowości małego człowieczka. A potem słyszymy, że bicie wyszło na dobre, bo zrobiło z niego porządnego człowieka… Takiego porządnego, który tę samą przemoc zastosuje przy wychowaniu swojego ukochanego dziecka?
Bardzo często ofiara staje się katem…

Potrafimy w większym lub mniejszym stopniu dzielić się radością, ale musimy również w jakiś sposób odreagować to, czego doznaliśmy a czego nie pozwolono nam wtedy ujawnić. Stłumiliśmy wściekłość na rodziców, że nami manipulowali i wykorzystywali tak samo, jak dziadkowie manipulowali i wykorzystywali ich, gdy byli dziećmi.

Dziś ktoś mi powiedział, że wszędzie widzę podstęp. Nie wszędzie, ale na pewno widzę tam, gdzie ktoś mnie próbuje upokorzyć. Traktuje z buta – jak się wyraził ktoś inny, kto jest świadkiem podobnych rozmów. Po ostatnich praktykach takiego traktowania, nie mogę pozwolić sobie na uległe podporządkowanie, bo trafiam na człowieka, który nie uświadamiając sobie co robi, stosuje słowną przemoc, ponieważ mu nie odpowiada moja osoba i to, co sobą reprezentuję. To już nie jest mój problem, z którym mam się uporać.

Sposób, w jaki rodzi się nienawiść

Nienawiść zatruwa nas tak długo, jak długo jesteśmy jej nieświadomi. Im dłużej jej zaprzeczamy, tym dłużej będziemy ją projektować na osoby niewinne, które w jakimś stopniu przypominają nam obiekt nienawiści.

Nie rodzimy się z nienawiścią w sercu, nie mamy jej zakodowanej w genach, by od razu się ujawniała z chwilą narodzin. A najczęściej towarzyszy nam przez całe życie wywołując różne dolegliwości – od psychosomatycznych po nieuleczalne choroby.

Jeżeli wiem, uświadamiam sobie, co mi uczyniono, jeśli mogę odczuć oburzenie i wściekłość na rodziców i otoczenie – emocje, które musiałam tłumić w związku z ich postępowaniem – nie będę miała potrzeby przenoszenia ich na inne, niewinne osoby, czy karania siebie za to, co naprawdę odczuwam.
Kiedy świadomie odczuwam nienawiść, nie muszę już z tego powodu szkodzić innym, ani nikogo zabijać – werbalnie czy niewerbalnie. Kontroluję to uczucie i swoje postępowanie.

Zilustruję to przykładem. Na jednym z forów pojawiła się nowa osoba, wyrażając opinię, która nie spodobała się jednemu ze stałych bywalców. Zaatakował ją niewybrednym epitetem, podsumowując jej wypowiedź. W ten sposób starał się „zabić” jej odmienne zdanie. Robimy to bardzo często nie uświadamiając sobie, że w ten sposób zostały uruchomione mechanizmy wyniesione z domu.
Kto był największym autorytetem w domu, któremu należał się największy posłuch, inaczej karał i podporządkowywał sobie innych w sposób bolesny i krzywdzący? Kto zjadliwie sączył jad autorytetu, któremu nikt nie mógł się sprzeciwić, a zwłaszcza dziecko?

Rozglądając się wokół często spotykamy ludzi głoszących wdzięczność rodzicom – a często i starszemu rodzeństwu – za to, że ich bili, znęcali się psychicznie, wykorzystywali seksualnie. Dorastając, wychowując własne dzieci stosują takie same sadystyczne metody wychowania, jakie były ich udziałem. Nieuświadomiona nienawiść zostaje przeniesiona na następne pokolenie…

Człowiek, który nawet nie jest świadomy swojej nienawiści, działać będzie pod jej dyktando. Kiedy uświadamia sobie jej mechanizmy, z biegiem czasu będzie umiał poradzić sobie z nią.
Jest nie do pomyślenia, by osoba torturowana fizycznie czy psychicznie nie czuła nienawiści do swego prześladowcy, nawet gdy okazuje się nim być rodzic, rodzeństwo czy rówieśnicy.

Wychowanie

Dziecko, które było krzywdzone i bite w dzieciństwie, będzie krzywdziło i biło w dorosłym życiu. Są to uwarunkowania wyniesione z domu rodzinnego pod wpływem metod wychowawczych, stosowanych w jego rodzinie przez najbliższych, którzy doznali identycznego traktowania od swoich najbliższych. Wynika to z doświadczeń wyniesionych w dzieciństwie.

Naszym postępowaniem kierują wspomnienia, których nie musimy pamiętać, chociaż są zakodowane w naszej podświadomości. Są one pozytywne, przyjazne, negatywne, destrukcyjne i/lub traumatyczne.
Jako dorośli rodzice jesteśmy święcie przekonani, że bicie i straszenie dzieci, znęcanie psychiczne nad nimi, ograniczanie lub wręcz niekochanie jest tym najlepszym sposobem wychowywania i dyscyplinowania nadmiernie ruchliwych dzieci, których nie potrafimy czy wręcz nie chcemy dyscyplinować w inny sposób. Brakuje nam cierpliwości, by zacząć traktować dziecko jak człowieka, usiąść i rozmawiać z nim o jego problemach, nie lekceważąc tego, co ma nam do powiedzenia, bez groźby kary za jego prawdziwe odczucia i ufność, którą nas darzą. Zaufanie i bliskość również w ten sposób się tworzy – podczas szczerych rozmów, wspólnych zabaw, wspólnego rozwiązywania problemów. A nie tylko mieszkania we wspólnym mieszkaniu.

Mało kto uświadamia sobie, że bicie, znęcanie psychiczne, manipulowanie potęguje zło, a nie redukuje go. Dorosły prędzej poradzi sobie z destrukcyjnymi emocjami rozładowując je – idąc po najmniejszej linii oporu – na otoczeniu, przenosząc je na najbliższe otoczenie, tzn. na dzieci, partnera lub obróci je przeciw sobie. Dziecko jest pozbawione w ogóle możliwości rozładowania złości, wściekłości czy nienawiści, bo łatwiej jest nam dorosłym wysłać groźbę w stronę bezbronnego dzieciaka niż nazwać te emocje po imieniu i pomóc mu je rozładować pod kontrolą, żeby nie zrobiło krzywdy sobie, a w przyszłości nie wyprojektowało tłumionych emocji i uczuć na rówieśników czy niewinnych ludzi, którzy akurat nawiną mu się pod rękę.
Dziecko musi gdzieś odreagować zabronione emocje i uczucia, których dorośli boją się okazywać, bo najzwyczajniej nie nauczono ich tego, dlatego zabraniają okazywania ich przez dzieci, które najczęściej agresję wyładują na słabszych od siebie lub kierują ją na siebie, bądź przyłączają się do band identycznie krzywdzonych, gdzie są akceptowane i gdzie czują się silne.

Nikt z dorosłych nie zapyta, dlaczego wpadło w złość, ale i dziecko nie powie, bo będzie się bało, że zostanie pobite, albo że dorosły rozwrzeszczy się na nie, niczego nie tłumacząc . Atakujemy słabszych, bezbronnych, już bez tego przerażonych krzykiem i karą cielesną, która go może czekać ze strony dorosłego. Bo przecież najłatwiej rozładować agresywność na słabszym.

Dobrą ilustracją kształtowania osobowości będzie tu film „Wolność słowa”. Obraz młodzieży z marginesu, których potraktowano jak człowieka a nie jak śmieć, nie wart uwagi.
Manipulacją i zmuszaniem do realizacji niespełnionych oczekiwań dorosłych przez dzieci jest tragiczny w swej wymowie los aktorki hollywoodzkiej Frances Forman, pokazanej w filmie „Frances”.

Wiele jest filmów czy książek opisujących losy skrzywdzonych dzieci, które opisują dorośli z własnych, choć nie zawsze uświadomionych wspomnień. Są to historie ich życia zaklęte w historiach bohaterów książek, czy filmów. Są to nasze historie.

Kłamstwo

ma olbrzymi wpływ na dzieci.
Jeśli swoim zachowaniem rodzice pokazują, że niezbyt wysoko cenią uczciwość, prawdomówność, dzieci na pewno wchłoną tę informację. To, co mówią oboje opiekunowie ma o wiele mniejsze znaczenie, niż to, co robią.

Można do znudzenia powtarzać, by dzieci były prawdomówne, że nie wolno kłamać, ale kiedy widzą, że słowa nie pokrywają się z czynami, szybko dowiedzą się, co naprawdę myśleć. Przed dziećmi nic się nie ukryje. Mają wspaniale rozwiniętą intuicję i są doskonałymi obserwatorami. Nie łudźcie się, że można coś przed nimi ukryć!

Zaczyna się od niewinnych kłamstw, które odsuwają na chwilę nieprzyjemną konfrontację, potem – kiedy się uda – życie bez kłamstwa staje się niemożliwe. Odraczamy wzięcie na siebie odpowiedzialności zasłaniając się kłamstwem, zagłuszamy, co naprawdę czujemy. A potem… potem kłamstwo staje się sposobem na życie… Strach przed wzięciem odpowiedzialności za słowa i czyny nie pozwoli na zmiany.

Pierwszymi nauczycielami w życiu dziecka są rodzice. To od nich przede wszystkim uczą się kontaktowania z innymi ludźmi. Potem ten krąg się poszerza o inne autorytety – nauczycieli, rówieśników, pracodawców.
Jeśli oboje rodziców wzajemnie przymyka oczy na własne drobne kłamstewka w obecności dzieci, wzorzec ten zostanie utrwalony w ich psychice: Tatuś okłamuje mamusię, że wypił tylko dwa piwa, a w rzeczywistości wypił z kumplem pół litra wódki… Mamusia okłamuje tatusia, że zapłaciła za nowe buciki tylko 100 złotych, gdy w rzeczywistości zapłaciła dwa razy tyle… Dziecko przynosi ze szkoły drogie markowe pióro. Na pytanie skąd je ma, odpowiada, że koleżanka mu je podarowała, że znalazło na ulicy/na przerwie między lekcjami/w szatni/w klasie itd., będąc na sto procent pewne, że ani ojciec, ani matka nie będą dociekali, skąd je ma tak naprawdę. Jest to unikanie odpowiedzialności za własne postępowanie i w następstwie – postępowanie dzieci.

Od rodziców – w pierwszej kolejności – uczymy się tolerancji lub nietolerancji kłamstwa, oszustw, mataczenia. I zawsze zaczyna się od niewinnego kłamstewka, drobnego oszustwa, naginania faktów na swoją korzyść. Te wzorce stosujemy w dorosłym życiu. Unikanie odpowiedzialności przenosząc ją na innych, to sposób na życie większości z nas. Niech odpowiadają naiwni – przypłacając zdrowiem, depresją (a czasem życiem), chcąc na siłę utrzymać zakłamany związek, w którym nigdy – lub prawie nigdy – nie było szczerości, otwartości, uczciwości – wobec siebie i wobec najbliższej osoby.
Chcąc tym sposobem utrzymać pracę, dobre relacje ze zwierzchnikami, współpracownikami brniemy w kłamstwa i zaprzeczanie, w oszustwa, przymykanie oczu na jawną niesprawiedliwość. Akceptując w ten sposób to, czego tak naprawdę nie chcemy doświadczać w swoim życiu…

Cesarzowa

To było tuż przed i na samym początku.
Trzy sny, trzy zapowiedzi-ostrzeżenia.
„karta” – grałem główną rolę zawieszony za jedną nogę o skrzydło lecącego samolotu.
ludzie – znani i ci którzy dopiero będą poznani.
„Przeciwnik w atrakcyjnej skórze” – na tamten czas nie miałem zielonego pojęcia, kto to może być, poza jednym, że nasze cele nie idą w tym samym kierunku.
Sen trzeci mógł rozwinąć się tak…
Pewnego dnia spotyka mnie zaszczyt poznania nieznajomej ze snu.
Dla jednych jest alfą i omegą, Panią życia i śmierci.
Dla wielu Matką i Przywódcą.
Dla innych niepoznaną tajemnicą, która od wieków skryta jest w cichości nocy.
Przez pierwszy czas byłem obserwowany, nie tylko przez Jej posłańców.
Chciała poznać historię mojego życia i mnie, no cóż dobry wróg, to znany wróg.
Tak to wszystko się potoczyło, że teraz jest status quo i nawet przerodziło się to w obopólną współpracę, jeśli powstawała sytuacja, która tego wymagała.
Poznałem niektórych poddanych i część Jej Rodziny.
Córki…których wysokie urodzenie różne miało przejawy.
Pierwsza chciała zmieniać odwieczne Prawa, z takim zapałem, że mało kto ją mógł powstrzymać, jeśli siła nie była drogą do sukcesu to potrafiła stworzyć sytuację, która gwarantowała jej sukces.
Oczywiście co nie znaczy, że w momencie kiedy nie tak realizowały się plany, nic nie stało na przeszkodzie by wyżyć się na jednym zamku Matki i trochę go zdewastować;)
Druga była rozdarta pomiędzy dwoma Światami, który by nie wybrała zawsze byłaby inna.
Pachniała charakterystycznie i delikatnie ale…słynęła z dobrego miecza, nie jeden się o tym przekonał, pozory czasami mylą;) Jej Matka pokazała mi jej obraz co nie w smak było mojej rówieśniczce, przeliczając na odpowiedni „czas”. Później zrealizowaliśmy razem kilka pomysłów, śmiejąc się z samych siebie.
Ostatnio poznałem Trzecią, ale nie było czasu na dłuższą rozmowę, wyjaśniła mi tylko pewne sprawy.

Sen, czy to wszystko mi się śni…a może pod płaszczem delikatnej mgły ukrywa się coś więcej?
Może tam gdzie pozwalamy prawdziwie oddychać sercu, odsłaniamy delikatny woal, dostrzegając wyjątkowości życia, które nie jest ograniczone, wolne i jakże wspaniałe bo zwyczajne;)

2006-01-05 00:32:06

Kheper-u

Ostanie piętro wieżowca, rozległy apartament, dwie osoby mężczyzna i kobieta prowadzą dyskusję.

Nagle docierają do nich sygnały, że coś się dzieje, wokół mieszkania niezidentyfikowani wrogowie, podchodzą z różnych stron wieżowca, po schodach przeciw pożarowych. Lokatorzy biegną w stronę najbliższych atakujących…

Rozmawiam z osobą , która ukrywa swoją tożsamość. Neutralna,  ale zarazem bliżej jej do Przeciwników.

-„Przyglądam Wam się już od dawna”

Czarny statek i oczekiwanie na kapitana, który oprowadzi mnie po nim.

Poszycie i kształty wskazują na nowoczesny wojenny statek, z nadejściem kapitana przenoszę się do wnętrza statku. Po chwili spore zaskoczenie, taki statek, a wewnątrz w niektórych miejscach ściany są ceglane i wyprowadzone sklepienia. Gdzie nie gdzie można nawet dostrzec kominek, wszystkie te elementy nadają specyficzny klimat, na zewnątrz bojowość i gotowość do walki, a wewnątrz bezpieczeństwo i ciepło domowego ogniska, z którego korzystają ludzie zgromadzeni w tym momencie na statku.

Polana w lesie, a w środku niej znajduje się otwór z którego wychodzą stalowe głowy smoków.

Głowy koloru patyny, podkreślający ich wiekowość, jedna za drugą, wciąż kolejne wyskakują jakby to były głowy hydry lernejskiej, odcinasz jedna, wyrasta następna.

Jedna za drugą, wciąż kolejne…

Odbiegam od tej „niekończącej się historii” w trakcie biegu prowadzę rozmowę z tymi których reprezentował symbol „stalowych smoków”.

” Teraz będziemy w każdym którego będziesz mijał na ulicy” od razu dla porównania przypomniała mi się scena z filmu „W sieci zła”.

Wciąż biegnąc myślę o tym aby ostrzec innych, przeskakuję płot i inne napotkane przeszkody.

Widzę swoją lewą dłoń, na której dostrzegam kilka symetrycznych nacięć tworzących koło, nie jest to płytka rana. Dostrzegam sporej wielkości żuka , o wielobarwnym żółto czarnym podbrzuszu , budzący moje skojarzenie ze skarabeuszem. Chodzi po krawędzi rany, chwilami wchodząc głębiej pod rozciętą skórę, budzi to moją odrazę, i chcę go jak najszybciej wyjąc z rany.

Okazuje się że nie jest to takie proste, ciężko go złapać i goni mnie czas, a jeśli nawet go uchwycę wyślizguje mi się z palców.

Wiedząc, że nie mogę go łapać w nieskończoność, a każda chwila jest bardzo cenna, a on wciąż chowa się pod powierzchnią, decyduję się na zmiażdżenie „skarabeusza”, rozgniatam go palcem, naciskając rozciętą skórę.

Długi górski stok i radosny lot, zakrawający na szaleńczy;) Zakręty, krajobrazy, dużo uśmiechu i dobra zabawa i jeszcze większa prędkość.

Niektóre z tych „snów”, wyjaśniły się na jawie, ale jeszcze nie do końca.

Poznałem dzięki nim jak moja świadomość ukrywa niektóre sprawy przede mną, te najbardziej drastyczne ukrywa, a jeśli już to pokazuje je w wysublimowanej formie co nie znaczy, że przyjemnej.

Przeprowadziłem kilka rozmów, z których dowiedziałem się, że znów włożyłem kij w mrowisko.

Dowiedziałem się trochę o sobie, ale to trochę z motywowało mnie do jeszcze większego wysiłku w stronę głębszego poznania samego siebie.

Sprawa „Skarabeusza” wciąż trwa i czeka na swoje pełne wyjaśnienie.

Pułapka

Relacje rodziców i dzieci przeważnie polegają na okazywaniu przez dzieci szacunku i czci rodzicielom, a przede wszystkim na wybaczaniu im wszystkiego, czym częstują swoje pociechy żeby je zdyscyplinować, zmusić do uległości i posłuszeństwa. Rola rodziców najczęściej ogranicza się do stosowania dyscypliny i kar nakładanych na nieposłuszne, nadmiernie ruchliwe, „krnąbrne” dzieci. Mało kto zwraca uwagę na nierówność tego układu. Jedna ze stron ma całą władzę – fizyczną, emocjonalną, intelektualną, druga ze stron jest bezsilna, wrażliwa, zdana na łaskę i niełaskę opiekunów.

Sądzę, że różnice między prawami rodziców i prawami dzieci dobitnie ukazują, jak ta władza jest traktowana i używana.

W tym miejscu zacytuję opowieść człowieka, który zgłosił się na terapię, ponieważ rozpadało się małżeństwo z powodu jego niepohamowanej złości, którą odreagowywał na żonie…

„Oczywiście, że ojciec mnie bił, ale robił to tylko dlatego, żeby utrzymać mnie w dyscyplinie. Nie kojarzę, co to ma wspólnego z rozpadem mojego
małżeństwa…

Człowiek ten uważał, że miał wspaniałego ojca, ponieważ gdyby nie on, nie zostałby wziętym lekarzem. Ich stosunki popsuły się, gdy młody lekarz oznajmił ojcu, że zamierza zająć się medycyną holistyczną i dołączyć ją do swojej praktyki lekarskiej.

Ojciec zareagował agresywnie wygłaszając mowę, że nie po to łożył na jego wykształcenie, by w rezultacie syn został znachorem. Powiedział również, że ma zapomnieć, iż kiedykolwiek należał do rodziny…

W ilu domach tak się dzieje? W ilu domach łamana jest wola dziecka (krzykiem, biciem, przemocą psychiczną, intelektualną) tylko dlatego, że rodzice w okrutny sposób realizują własne potrzeby czy wyobrażenia, nie biorąc pod uwagę, że dziecko nie jest ich wyłączną własnością i nie ma obowiązku spełniania oczekiwań rodziców, ale ma obowiązek realizować własne życie, w czym powinni mu pomóc opiekunowie.

Rodzic powinien być przewodnikiem dla swojego dziecka, przekazać mu dostępną wiedzę i pomóc w rozwoju zdolności.

Nic na siłę. Rozmowy, tłumaczenie, dyskusje między rodzicami i dziec-kiem są jak najbardziej potrzebne, ale decyzję i odpowiedzialność za nią ponosi młody człowiek, ucząc się w ten sposób – pod okiem rodzica – decydowania o sobie ale i również ponoszenia konsekwencji tych decyzji.

Dziecko, które rośnie przy zawistnym, stosującym przemoc psychiczną – a często i fizyczną, narcystycznym rodzicu (i/lub starszym rodzeństwie), które nieustannie znajdowało uchybienia w każdym jego działaniu (a jeśli zachowanie lub dokonanie dziecka było bezbłędne, spotykało się ono z kompletnym brakiem zainteresowania i milczeniem), wyrośnie ono na człowieka, który zamiast wcielać w życie swoje pomysły, ambicje i marzenia, będzie podchodzić do życia obronnie, bojąc się ryzyka oraz zaszczepionej mu w dzieciństwie, nieuchronnej nagonki wewnętrznego krytycyzmu i poniżania…

W ilu domach najpierw wyręcza się młodego człowieka we wszystkich pracach domowych, w podejmowaniu – odpowiednich do wieku dziecka – decyzji mówiąc, że jeszcze zdąży się nauczyć, a potem podnosi się krzyk, że młodzież nic nie potrafi, jest nastawiona tylko na konsumpcyjny styl życia nic z siebie nie dając, bo wychodzą z założenia że im się wszystko należy.

Młode zwierzęta osiągają bardzo szybko dojrzałość. Ich opiekunowie uczą je sztuki przetrwania i na tym ich rola się kończy – młode zwierzę musi umieć wywalczyć swoje miejsce, by przetrwać.

Ludzkie dzieci do osiągnięcia pełnej dojrzałości potrzebują długich lat. Czasami tej dojrzałości nigdy nie osiągają i to często nie z własnej winy. Rodzice, kosztem dzieci, zapewniają sobie przedłużenie własnej tożsamości, realizują swoje marzenia czy ambicje, których sami nie zrealizowali w odpowiednim ku temu czasie, ponieważ też byli wykorzystywani do realizacji potrzeb swoich rodziców.

Czego nie nauczy się dziecko, dojrzały człowiek umiał nie będzie – czy to zadbanie o własny byt, pracę zawodową, podejmowanie jakichkolwiek decyzji, czy też okazywaniu uczuć i emocji bez szkody dla niego samego i dla innych. Nagromadzoną złość w latach dzieciństwa często projektujemy na inne osoby, które podświadomie utożsamiamy z którymś z rodziców (starsze rodzeństwo też ma w tym swój udział). Cytowany powyżej lekarz odreagowywał swoją złość (na ojca) na najbliższej mu osobie – na żonie. Szokiem było dla niego, gdy przy pomocy psychoterapeutki odkrył ten fakt.

Dziecko, które rośnie przy zawistnym, stosującym przemoc psychiczną – a często i fizyczną, narcystycznym rodzicu (i/lub starszym rodzeństwie), które nieustannie znajdowało uchybienia w każdym jego działaniu (a jeśli zachowanie lub dokonanie dziecka było bezbłędne, spotykało się ono z kompletnym brakiem zainteresowania i milczeniem), wyrośnie ono na człowieka, który zamiast wcielać w życie swoje pomysły, ambicje i marzenia, będzie podchodzić do życia obronnie, bojąc się ryzyka oraz zaszczepionej mu w dzieciństwie, nieuchronnej nagonki wewnętrznego krytycyzmu i poniżania…

Przemoc na co dzień…

dziecko Dużo mówi się o przemocy w rodzinie – tej skrajnej, w patologicznych rodzinach – ale niewiele pisze się czy mówi o codziennej przemocy
w rodzinie wobec małego, starszego czy nastoletniego dziecka, wynikającej
z nieświadomości rodziców i rodzeństwa, którzy również zaznali tej przemocy we własnym dzieciństwie.
Nie próbuję w żaden sposób umniejszać zasług, które im się należą, ale nie chcę już milczeć tylko dlatego,że to społeczne tabu.

Gdy rozpoczynam ten temat w dyskusji, od razu podnosi się krzyk, że nic nie rozumiem, bo… nie masz dzieci,nie masz rodziny, ty nic nie wiesz.
Kto nie rozumie? Kto boi się, że będzie mu zwrócona odpowiedzialność za to, co robi czy zrobił własnemu dziecku, młodszemu bratu czy młodszej siostrze? Co wpłynęło na zaburzenie osobowości młodego człowieka, kiedy w okresie dorastania raz po raz słyszał: „jesteś głupi!”, „a co ty tam wiesz!”, „nie bądź taki mądry!”, „weź przykład z (tutaj wpisz imię), jaki jest grzeczny, mądry, jak dobrze się uczy, jaki jest zaradny”.

Codzienne tego typu sugestie potrafią zniszczyć tożsamość czy wartość człowieka
w jego własnych oczach.
Co skłania człowieka do bezwzględności wobec innych, do wykorzystywania słabszych czy bezbronnych?
Co nauczyło nas być nieufnym, czy wręcz wrogim wobec drugiego człowieka? Skąd w nas tyle agresji wobec siebie i wobec innych?
Skąd w nas tyle  obojętności wobec bólu i krzywdy?

Rodząc się wszyscy mamy jednakowe szanse na dobry start w życiu. Jesteśmy radośni, twórczy, pełni wspaniałej energii, którą tak uwielbiają dorośli a dzieci tak chętnie dzielą się nią z całym otoczeniem, nie wyłączając
pluszowych przytulanek, czy zwierząt. A potem gdzieś to z biegiem czasu ginie – dlaczego?

Co niszczy to wszystko, co tak uwielbiamy u maluchów, co po latach objawia się u nich nieśmiałością, krytykanctwem, niezdrową rywalizacją dążącą do zniszczenia przeciwnika? Co nieagresję nazywa słabością, bezbronnością? Co to jest, co każe nam niszczyć naszego dyskutanta, bo ośmielił się mieć inne zdanie, inne poglądy od naszych?

Programowanie biokomputera

Wielu z nas z pewnością zastanawia się, jak działamy, jaki wpływ mają na nas sugestie z lat dzieciństwa, środowiska, w którym wyrastaliśmy. Dlaczego jednym wszystko gładko przychodzi, innym zaś jakby ktoś rzucał kłody pod nogi. Dlaczego jedni są bardziej asertywni, inni nieśmiali, czy gburowaci.

Jednym się wszystko udaje, innym rozsypuje w rękach.

Jeśli znasz się na pisaniu programów dla komputerów, ten problem masz z głowy, ponieważ wiesz, jak taki program powstaje i zanim go zaczniesz pisać dokładnie planujesz, jakie ma spełniać wymagania, jak ma działać.

Co w nim zapiszesz, to będzie uruchomione. Starasz się przewidzieć, co ma wykonywać, a podczas pisania sprawdzasz go na obecność błędów. Kiedy program jest gotowy podpisujesz się pod nim i bierzesz całkowitą odpowiedzialność za jego działanie.

Do pisania programów komputerowych potrzeba wiedzy, konsekwencji i cierpliwości, zdolności przewidywania i trzymania się ścisłych procedur programowania, logicznego myślenia.
Przy wychowywaniu dzieci rodzice nie mając wiedzy ani świadomości, jak ich pociechy będą w przyszłości funkcjonowały, piszą program wychowawczy swoich dzieci według własnych wyobrażeń.
I różnie to później wygląda…

Kiedy rodzi się pierwsza pociecha, rodzice często są wystraszeni, nie wiedząc jak z takim człowieczkiem postępować. Dziadkowie są uszczęśliwieni, że mają wnuka. Wtedy zaczyna się odpowiednia tresura. Rodzice są zdominowani przez własnych rodziców, bo przecież oni nas wychowali i wiedzą jak to się robi, ale nie zauważamy, jak często już na samym początku dochodzi do krzywdy tego, który jest pośrodku – dziecka.
Babcia z dziadkiem rozpieszcza, bo na swoje dzieci nie mieli czasu zajmując się zapewnieniem bytu rodzinie, prawowici rodzice natomiast zaczynają malucha dyscyplinować, bo jest nazbyt spontaniczne, a to działa na nerwy, budzi zniecierpliwienie.
Walka rodziców i dziadków odbija się na dziecku, które w tej sytuacji jest zdezorientowane, bo dziadkowie pozwalają na wszystko, mama i tata zakazują.

Przykładem niech tu będzie trochę zmodyfikowana sytuacja, obrazująca takie postępowanie.
Dziecko jest u dziadków „na służbie”, bo nie było miejsca w przedszkolu, zresztą dziadkowie lepiej się zajmą wnukiem. Dziecko bawi się zabawkami u dziadków, rozwalając je po całym mieszkaniu. Przychodzi czas powrotu do domu, babcia zbiera porozrzucane zabawki, bo wnuczek jest właśnie na etapie mówienia NIE wszystkiemu i wszystkim. Babcia i dziadek wychodzą z założenia, że wnuczek z tego wyrośnie i ustępują mu na każdym kroku.

Gorzej się ma sytuacja z rodzicami. Oni już nie są tak tolerancyjni, nie mają ani czasu ani ochoty denerwować się humorami pociechy. Jest rozkaz pozbierania zabawek bez dyskusji, a jak nie, to groźba, że zabawki wylądują w śmietniku albo będą oddane dzieciom sąsiadów. Jest to sekwencja zapisana w programie dziecka – nie wolno okazywać rodzicom buntu, bo mnie ukarzą, a najczęściej mama powie, że mnie nie kocha, odpychając od siebie. Takie postępowanie to upadek w przepaść przerażenia. Dziadkowie pozwalają, rodzice zabraniają – kogo mam słuchać?!
Jest to zapis, który będzie działał w przyszłości.

Rodzina powiększa się o następnego potomka.
Mama zajmuje się niemowlakiem nie pozwalając starszemu dziecku zbliżać się do malucha, bo skrzywdzi maleństwo, albo nie daj Boże upuści na podłogę…
„Mama mnie nie kocha, bo ma nowe dziecko”. Jest to rozumowanie dziecka, którego nie przewidują dorośli. W ten sposób uczy się nienawiści, złośliwości, które będą rekompensować brak uwagi ze strony rodziców czy dziadków. Odbije się to na młodszym rodzeństwie.

Jest to następny zapis, który da znać o sobie już w bliskiej przyszłości, podczas wspólnych zabaw, przekazaniu opieki nad młodszym dzieckiem starszemu z rodzeństwa, bo rodzice znów zajmą się zabieganiem o lepszy byt dla całej rodziny.
Dzieci przejdą pod opiekę dziadków, gdzie sytuacja z domu znów się powtórzy – więcej uwagi dostanie młodsze, starsze będzie myślało, że całą miłość straciło na rzecz młodszego. Nikomu z dorosłych do głowy nie przyjdzie zaangażować starsze dziecko do pomocy, kiedy uczy się współistnienia z powiększającą się rodziną o nowych jej członków.

I tak, sytuacja po sytuacji, powstaje program wychowania potomka w rodzinie, potem dojdą przykłady z przedszkola, szkół. I taki gotowy „program” zapisany w młodym, dorosłym człowieku zaczyna żyć własnym życiem, który nie uświadamia sobie, jakie zapisy są zmagazynowane w podświadomości, które uruchamiane są w zachowaniach i reakcjach młodego człowieka. Dziwimy się potem, że coś nam nie wychodzi, że nie potrafimy sobie radzić w życiu jak kolega/koleżanka z pracy, że „koleżanka jest taka bezczelna i awansuje, dostaje podwyżki a ja jestem sumienna, nie pyskuję do szefa i jestem stale pomijana” – dlaczego?

Magazyn podświadomości jest pełen takich zapisów, których nie pamiętamy, a które oddziałują na nas w ten czy inny sposób. Dotrzeć do nich to zmienić zapis w programie naszego biokomputera.

Blaski i cienie


Kiedy uczeń jest gotowy, pojawia się Przewodnik, który poprowadzi go tam, dokąd zmierza cała ludzkość.


Wchodząc na drogę rozwoju duchowego, nie zdajemy sobie początkowo sprawy, że w pewnym momencie prowadzi nas ona do podziemi, szczelnie osnutych pajęczyną czasu, gdzie przechowujemy swoje niewykorzenione przesądy, kompleksy, lęki, strachy i zachowania zwierzęce.
Być może zapytasz, dlaczego wchodząc na tę drogę ujawnia się nasza próżność, pycha, nietolerancja, zawiść, zazdrość, pogarda, brak zdolności wybaczania, mania wyższości? Dlaczego, wkraczając na tę ścieżkę rozwoju stajemy się gorsi niż byliśmy? Niestety, nie zaobserwowałam, aby komuś udało się ominąć ten etap. Jest on niezbędny, jak niezbędnym staje się opanowanie przez zeroklasistę alfabetu i cyferek, aby na ich podstawie zaczął budować i rozbudowywać swoją dalszą wiedzę.

Nie jest to łatwa podróż – nie na początku – pełna naszych nieakceptowanych, ciemnych części osobowości, nielubianych części nas, skrzętnie skrywanych przed ludźmi i światem… Zresztą, droga ta nigdy łatwa nie była, zwłaszcza w początkowej fazie, wymagająca od nas dzielności, odwagi, olbrzymiego hartu ducha i niezłomnej wiary, że podołamy. Na drodze tej jesteś tylko ty i twój Przewodnik (Anioł Stróż, Opiekun, Mistrz – nieważne jak Go nazwiesz), bez Niego taka podróż jest po prostu niemożliwa.

Zanim rozpoczniesz prawdziwą podróż w głąb siebie, przeżyjesz ze swoim Przewodnikiem najcudowniejszy okres, kiedy na początku pokaże ci twoje nieznane możliwości, doświadczysz niewysłowionego szczęścia i radości. Poprowadzi cię w głąb twojej wewnętrznej istoty, żebyś mógł wszystkimi zmysłami odczytać Jego intencje, sugestie, podszepty, głosy lub myśli, i dostosował się do nich. Doprowadzi cię do integracji, zharmonizowania, dostrojenia i zjednoczenia z Nim. (Jest to mniej więcej okres, kiedy po praktykach stymulujących umysł, bazujących na wschodnich [i nie tylko wschodnich] metodach jesteś tak przepełniony energią, że aż cię od środka rozpiera. Dotyczy to również innych technik i metod pobudzających oczyszczanie wewnętrzne.) Zjednoczenie was obu jest niezbędne, dlatego że po okresie ekstazy i uniesień, rozpocznie się prawdziwy rozwój, prawdziwa praca nad sobą. Najczęściej wtedy dochodzi do przestrachu i zagubienia z braku wiedzy, i przerażeni zarzucamy to, co sami nieświadomie sprowokowaliśmy.

Lecz gdy jesteś z nim doskonale zsynchronizowany, podporządkowujesz się z własnej nieprzymuszonej woli i zaczynasz ufnie podążać za Nim. Dopiero później uświadomisz sobie, że z Przewodnikiem tworzysz nierozłączną całość, ponieważ już nigdy nie pozbędziesz się Go, ani Jego prowadzenia.

Bardzo często będziesz miał chęć zerwać z Nim, zwłaszcza w początkowych etapach zagłębiania się w sobie, kiedy nie wiedząc, co się dzieje, winą obarczać będziesz swojego Przewodnika za swoje zachowania i reakcje. W kontaktach z innymi ludźmi wyłazić będą z ciebie negatywne cechy charakteru, zachowania prostackie… Zastanawiać cię będzie czy to jesteś ty, czy ktoś w tobie tak działa, tak reaguje… Przewodnik odzwierciedli ci w ten sposób to, co zepchnąłeś w głąb siebie, ukryłeś przed sobą i światem, czego się w sobie wypierasz. Będziesz miał wrażenie, jakby cię ktoś ubezwłasnowolnił i zmusił do działania pod przymusem.

Takie właśnie momenty mają dać ci dowód, że jest w nas ukryta również osoba prymitywna. Będziesz robił pod presją to, co cię będzie później bardzo bolało, czego będziesz się wstydził.
Zmuszając cię do takich reakcji Przewodnik pokazuje negatywne cechy twojego charakteru i kompleksy, które tak starannie schowałeś w sobie, że nawet nie domyślasz się ich istnienia. Chociaż będziesz buntował się przeciw takim metodom, dobrze będziesz wiedział, że nie jest to po to, by cię unicestwić, lecz po to, by cię wzmocnić, zahartować; pokazać, co jeszcze tkwi w tobie niechcianego, zepchniętego w głąb, do czego nie masz ochoty się przyznać przed nikim, nawet przed sobą.

Twój rozwój duchowy jest jak wspinaczka po drabinie na coraz to wyższe szczeble, którym są poziomy rozwoju wyższej świadomości. Jest to wyzwanie nie tylko dla ciebie, ale i dla przyszłych pokoleń. Gdy twoje „JA” pokonuje kolejne szczeble rozwoju, może doznać różnego rodzaju uszkodzeń. Powstaje wtedy patologia, która zakłóca proces rozwoju. Skutki tych zakłóceń wpływają na osobowość człowieka i są udziałem nas wszystkich.
Patologia ta stwarza chorobową zmianę świadomości, co prowadzi do wypaczenia całego dalszego rozwoju na wszystkich poziomach. Dochodzi wtedy do konfliktu w odbiorze świata, który – w pewnym momencie – zamienić się może w wewnętrzną wojnę, zabierającą ci tyle sił i energii, że o duchowym rozwoju możesz tylko pomarzyć.

Większość ludzi, zanim osiągnie dojrzałość, w takich wewnętrznych konfliktach traci prawie połowę swojego potencjału rozwoju „JA”, kiedy pierwszy stopień wymagać może czasem ponad połowę naszego potencjału, który zabieramy ze sobą inkarnując się na Ziemi. (Inkarnując się w materialnym świecie dusza zabiera ze sobą tylko taki zasób energii, jaki jej będzie potrzebny na czas życia. Jeżeli zapas ten w większej części zostanie zużyty na początku życiowej wędrówki – ponieważ warunki, w jakich się urodziła, wymagały tego – popada w konflikty wewnętrzne i zewnętrzne.)

Żeby odzyskać utracony potencjał, często stosuje się różnego rodzaju techniki psychoterapeutyczne, pozwalające przywrócić to, co utraciliśmy w dzieciństwie i w okresie dorastania, pod wpływem wychowania i środowiska, w którym przyszło nam żyć. Poddając się technikom psychoterapeutycznym (np. rebirthing, regresja, hipnoza, psychoanaliza i in.) dochodzi do scalenia pogubionych po drodze cząsteczek naszej prawdziwej osobowości, naszego „JA”. Jest to przecież praca nad ułomnościami naszego charakteru, czyli zejście do podziemi i odzyskanie utraconego potencjału, utraconej mocy tam uwięzionej, tak potrzebnej, aby móc iść dalej. Dlatego rozwój osobowości – z pomocą psychoterapeuty czy twojego wewnętrznego Przewodnika duchowego – nie może wyeliminować stadium, na którym zachowanie twoje staje się gorsze niż było.

Oczyszczając i doskonaląc swoją psychikę, wchodzisz w obszar zwany psychoterapią. To, ile na tym skorzystasz, zależeć będzie od prowadzącego, jego umiejętności i zasobu wiedzy. Wydaje mi się, że najbardziej fachowej pomocy może udzielić ci twój Przewodnik, jednak nigdy nie będzie on psychoterapeutą, nie zastąpi ci obecności profesjonalisty, w szczególności, kiedy nie jesteś świadom, do czego tak naprawdę dążysz.

Najczęściej jednak ty sam jesteś dla siebie psychoterapeutą. I to z przymusu, bowiem twój Przewodnik będzie kierował cię w różne sytuacje wychowawcze tak długo, póki nie odzyskasz utraconego potencjału. Ból, który przeżyjesz i świadomość powtarzalności tych sytuacji zrobią z ciebie dobrego psychoterapeutę. Bez niczyjej pomocy wyłapiesz reakcje, które będą nieadekwatne do sytuacji i samodzielnie ocenisz je z poziomu dzisiejszej świadomości. Sam również nauczysz się właściwych reakcji, odpowiednich do twojej, o wiele szerszej wiedzy o życiu.

Trudno tu nie spostrzec roli Przewodnika. W sytuacjach, w które cię wciągnie, obniży twój stan świadomości. Będziesz się czuł, jakbyś działał pod dyktando, ale będzie to tylko dyktando twoich małych, opóźnionych w rozwoju jaźni. Oznaczać to będzie, że Przewodnik wprowadził cię w taki sam stan świadomości, jaki był przed laty, kiedy zaledwie powstawała blokada czy kompleks. Dopiero, kiedy ujrzysz swoje wady z wyższego poziomu świadomości, łatwiej ci będzie je odrzucić. Twoja patologia ukaże ci się w najczystszej postaci – prostackiej i niesmacznej. I właśnie takim będzie twoje zachowanie – prostackie i niesmaczne.

Twoja świadomość jest obecna również w stanie świadomości niższego poziomu i działa tak, jak reflektor, oświetlając najciemniejsze zakamarki twoich podziemi wydobywając z ciemności wszystkie ułomności nie do końca rozwiniętych jaźni. Jednak to nie twoja nowo odzyskana świadomość będzie osądzała, ile skorzystałeś na tych sytuacjach wychowawczych, ile ciemnych zakamarków psychiki wysprzątałeś i oświetliłeś. To nie ona osądzi, na ile zwiększył się twój potencjał rozwoju i nie ona zdecyduje o końcu tej podróży.

Gdyby ona to oceniała, twoja podróż zakończyłaby się przy pierwszej sytuacji wychowawczej i do następnych już by nie doszło. Jednak ocena należy do Przewodnika. To On decyduje czy prawidłowo odczytujesz sens sytuacji wychowawczych i czy wyciągasz z nich właściwe wnioski. Przypuszczalnie to On zaliczy ci pracę nad jakąś konkretną ułomnością charakteru, albo nawet i całą podróż. Również to On wpakuje cię w coraz to dotkliwsze sytuacje, jeśli okażesz się krnąbrnym, bezrozumnym i upartym uczniem, idącym z lenistwa po najmniejszej linii oporu – wstrzymując swój własny rozwój i rozwój pozostałych współtowarzyszy ziemskiej wędrówki.

Koniec podróży w głąb siebie wcale nie oznacza końca wielkiej przygody, którą zafundował ci twój Przewodnik. W miarę jak będziesz odzyskiwał swój potencjał, On inwestował go będzie w kolejny, coraz bardziej intensywny rozwój twojej osobowości. I wtedy zobaczysz nowe wątki tego rozwoju.

Z początku nie będziesz ich sobie uświadamiał. Za jakiś czas sam zaczniesz z uwagą śledzić i rozpoznawać normy współżycia z innymi ludźmi, moralności, stosunku do prawdy, miłości, przyjaźni, zdrowia, pieniędzy, pracy, odpoczynku, życia i śmierci wszelkich istot. Również na tych ścieżkach Przewodnik zmusi cię do oświetlenia właściwego zakamarka podświadomości, dokładnego „wysprzątania”, wyciągnięcia wszystkich brudów – które skrzętnie upychałeś po kątach – na światło dzienne, żebyś odzyskał pozostawiony tam potencjał rozwoju, uwolnił zamrożoną energię.

Zawstydzanie

Wstyd jest przekazywany dzieciom na różne sposoby. W rodzinach, w których ta zasada funkcjonuje, wstyd jest świadomie wywoływany u wszystkich członków rodziny. Jednak najbardziej są zawstydzane dzieci. Własny wstyd czy strach ukrywa się za maską władzy, która w rodzinach najczęściej jest hierarchiczna. Jak to trafnie określił John Bradshaw: „Tacie wolno wrzeszczeć na wszystkich. Mamie wolno wrzeszczeć na wszystkich, z wyjątkiem taty. Najstarszemu z rodzeństwa wolno wrzeszczeć na wszystkich z wyjątkiem taty i mamy, itd. Najmłodsze dręczy zwierzaka”…

KONTROLA
Zawsze kontroluj, co mówisz, do kogo mówisz, w jaki sposób mówisz. Musisz uważać, w jaki sposób wyrażasz swoje emocje, uczucia, zachowanie… Kontrola to jedna z ważniejszych metod obrony przed wstydem. Pilnie obserwuj otoczenie, by nie dać się zaskoczyć, upewnij się, że nikt cię nie przyłapie np. na czytaniu komiksów, chociaż miałeś w tym czasie uczyć się wiersza.

PERFEKCJONIZM
Wszystko musisz wykonać od razu prawidłowo i doskonale. Zasada ta zakłada, że wszystko co robisz, musisz wykonać według z góry określonego wzorca poprawności. Główną zasadą życiową perfekcjonizmu jest unikanie zła i strach przed złem… Każdy członek rodziny kieruje się w życiu swoim wyobrażeniem ideału i nie uświadamia sobie, że nie jest w stanie – ani on, ani pozostali członkowie rodziny – osiągnąć go.

OBWINIANIE
Za każdym razem, gdy coś wyszło nie tak, jak było zaplanowane, masz obwinić za to siebie lub kogoś innego. Gdy zawiedzie kontrola, obwinianie pozwoli zachować twarz i jako taką równowagę. Matka kazała posprzątać mieszkanie, ale buszowanie w Internecie było tak fascynujące, że ani się spostrzegłeś, jak czas szybko upłynął. Latasz po domu jak poparzony, ale i tak nie zdążyłeś wszystkiego zrobić. Właśnie wróciła młodsza siostra ze szkoły, będzie można na nią zwalić winę, że zrobiła nieporządek.

ODMOWA WYRAŻANIA SIEBIE
Człowiek, żeby funkcjonować w pełny sposób, musi mieć prawo do swobodnego myślenia i interpretowania, czucia, pragnienia i wyboru, wyobraźni. W rodzinach toksycznych zasada perfekcjonizmu wyklucza pełne wyrażanie tych praw, ponieważ nie wolno jest myśleć, czuć, pragnąć czy wyobrażać sobie w taki sposób, jak ty to robisz. Masz z tego korzystać w sposób zgodny z perfekcjonistycznymi wymogami ideału, który preferowany jest w twojej rodzinie.

ZASADA TRZYMANIA JĘZYKA ZA ZĘBAMI
Zasada ta skutecznie zamyka usta członkom rodziny, nie pozwalając na wyrażanie jakichkolwiek uczuć, potrzeb czy pragnień. W toksycznych rodzinach poszczególni członkowie pragną ukryć swoje prawdziwe uczucia, potrzeby, pragnienia. Nikt nikomu nie zwierza się ze swego osamotnienia czy rozdarcia wewnętrznego. Jesteś wtedy zawstydzany bądź wyśmiewany przez pozostałych członków rodziny (i nie tylko rodziny) jako ten słaby, nic nie warty. Najczęściej ten model stosowany jest w rodzinach alkoholików lub tam, gdzie przemoc jest na dziennym porządku. Tatuś lub mamusia są trunkowi, dzieci z takiej rodziny na pewno nie będą się chwaliły, że mają rodziców alkoholików, że są poniewierane czy katowane, że własnie rodzice przepili ostatnie pieniądze, za które można było kupić chleb.

NIE WOLNO SIĘ MYLIĆ
Myląc się, ujawniasz swe niedoskonałe, podatne na krzywdę JA. Przyznanie się do błędu to wystawienie się na badawcze spojrzenia, więc nie przyznawaj się nigdy do popełnionych pomyłek – zwal to na kogoś, a gdy ktoś inny się pomyli – zawstydź go boleśnie! Dziecko odrobiło lekcje. Mama sprawdza poprawność rozwiązanych zadań. W pewnej chwili zauważa błąd i zaczyna natrząsać się nad latoroślą, że źle wykonało zadanie, bo gdyby się bardziej przyłożył, napisałby od razu poprawnie.

NIERZETELNOŚĆ
Nie oczekuj od nikogo rzetelności, nie ufaj nikomu a nigdy się nie rozczarujesz. Skoro rodzicom nikt nie zaspokoił w odpowiednim czasie (w dzieciństwie) ich potrzeb zależnościowych, więc w jaki sposób mieli je zaspokoić tobie, skoro tego nie potrafią? Cykl nieufności przechodzi z pokolenia na pokolenie. Tatuś obiecał iść z dzieckiem na plac zabaw, ale właśnie w tym czasie kolega taty zaproponował wypad na piwo. Dziecko zawiedzione płacze w kąciku – „tata mnie nie kocha, bo poszedł z kolegą a przecież mi pierwszemu obiecał, że pójdzie ze mną!”

Sytuacje, które opisałam wyżej są na dziennym porządku w rodzinach objętych fałszywym wstydem i nie ma tu nic do rzeczy, czy jest to patologiczna rodzina, robotnicza czy inteligencka. W każdej z tych rodzin rodzice przypisują dzieciom to, co było przypisywane im, gdy byli mali. To, że kiedyś stajemy się dorosłymi ludźmi nie oznacza wcale, że wyrastamy z tych zależności. Nie, to, co spotkało nas w dzieciństwie na pewno wyprojektujemy na dzieci lub współmałżonków, nie uświadamiając sobie nawet działania tego mechanizmu. Na tej samej zasadzie będziemy budowali inne związki międzyludzkie.

Susan Forward – Toksyczni rodzice – recenzja.

Recenzję książki znalazłam na jednym z forów psychologicznych sprzed dwóch lat. Zamieszczam jej obszerne fragmenty. Niestety, nie mam kontaktu z Panią Aleksandrą Horyś, by tekst autoryzowała.

RECENZJA KSIĄŻKI – Susan Forward – Toksyczni rodzice
Jacek Santorski & CO Agencja Wydawnicza, Warszawa 1995

Uważam, że Susan Forward jest wśród najlepszych terapeutów naszego wieku.


Tak o autorce książki Toksyczni rodzice wypowiada się John Bradshaw.
Susan Forward to nie tylko terapeutka, to także autorka bestsellerów psychologicznych przetłumaczonych na wiele języków. Zaliczyć do nich można m.in. książki pt. Szantaż emocjonalny, Dlaczego on nie kocha a ona za nim szaleje, Gdy Twój partner łże jak pies, a także Toksyczni rodzice.

Książki pisane przez S. Forward są wynikiem jej wieloletniej pracy terapeutycznej, w której zajmuje się problematyką przemocy wobec dzieci , a także związków między ludźmi.
Terapia prowadzona przez S. Forward to spotkania indywidualne, grupowe, a także współpraca z różnego rodzaju mediami. Susan Forward stale współpracuje z amerykańską prasą. Jej artykuły pojawiały się m.in. w Time Magazine, Newsweek, Cosmopolitan, New York Times.

Dzięki swojemu doświadczeniu terapeutycznemu, a także ze względu na otwartość i odwagę w poruszaniu trudnych, często wstydliwych tematów S. Forward często zapraszana jest do różnego typu programów telewizyjnych. Już ponad 500 razy gościła w takich programach jak m.in. Oprah, Today show, Good morning America, CNN
Od 6 lat prowadzi także audycję radiową w ABS Talkradio. Podczas trwania audycji odpowiada na pytania słuchaczy, a także doradza osobom, które dzwonią do radia, by uzyskać pomoc.

Jeżeli dziecko jest aprobowane, uczy się aprobować sam siebie

 

Dorothy Law Nolte


Toksyczni rodzice – to rodzice, którzy sprawiają, że ich rodziny przestają działać normalnie. To rodzice, którzy w różny sposób wywierają presję na swoich dzieciach uzależniając je od siebie i sprawiając, że nie potrafią one sprawnie funkcjonować jako dorośli, to rodzice, którzy jak pisze S. Forward zaszczepiają w dziecku wieczną traumę, poczucie znieważenia, poniżenia i nie przestają tego robić, nawet kiedy dzieci są dorosłe.
Książka S. Forward jest o takich właśnie rodzicach, rodzicach zatruwających rodzinną atmosferę.

Bohaterami książki są : Gordon, Louise, Les, Sandy, Melanie i wielu innych. Są to osoby z którymi S. Forward zetknęła się w trakcie swojej praktyki terapeutycznej, a które wychowywały się w rodzinach toksycznych. Przytaczając historię każdej z tych osób autorka zwraca uwagę na różnorodne mechanizmy działające w rodzinach toksycznych, jakimi są:

  • Funkcjonujący mit doskonałego rodzica – dzieci wyobrażają sobie, że ich matka, bądź ojciec są nieomylni i zawsze robią to, co najlepsze. Rodzice stawiani są na równi z bogami, podkreślana jest wielokrotnie potęga ich władzy rodzicielskiej, wszystko to prowadzi do stopniowego obniżania poczucia własnej wartości dziecka przy jednoczesnym i trwałym uzależnieniu się od rodziców, którzy funkcjonują w świadomości dziecka jako bez skazy, idealni.
  • Wypieranie – autorka twierdzi, że mechanizm ten jest najpowszechniej występującym w rodzinach toksycznych. Treści ciężkie, okrutne, z którymi dziecko miało styczność zostają wyparte do podświadomości i często przy próbie ich wyjawienia pojawia się zdanie:
    przecież nie było aż tak źle, czy wręcz zaprzeczanie coś takiego nie miało miejsca. Wypieranie ma charakter obustronny. Mechanizm ten stosuje i ofiara toksycznej rodziny i sami toksyczni rodzice, zapewniają oni w ten sposób status quo swojej rodzinie umożliwiając pozornie normalne jej funkcjonowanie.
  • Beznadziejna nadzieja – to kolejny z typowych objawów toksycznej rodziny. Wiara w to, że kiedyś sytuacja się odmieni, że być może tym razem rodzic dotrzyma obietnicy i zmieni się mimo, że już wielokrotnie obiecywał i nie przynosiło to efektów.
  • Racjonalizacja – stosowana jest, by nie zburzyć obrazu rodziny, jest to przypisanie złym czynom rodziców dobrych intencji oni chcieli dobrze, wszystko co robili, robili zawsze dla mojego dobra, czy wreszcie gdyby nie oni nie byłbym teraz tym, kim jestem.
  • Wytłumaczanie – próba wybielania sytuacji poprzez szukanie przyczyn i tłumaczenie tego, co się dzieje w rodzinie np. on robił to tylko dlatego, że potrzebował miłości, lub że wymagała tego sytuacja.

Mechanizmy wymienione wyżej są wynikiem toksycznego działania rodziny, które najczęściej pojawia się, gdy rodziców można określić jako nieadekwatnych, nie spełniających podstawowych funkcji wobec swoich dzieci, nie zaspokajających ich potrzeb a obarczających obowiązkami. Rodziców tych można określić mianem złodziei dzieciństwa, gdyż często nakładają na swoje dzieci odpowiedzialność za ratowanie chorej sytuacji rodzinnej nie zważając na wiek dzieci i przysługujące temu wiekowi przywileje. Rodzice nieadekwatni to także rodzice traktujący swoje dziecko jak niewidzialne, zajmujący się swoją karierą i nie zważający na potrzeby, czy nawet na istnienie kogoś, za kogo powinni czuć się odpowiedzialni. Za nieadekwatnych można uznać rodziców znikających, nie wspierających, nie towarzyszących swoim dzieciom w ważnych dla nich chwilach.

Z drugiej strony toksyczny rodzic to także rodzic nadmiernie kontrolujący. Kontrola jednak nie musi oznaczać tylko bezpośrednich nacisków, czy jawnej lustracji każdego ruchu dziecka. Może być ona zakamuflowana przez dobre intencje. Rodzic może kontrolować mówiąc, że robi to tylko dla dobra dziecka, może także uważać, że nacisk to jedyna możliwość, by dziecko zrobiło coś naprawdę dobrze. Może wreszcie uciekać się do manipulacji swoim dzieckiem, by to zgodziło się wyręczać rodziców z ich obowiązków, by udowodniło, że potrafi coś zrobić, a tym samym, by poświadczyło, że może coś zrobić dla ukochanego rodzica. Mogą to być niewielkie sprawy jak rezygnacja z wakacji ze względu na prośby rodziców, czy podejmowanie decyzji tak, by nie zrobić im przykrości. Wszystko to jednak nawet pod przykrywką dobrych zamiarów sprawia, że często już nawet dorosłe dziecko pozostaje ubezwłasnowolnione, bez własnej tożsamości, bez własnego zdania i możliwości wyboru.

Alkoholizm, także może stać się pretekstem dla toksycznych działań rodziców. Nieustanne zaprzeczanie problemowi alkoholizmu w rodzinie, piastowanie rodzinnej tajemnicy, tak by nie wyszła ona na jaw, bezustanna i bezpodstawna wiara w możliwość naprawienia przeszłości i obarczanie dziecka obowiązkami przekraczającymi jego możliwości to najczęstsze znamiona jakie pozostawiają po sobie rodzice-alkoholicy. Gdy dołożyć do tego także robienie z dziecka kumpla do picia, bądź zrzucanie na niego wszelkiej odpowiedzialności za każdy rodzinny problem, wynikiem tego typu działań może stać się zaszczepienie u dziecka braku zaufania wobec osób je otaczających, a także braku wiary w szczęśliwe zakończenie nie tylko koszmaru dzieciństwa.

Rodzice toksyczni to rodzice, których można określić mianem tyranów stosujących różne metody nękania swoich dzieci, może to być niszczenie słowem: przeklinanie, wyzywanie, poniżanie, wyśmiewanie, obelgi, obarczanie winą, wypominanie przeszłości, stwierdzanie, że żałują, że dziecko w ogóle się urodziło. Stanowi to często wynik rywalizacji z własnym dzieckiem, szczególnie gdy to wkracza w okres dojrzewania. Rodzice toksyczni wówczas nie potrafią cieszyć się sukcesami własnych dzieci ale ustawicznie starają się być od niego lepsi za wszelką cenę. To rodzice- perfekcjoniści niedający dziecku prawa do błędu, stosujący oprócz przemocy werbalnej także przemoc fizyczną, czyli bicie dziecka bez względu na faktyczne przewinienia czy ich brak, tłumaczenie własnych napadów agresji tysiącem problemów, czy ranienie dziecka poprzez niereagowanie na krzywdy wyrządzane przez drugiego z rodziców czyli tzw. tyrania pasywna. W rodzinach toksycznych często czułość i miłość przeplatana jest przemocą, co powoduje dezorientację i nieumiejętność rozpoznawania prawdziwych emocji, nienawiść dziecka do samego siebie, obarczanie siebie winą za napady agresji rodzica, zamknięcie się w sobie i obrona rodzinnej tajemnicy.

Najgłębsze jednak rany pozostawia po sobie przemoc innego rodzaju, przemoc seksualna, kazirodztwo, przemoc, która do niedawna stanowiła temat tabu, a do dziś jest traktowana jako coś szczególnie ohydnego i odrażającego. Jest to temat kłopotliwy ze względu na funkcjonujące wokół niego mity. Susan Forward w swojej książce przytacza kilka z nich, są to stwierdzenia, że:

  • kazirodztwo zdarza się rzadko,
  • kazirodztwo zdarza się tylko w rodzinach biednych lub niewykształconych, albo też w odizolowanych, prymitywnych wspólnotach,
  • kazirodczy napastnicy są społecznymi i seksualnymi zboczeńcami,
  • kazirodztwo jest reakcją na deprywację seksualną,
  • dzieci – zwłaszcza nastoletnie dziewczynki – są uwodzicielskie i przynajmniej po części są odpowiedzialne za to, że są napastowane,
  • większość historii o kazirodztwie jest nieprawdziwa. Tak naprawdę są one fantazjami pochodzącymi z seksualnych tęsknot dziecka.

W rzeczywistości jednak problem kazirodztwa nie jest odosobnionym w tzw. toksycznych rodzinach. Nie jest on wyjawiany często ze względu na to, że napastnicy dopuszczający się kazirodztwa korzystają z pogróżek, by zapewnić sobie milczenie ofiary. Do najczęstszych pogróżek należą:

  • Jeśli powiesz, zabiję cię,
  • Jeśli powiesz, mama rozchoruje się,
  • Jeśli powiesz, ludzie pomyślą, że zwariowałaś,
  • Jeśli powiesz, nikt ci nie uwierzy,
  • Jeśli powiesz, znienawidzę cię do końca życia.

Dziecko skrzywdzone w ten sposób przez własnego rodzica zostaje trwale zranione na długie lata. Nie potrafi zaznać i zrozumieć prawdziwej miłości, czuje odrazę przed seksem, a każde pozytywne uczucia wokół niego mogą sprawiać, że czuje się źle. Stając się dorosłym dziecko zdaje sobie sprawę z ogromu krzywdy jakiej doznał od własnych rodziców i nie potrafi wymierzyć im odpowiedniej kary, która mogłaby być adekwatna do zadanych mu ran.

Susan Forward twierdzi, że mimo tak wielkiego spustoszenia jakie doświadczenie kazirodztwa dokonały w psychice dziecka, jest ono najzdrowszym członkiem rodziny, w której pojawił się ten problem. Inni jej członkowie bowiem bądź przyzwalają na to barbarzyństwo, bądź przymykają na to oczy chcąc zachować homeostazę i ładny obraz faktycznie chorej rodziny.

Co zrobić, by wyzwolić się spod nacisku i wpływu toksycznych rodziców?
II część książki S. Forward odpowiada na to pytanie. Autorka prezentuje w niej różne sposoby terapii, które stosuje, by pomóc osobom ciemiężonym przez własnych rodziców. Zwraca uwagę na to, że by móc uleczyć swój ból niekonieczne jest przebaczenie swym rodzicom. Konieczne natomiast jest stawienie czoła problemowi, uznanie swojej niezależności, samookreślenie siebie, obarczenie odpowiedzialnością tego, kto faktycznie jest odpowiedzialny. Uwieńczeniem procesu terapeutycznego jest konfrontacja, która często stanowi punkt zwrotny i jest momentem, który ostatecznie pozwala zerwać z toksyczną przeszłością i budować zdrową przyszłość. Proces terapeutyczny komplikuje się, gdy wśród toksycznych doznań dzieciństwa znalazły się doświadczenia kazirodztwa. Leczenie w tym przypadku obejmuje wiele etapów, a by stało się skuteczne S. Forward stosuje różne techniki terapeutyczne jak: pisanie listów (do agresora, milczącego partnera, siebie – jako zranionego dziecka), pisanie bajek, odgrywanie kierowanej przez terapeutkę psychodramy.

Książka Toksyczni rodzice jest to książka, którą autorka adresuje przede wszystkim do osób, które wychowały się w toksycznych rodzinach. Poprzez naświetlenie problematyki chorej, nieadekwatnej rodziny, a także dzięki prezentacji autentycznych historii osób borykających się z tym problemem. Autorka w sposób dostępny zwraca uwagę na trudny i niewdzięczny temat problemów wewnątrz pozornie normalnych rodzin. Stanowi to zdecydowany atut książki. Kolejnym atutem jest na pewno obrazowość i emocjonalność języka, którym książka jest napisana. Sprawia on, że lektura staje się pretekstem to głębszych przemyśleń dotyczących problemu toksycznych rodzin. Wyzwala także ogromną ilość emocji u czytelnika, które – jak sądzę – mogą stanowić podstawę do określenia Toksycznych rodziców Susan Forward jako książki bardziej do odczuwania, niż do czytania.

Sposób prezentacji wyników terapii, które autorka prowadziła wśród swoich pacjentów, a także sam opis technik terapeutycznych pozwala wierzyć w możliwość wyleczenia z ran jakie nieadekwatni rodzice zadają dziecku.
Książka napisana jest w sposób przejrzysty. Podzielona jest na dwie części. Każda z części podzielona jest na rozdziały i podrozdziały, sprawia to, że treści przytaczane przez autorkę są klarownie i jasno wyjaśniane.

Książka Toksyczni rodzice napisana przez Susan Forward to na pewno pozycja, którą warto przeczytać. Zwraca uwagę na problemy wewnątrz rodzin i stanowi uzupełnienie książek, które prezentują obraz rodziny adekwatnej, zdrowo funkcjonującej.


Aleksandra Hytroś


Cóż mogę od siebie dodać?
Większość z nas pochodzi z takich właśnie rodzin. Jesteśmy ofiarami ofiar nie tylko w rodzinach patologicznych, ale również w rodzinach normalnie funkcjonujących – robotniczych, inteligenckich. Możemy zidentyfikować naszą krzywdę, ale nie możemy dochodzić zadośćuczynienia przed sądem, ponieważ musielibyśmy o to oskarżyć całą ludzkość, aż do pierwszych rodziców, którzy zapoczątkowali całą ludzką populację, możemy natomiast oddać im odpowiedzialność za to, co zrobili… Nic więcej.

Patricia Evans – Toksyczne słowa – recenzja.


Patricia Evans

Toksyczne słowa

Wydawnictwo Jacek Santorski & Co,
Warszawa 2008, s. 238

„Mój mąż twierdzi, że mnie kocha, a potem mówi i robi, co mu się podoba, uważa, że jest tolerancyjny, choć krytykuje wszystko, co zrobię, i nie liczy się z moją opinią, mówi, że jest spokojny, a przecież codziennie złości się i krzyczy”.

Taki lub podobny opis relacji między małżonkami można usłyszeć niemalże we wszystkich rozmowach z ofiarami przemocy. Osoby doświadczające agresji słownej zazwyczaj wątpią, czy to, co robi partner, jest przemocą.

Patricia Evans o cierpieniach wywołanych agresją słowną pisze z kobiecego punktu widzenia. Książka, powstała na podstawie rozmów z kobietami – ofiarami przemocy psychicznej, które po wielu latach od wydarzeń próbują zrozumieć, co zdarzyło się w ich życiu. Napisana została z myślą o osobach, które zaczynają wątpić, czy ich życie rodzinne oparte jest na partnerskich zasadach.

Autorka postanowiła przedstawić zjawisko przemocy słownej w taki sposób, by uczulić czytelników na subtelne niuanse tej formy przemocy. Dzięki obrazowym opisom poznajemy więc dwa światy: świat sprawcy przemocy – opierający się na poczuciu władzy i kontroli – i świat ofiary – tworzony na bazie siły wewnętrznej i dążeniu do współpracy. Dowiadujemy się, co czuje, co myśli i w co wierzy ofiara, poznajemy też prawa partnerów, naruszane podczas stosowania agresji słownej, rodzaje przemocy oraz ukryte przyczyny występowania w związkach tego typu agresji.

Doświadczenia terapeutyczne autorki pozwoliły również na sformułowanie wskazówek, które mogą pomóc w radzeniu sobie z agresją słowną. Znajdziemy tu zatem konstruktywne sposoby reagowania na zastraszanie, oskarżenia, obarczanie winą, krytykowanie, rozkazywanie, lekceważenie, trywializowanie czy niewybredne żarty. Poznamy także podstawowe, sposoby rozpoznawania agresji, zasady, o których warto pamiętać podczas pracy nad relacjami z partnerem stosującym przemoc słowną, oraz przeszkody, jakie mogą utrudniać ten proces. Lekturę książki warto rozpocząć od krótkiego testu, pozwalającego sprawdzić, czy problem agresji słownej dotyczy również nas samych.

Dodam tylko od siebie…
Książka godna polecenia nie tylko dla kobiet ale i dla mężczyzn, będących ofiarami przemocy ze strony kobiet. Mężczyzna znosi słowną agresję, nie szuka na zewnątrz rozwiązania swojego problemu, dlatego tak mało wiemy na temat ich cierpień. Agresja słowna dotyczy w równym stopniu kobiet i mężczyzn, a co za tym idzie – całych rodzin.

Gdyby

Przed laty – łazikując po czeskich forach – znalazłam tę oto przypowieść. Poruszyła mnie swoją głębią i prostotą. Przetłumaczyłam na język polski oddając polskim czytelnikom…

Gdyby każda nuta powiedziała: muzyki nie stworzy jedna nuta…
nie powstałaby nigdy symfonia.
Gdyby każde słowo powiedziało: jedno słowo nie może stworzyć strony…
nie powstałaby książka.

Gdyby każdy kamień powiedział: jeden kamień nie może postawić muru….
nie powstałby dom.

Gdyby każda kropla wody powiedziała: jedna kropla nie może stworzyć rzeki…
nie powstałby ocean.

Gdyby ziarno zboża powiedziało: Jedno ziarenko nie może obsiać pola…
nie byłoby żniw.

Gdyby każdy człowiek powiedział: moja miłość nie może zbawić ludzkości…
nigdy by na ziemi nie było sprawiedliwości i szczęścia.

Mówisz: a co ja mogę zrobić?
Ja ci odpowiadam: przekazuj miłość czynem. Jedynie miłość zwycięży cierpienie, i wcale nie o to chodzi czy widzisz owoce swej miłości.

Mówisz: a co z pozostałymi?
Ja ci odpowiadam: oni też mają kochać

Pomyślisz: a jeśli oni będą się ociągać?

– Kochaj ich jeszcze bardziej. Wszyscy wokół ciebie czekają na to samo. Tak jak ty, każdy czeka, kto pierwszy położy swój kamyczek. Jeśli jako pierwszy położysz swój kamyczek, inni też swój dołożą. Ponieważ kto naprawdę kocha, przebudzi pozostałych.

Tak, jak symfonia potrzebuje każdą nutę,
Tak, jak książka potrzebuje każde słowo,

Tak, jak dom potrzebuje każdego kamienia,

Tak, jak ocean potrzebuje każdą kroplę wody,

Tak, jak żniwa potrzebują każdego ziarenka,

Tak cała ludzkość potrzebuje CIEBIE tam, gdzie jesteś.

Próbujemy zmieniać wszystko wokół siebie, wszystko, co kłóci się z naszym spojrzeniem na świat, co nie poddaje się naszemu wyobrażeniu, rozumieniu. Udowadniamy innym swoje rozumienie, które wpojono nam w domu, w szkole, wśród rówieśników.
To, co kłóci się z naszym widzeniem świata, trzeba przecież zniszczyć, udowodnić innym, że „moja prawda jest jedyna i niepodważalna”. Żądamy dowodów tam, gdzie prawdę czuje się sercem, zmysłami a nie udowadnia logicznie.

Czym będzie logika, jeśli najpierw nie czujesz sercem?…

Refleksje


1. „Nikt nie rodzi się dla kogoś innego”

Nikt nie rodzi się dla mamy, taty, rodzeństwa, dla nauczycieli, zwierzchników, partnerów, przyjaciół. Rodzisz się, bo chciałeś się urodzić. Chciałeś poznać życie od fizycznej strony. Wybrałeś swój wygląd fizyczny, rodzinę, środowisko, kraj… Nic w twoim życiu nie jest przypadkowe. Przychodzisz tu, by czegoś się nauczyć, czegoś doświadczyć, czego w formie bezcielesnej nie byłbyś w stanie przeżyć.

2. „Nikt nie zjawia się tutaj, żeby dopasować się do ideału jaki sobie stworzyłeś.”

W miarę dojrzewania masz poznać swoje możliwości, masz tworzyć a nie powielać czyjeś ideały, które w dzieciństwie wpojono ci wychowaniem. Masz być sobą – tak, jak to czujesz sercem – a nie przedłużeniem swoich opiekunów z dzieciństwa, wczesnej, zależnej od dorosłych młodości i wielu, wielu innych ludzi, których spotkałeś na swej drodze. Masz tworzyć siebie, by poprzez siebie pomóc tworzyć swoją osobowość innym, bo czerpią z ciebie to, czego im trzeba do rozwoju, czego potrzebują w danej chwili.
Czy idąc po zakupy kupujesz wszystkie artykuły, które znajdują się w sklepie czy tylko to, czego potrzebujesz? Głupotą jest kupować wszystko, jak leci…

3. „Jesteś panem swojej miłości i możesz dawać jej tyle, ile zechcesz, ile jesteś w stanie dać innym.”

Możesz kogoś kochać, darzyć najgłębszym uczuciem, na jakie cię stać, ale nie masz prawa żądać miłości od kogoś, kto nie czuje tego samego co ty. Nie masz prawa niszczyć cudzych uczuć, bo nie są to twoje uczucia, chociaż skierowane w twoją stronę. Uszanuj to, czym darzą cię inni, zwłaszcza, kiedy nie odczuwasz tego samego. Serce jest organem, który najłatwiej jest zranić, zniszczyć. Dziś ty niszczysz czyjeś uczucia, jutro zniszczą twoje.

Różnica między myśleniem sercem a myśleniem głową.

Gdy przestajesz myśleć, zaczynasz prawidłowo działać – spontanicznie. To działanie wypływa z ciebie w sposób naturalny z głębi jestestwa, z głębi serca, nie z głowy. Po prostu nie myślisz. Działasz. Nie zastanawiasz się czy jest to dobre czy złe, moralne czy społecznie naganne. Po prostu działasz. Myślenie przychodzi później – oceniasz i analizujesz po fakcie.

Kiedy myśl jest przed działaniem, jest to reakcja na bodziec, działanie pod wpływem myśli, reakcja na impuls płynący z głowy, z ego. Zmień kolejność. Najpierw spontanicznie działaj, potem myśl. Działaj jak działa dziecko – ono najpierw działa, potem pojawia się myśl. Matka, widząc dziecko w niebezpieczeństwie nie zastanawia się, co ma zrobić – ona działa, myśleć zaczyna po fakcie. Reaguje poza myśleniem, w chwili działania myśl jest zablokowana. Gdyby zaczęła najpierw myśleć, jej pomoc na nic by się zdała – byłoby za późno na działanie.

Kiedy działasz w codziennym życiu, działasz przez pryzmat przeszłości. Znaczy to, że na twoje działanie składa się suma twoich doświadczeń wyniesionych z okresu dzieciństwa, dojrzewania i wczesnej młodości, które miały bezsprzeczny wpływ na tworzenie twoich poglądów i wewnętrznej filozofii życiowej.

Zapomnij na chwilę o zasadach, poglądach, które w rodzinnym domu ci wpojono. Stań przed lustrem i patrząc sobie głęboko w oczy zapytaj: „Kim jestem?” „Czy to, kim jestem obecnie, jestem naprawdę ja?”

Czy jestem człowiekiem ukształtowanym przez ojca, przez matkę, przez ich stosunek do siebie, ich uczucia, które okazywali sobie w mojej obecności? A może jestem tym, który ślepo spełnia ich pragnienia, którym sami nie potrafili nadać kształtu, gdy byli w moim wieku? Czy może jestem tym człowiekiem, którego czuję w głębi serca, że jest mną? Który nie potrafi dopasować się do oczekiwań ludzi dla niego ważnych, bo ma swoją wizję siebie i chce swoje życie sam tworzyć?
Zastanawiałeś się, kim naprawdę jesteś? Dzieckiem, własnością swoich rodziców – kukiełką, która ożywa tylko wtedy, gdy lalkarz pociąga za sznurki?
Lalkarza może dawno nie być wśród żywych, ale kukiełka – jak mechaniczna zabawka – będzie hipnotycznie odtwarzała zakodowane polecenia, zaprogramowane reakcje.

Każdy z nas może być tym dzieckiem-kukiełką, nawet wtedy, kiedy ma już własne dzieci, doczekał wnuków… Każdy z nas może być tym lalkarzem-rodzicem, który pociągając za sznurki emocjonalnych czy uczuciowych uzależnień spełnia własne marzenia, własne oczekiwania, bez oglądania się na potrzeby kukiełki-dziecka. Kukiełka staje się przedłużeniem lalkarza, jego drugim JA.

Każdy lalkarz dba o swoją pacynkę, by nie przyszło jej do głowy pozrywać wszystkie sznurki łączące ją z lalkarzem. Lalka nie może zacząć samodzielnie myśleć, jej umysł musi pozostać uśpiony. Lalkarz nie może pozwolić na to, wszak kukiełka jest jego własnością, niezbywalną. Stworzył ją, nauczył wielu pożytecznych rzeczy i tak wyszkolonej lalce miałby dać wolność? Tyle trudu własnoręcznie zniszczyć?!

Co stanie się z lalkarzem, gdy uwolniona pacynka odejdzie i zacznie tworzyć własne życie? Co stanie się z lalkarzem, kiedy przyjdzie starość i zniedołężnienie? Lalkarz uzależniony jest od pacynki, nauczył ją wszystkiego z myślą o sobie. Pacynka natomiast, gdyby odciąć wszystkie sznurki łączące z lalkarzem staje się bezradna, czuje się bezużyteczna, bo nie potrafi decydować o sobie, nie potrafi myśleć. Jest ślepa i bezradna jak małe dziecko. Właśnie tego nauczył ją lalkarz, takiej potrzebował pacynki – bezradnej i ślepej, której wydaje się, że bez swojego twórcy nie potrafi żyć, nie potrafi zagrać ról, które jej życie podsuwa.
Gdy nie ma reżysera, bez niego lalka nie stworzy niczego. Nie zdobędzie samodzielnie wykształcenia, nie założy rodziny, nie spłodzi dzieci, które prawdopodobnie też staną się pacynkami. Tak zdecyduje lalkarz – głowa rodziny.

A potem, jako dorośli ludzie narzekamy, że rodzice nie chcą nas od siebie puścić, albo sami nie chcemy odejść, bo jest nam z tym wygodnie. Nie potrafimy żyć własnym życiem. Szukamy potem – nieświadomie – kogoś, na kim wyładujemy swoją złość, wściekłość za nieudane życie, nienawiść. Szukamy kogoś, kogo będziemy osądzać, krytykować, atakować, żeby poczuć się lepiej, żeby się dowartościować we własnych oczach.

W ten sposób niczego nie załatwisz, co najwyżej napytasz sobie wrogów. Potrzebujesz wrogów? Do czego ich potrzebujesz?
Zacznij wreszcie żyć własnym życiem i nie oglądaj się na nikogo.

Co powiesz, jak przeżyłeś życie, gdy staniesz przed obliczem Stwórcy? Powiesz mu, że żyłeś życiem swego rodzica, który cię wychował? Powiesz mu, że żyłeś życiem dziecka, którego miałeś być przewodnikiem do czasu osiągnięcia przez niego dojrzałości?
A Stwórca powie ci:

Durniu! Miałeś żyć własnym a nie cudzym życiem! Miałeś uczyć się poprzez własne decyzje, własne doświadczenia. A ty, jak bezmyślny idiota podczepiłeś się pod cudze życie, bo tak było ci wygodnie, bezpiecznie. Ano, wracaj z powrotem na Ziemię i wreszcie zacznij się uczyć! Z własnego życia, z własnego doświadczenia… Nie po to dałem ci rozum i wolną wolę byś je oszczędzał na lepsze czasy, byś zaprzepaścił je lenistwem umysłowym i głupotą. Masz się uczyć tworzyć a nie zbijać bąki i narzekać, jak ci jest źle na Ziemi, jaki byłem dla ciebie okrutny, bo nie dałem ci bogactwa, sławy. Gdybyś umiał myśleć, na pewno doszedłbyś do wniosku, że »dostałeś to, co ci się należało bezwarunkowo, bo na tyle sobie zapracowałeś własnym życiem. Dostaniesz więcej, gdy do tego dorośniesz, dojrzejesz. Nie wcześniej«”.


Spójrz, ilu ludzi goni za bogactwem tego świata a ilu za mądrością serca? Pieniędzmi mądrości nie kupisz. Masz prawo wyboru. Trzeba tylko sięgnąć…

Uwolnij świat

Poznanie samego siebie nie jest zaleceniem, by dowiedzieć się z lustra, czym jestem, ale by tak wpłynąć na siebie, żebym się stał, kim jestem.

Jaspers
Książki Johna Bradshaw’a przetłumaczone na język polski:
  • Zrozumieć Rodzinę
  • Toksyczny wstyd
  • Powrót do swego wewnętrznego domu
  • Twórcza moc miłości

To, co proponuje Bradshaw w swoich książkach nie jest metodą pracy nad sobą jedyną i najlepszą. Jest jedną z wielu rodzajów. Nie każdemu będzie ona odpowiadała, ponieważ wyciąga na powierzchnię to, o czym nie pamiętamy albo boimy się pamiętać; to, co mamy skrzętnie poupychane w zakamarkach naszej podświadomości; to, co przekazały nam poprzednie pokolenia; to, co nam przekazali rodzice wychowaniem i to, co „zapamiętało” nasze ciało z tamtego okresu. „Grzechy” naszych przodków spadają na nas, a my – w swej nieświadomości – przekazujemy je młodszym pokoleniom, dokładając każdy swoją cząsteczkę…

John Bradshaw świetnie tłumaczy psychologię rozwoju ilustrując ją przykładami z własnej praktyki i osobistych doświadczeń. Faktem jest, że laik nie ze wszystkim sobie poradzi, i może właśnie o to chodziło, ponieważ nierozważne ich zastosowanie może się skończyć dla delikwenta w poradni psychologicznej, w oczekiwaniu na pomoc specjalisty.

Oboje autorzy – w połączeniu z pracami Alice Miller – wnoszą niezłą „rewolucję” w nasze myślenie. (Bradshaw w dużej mierze opierał się na pracach Miller [chociaż nie tylko jej], dotyczących przemocy w rodzinie. Może z tematem [rozwoju duchowego] chwilami sobie nie radził, ale i tak włożył olbrzymi wkład w przybliżenie go.)

Są to książki dla każdego, kto ma otwarty umysł, dużą dozę zdrowego rozsądku i nie przestraszy się olbrzymiego bólu emocjonalnego, który temu towarzyszy, dla odważnych penetratorów własnego cienia. Na pewno warto choćby tylko zapoznać się z treścią, znajdując w nich częściową odpowiedź na pytania, które – być może – stawiamy sobie co dnia.

Praca nad historią swego dzieciństwa nie jest pracą łatwą, którą wykona się w tydzień czy w miesiąc. Jest to praca – rozłożona w czasie – nad uczuciami i emocjami, które nie zawsze potrafimy wyrażać nie krzywdząc drugiego człowieka. Jest to docieranie do krzywd, które stały się naszym udziałem, które również były udziałem naszych przodków, rodziców, rodzeństwa, bliskich i wielu, wielu innych ludzi, z którymi stykał nas los w drodze przez życie, i styka każdego dnia. Człowiek świadomy nie jest w stanie krzywdzić…

Świetnym uzupełnieniem do książek J. Bradshaw’a są prace Alice Miller (www.alice-miller.com) – Dramat udanego dziecka, Ścieżki życia, Gdy runą mury milczenia, Zniewolone dzieciństwo, Bunt ciała i inne publikacje.

Alice Miller jest kobietą, która nie bała się zajrzeć najpierw do własnego dzieciństwa i dzieciństwa ludzi pochodzących z różnych warstw społecznych. W książkach, które wyszły spod jej pióra, starała się przekazać rzetelny obraz przemocy w rodzinie i późniejszego jej wpływu na dorosłe życie człowieka, ujęty z różnych punktów. Wyjaśnia, jak wychowanie dzieci, nazywane przez nią czarną pedagogiką, determinuje życie dorosłego człowieka, nierzadko niszcząc je. To, co w dzieciństwie służyło ochronie dziecka, w dojrzałym życiu jest często autodestrukcyjnym działaniem, niszczącym wszelkie związki partnerskie i międzyludzkie.

Wyżej wymienione tytuły nie są lekturą obowiązkową, lecz znikomą cząsteczką prywatnej bibliografii, która powoli zmieniała moje spojrzenie na wiele spraw. Nie wniosły one natychmiastowych zmian, lecz wymagały ode mnie uważności, obserwacji siebie i determinacji, by zmieniać to, na co miałam wpływ w swoim życiu, co zidentyfikowałam sama, co pomogli mi zidentyfikować inni ludzie, choć nie zawsze byli tego świadomi. I na pewno nie stało się to – w moim przypadku – w ciągu jednego miesiąca, czy jednego roku… Ta praca trwa nadal.

Zmiana poglądów i nowe spojrzenie na to, co nas otacza jest dla mnie zmianą, wartą podjętego wysiłku. Nikt mi za to braw nie bił, nikt nie wielbił jak mistrza, ale czułam wewnętrznie, że idę w dobrym kierunku, że wykonałam kawał dobrej roboty – nie tylko dla siebie, przede wszystkim na rzecz innych ludzi, uwalniając ich częściowo od moich – wszczepionych w dzieciństwie – lęków i wypaczeń, zmuszając do weryfikacji pojęć, wśród których wyrosłam.

Duchowymi ojcami, pomagającymi tworzyć moją nową osobowość są: Jogi Rama Czaraka, Mishra, Osho, R. Tagore, J. Bradshaw, A. Miller, Leadbeater, Juliusz Payot, Świtkowski, Pracht, Besant. Silva, Klimuszko, Zylbertal i wielu, wielu znanych i anonimowych ludzi. Pomagają mi otworzyć się na siebie i na świat. Nie jest łatwo zmieniać w sobie to, z czym żyło się na co dzień, w czym się wyrastało, co weszło w krew, czego po prostu się nie zauważa, za to doskonale widzą nasi bliźni.

Poznanie i zrozumienie tematu, to połowa pracy. Druga połowa to osobiste działanie, by zmieniać to, na co mamy wpływ, i pogodzić się z tym, na co wpływu nie mamy. Postawienie diagnozy jeszcze nie jest uzdrowieniem. Drogą do uzdrowienia jest nasza determinacja, nasze działanie. Żeby stworzyć swoją mandalę życia trzeba cierpliwie gromadzić różnokolorowe ziarenka doświadczeń i wiedzy w nich zawartej, cierpliwie spajając je wszystkie miłością.

Przed kilkoma laty ojciec omal mnie nie pobił, kiedy podczas rozmowy z nim, na pytanie, czy go kocham, zdobyłam się na odwagę i odpowiedziałam pytaniem – a nauczyłeś mnie tego? Wychodził z założenia, że MAM ŚWIĘTY OBOWIĄZEK (!) go kochać z racji tej, że jest moim ojcem.
Czy jesteś w stanie „pałać miłością” do ojca, który niszczył ciebie w sensie fizycznym i psychicznym, wyśmiewał twoje emocje i uczucia, który przeciwstawiał swoją doskonałość dorosłego człowieka twojej bezbronności i nieporadności małego, zagubionego dziecka? Przecież to doskonale znasz z dzieciństwa – zna to prawie cała ludzka populacja. Dziś rozumiem, dlaczego taki był, ale nie w tamtej chwili…

Żeby grzebać we własnej historii trzeba olbrzymiej odwagi, ponieważ to, co wypływa z podświadomości na powierzchnię, otwiera rany, które długo się goją. Każdy z nas inaczej poznaje świat, każdy w inny sposób buduje swoją rzeczywistość, bo każdy dysponuje innym materiałem do jej tworzenia.

Otwórz serce i uwolnij świat.

Krzyk łabędzia

Był pewien rzemieślnik, który z łodzi rybackich wytwarzał dobrej jakości wraki, wykładał je trawą i innymi dodatkami, następnie układał je na dnie morza, na białym piasku, w sobie tylko znane wzory.

Pode mną morze, płynę niewielką łodzią, nade mną błękit nieba.
Dopływam do niewielkiej mielizny, wyskakuję z łodzi, woda jest ciepła, gdzie nie gdzie niewielkie wodorosty, stopy przyjemnie zanurzają się w piasku. Nagle z tego błogostanu wyrywa mnie pojawiający się znikąd Łabędź, burzy spokojny spacer. Gwałtownie porusza szyją, tak jakby chciał zwrócić moja uwagę, nagle przed sobą dostrzegam drogę której do tej pory nie było.
Tak jakby wynurzyła się z morza, delikatne fale obmywają drogę aż po horyzont, gdzie w oddali dostrzegam gigantyczne budowle.
Na drodze dostrzegam ślady, w które wypełniła woda, tak jakby ktoś przeszedł już tą drogą…

„Gęś i łabędź
Zazwyczaj nie rozróżnia się ich w mitach. U syberyjskich szamanów łabędź jest duchowym przewodnikiem pierwszego szamana, prowadzącym przez krainę dusz. Podobnie gęś, dlatego przed zanurzeniem się w trans szaman naśladuje głos gęsi, by obwieścić swoje przejście do duchowego świata.

Łabędź ma związki ze światłością, śmiercią, pięknem i smutkiem, a także z umiejętnością zmiany postaci. W starożytnej Grecji był panem duchowego lotu, utożsamiano go z Hermesem, posłańcem bogów. Grecy ponadto wierzyli, że przed śmiercią łabędź wydaje z siebie cudowny głos. Stąd wywodzi się europejski „łabędzi śpiew”.

Zgodnie z mitem Zeus przemienił się w łabędzia, by uwieść Ledę, co na długo utrwaliło miłosne konotacje tego ptaka (poświęcono go Afrodycie, bogini miłości).

W Rzymie gęsi poświęcone były Marsowi, bogowi wojny, ze względu na rwetes, jaki czynią w obliczu zagrożenia.

Hindusi, nie rozróżniający łabędzia i gęsi, mają mitycznego ptaka Hamsę, który pojawia się raz jako łabędź, raz jako gęś. Hamsa jest symbolem równowagi życia i rumakiem boga Brahmy, który zresztą narodził się z kosmicznego jaja przezeń zniesionego. Żona Brahmy, Saraswati, często jest przedstawiana na łabędziu lub gęsi, a lot Hamsy jest symbolem tęsknoty duszy za wyzwoleniem z kolejnych cykli życia.”

Snów dziesiątki, rozwijących ścieżki do miejsc wielu…

Mężczyzna zbyt pewny siebie, grożący Tobie
Zbyt pewny nie zdający sobie sprawy, ze nadejdę
Zadałem pierwszy cios, następne w otchłani snu zniknęły

Następny dnia innego, nożownik próbował zastraszenia
Innym zaś razem „przysłali” krocionoga, czarny jak smoła,pozbycie się go było ciężkie, zajął na długo moją uwagę, przy najmniejszym ruchu stawał sie setkami kąśliwych pijawek…

Chodziłem po wzgórzach, na których pasły się „Konie”
Znam je z przeszłości, z zasadzki, z której wyszedłem obronną ręką
„Konie”, przypominają tylko z pozoru wszystkim znane konie, ale nimi nie są
Bestie mieszanką kłów i szybkości
Dziś spokojnie na wzajem się obserwowaliśmy

Dotykałem dojrzałych kłosów zbóż, spacerując przez pole

Dom, w którym są tajne pokoje
Ukryte przejścia, które powoli odkrywam
Odkrywając tym siebie…

Odwiedzając być może miejsce spotkań tajemnych, na ścianach ogromne obrazy
Bursztynowe kolory zastaw stołowych
Dom pośród lasu
Przy wejściu do niego obraz
Tego, który tak wiele istnień ludzkich swym życiem stracił

Pełne morze
Stary człowiek, którego statek był w kształcie domu, ale tylko samych żerdzi
Unosił się na falach wbrew prawom fizyki
Przywiązany byłem liną, obserwując fale, wychylając się jak najbliżej do nich czerpiąc z tego frajdę
Nadpływały Orki, wynurzały się z wody witając się ze mną

Trochę teraz „rzeczywistości” rozmawiałem z bliską znajomą o jej problemach
Wchodząc w sen, czy je spotkałem to się jeszcze okaże…

Idę sobie ulica i wychodzę za zakrętu
Dostrzegam grupkę nieznanych mi osób unoszących się w powietrzu
Specyficzne fryzury, ubranie i na dodatek długie ogony
Przywodzące na myśl japońskie kreskówki
Prowokujący i pewni siebie
Podchodząc bliżej coś dzieje się z moją ręką
Spontanicznie napływa do niej energia
Pierwszy strzał minimalnie mija cel, drugi tez
Oddalili sie na większą odległośc
Unieśli się na znaczną wysokość
Przeszedłem kilka kroków, czując jak napływa wola
Podnoszę otwartą dłoń, uwalniając żywioł
Nic się nie dzieje, chwila konsternacji, oni zaś nadal pewni siebie
Nagle pojawia się błękitno-biała łuna pod nimi
Tuż za nią nadeszła fala uderzeniowa, litego krystalicznego lodu
Siła była miażdżąca, zostali zdmuchnięci, zniknęli, by po chwili pojawić się ponownie
Opadali bezwładnie i bez sił na ziemię
Starając się resztkami sił schować w jakiś zaułkach, być może kierując się wstydem
Wyłapałem ich wszystkich, wyprowadzając ich po za teren, na którym się to wszystko rozgrywało…

2005-11-25 16:36:47

Fabryka snów - sztuka śnienia, bajki terapeutyczne, rozwój