Tag: byt
Inny świat, czas i przestrzeń.
Jechałem odpocząć ze swoją siostrą i osobą towarzyszącą, nie wiem kto to mógł być.
Słowo „jechałem” nie wiem czy tu można zastosować, byliśmy jakby na stacji, przygotowani do podróży.
Tylko małe ale stacja była w koronach i nad koronami drzew, technologia tego świata była idealnie połączona z otaczającą przyrodą i przyroda była dopasowana do technologii. Korony drzew miały pastelowe kolory, były jakby zmodyfikowane, nie były chaotyczne ale każda miał idealny kwadratowy lub prostokątny kształt.
Liście i gałęzie idealnie współgrały jak przechodziliśmy z góry w dół korony. Transportery, windy, kapsuły podróżnicze wszystko było dopasowane idealnie dograne, kapsuły miały eliptyczny pionowy kształt. Wilgotność powietrza przywodziła na myśl tropikalny kraj, szkoda że nie pamiętam pobytu, pamiętam tylko wyjazd i powrót.
Wracając dziwiłem się że to już tak szybko, tak jakbym zatracił poczucie czasu ile spędziliśmy na wycieczce. Ponownie zachwycałem się przyrodą i technologią, jak wszystko było dopasowane i współgrało. Każde z nas wsiadł odo oddzielnej kapsuły, które zaczęły się przemieszczać, przywodziło to na myśl kolejkę górską.
Dotarliśmy do czegoś co przypominało port lotniczy, usłyszałem specyficzny dźwięk, wskazujący na jakieś problemy, moja kapsuła została odłączona od reszty i zaczęła poruszać się innym transporterem. Zacząłem wietrzyć kłopoty, po kilku zakrętach wylądowałem w cześć która wyglądała na jakiś bar, kapsuła podjechała do 2 kobiet które obsługiwały to stanowisko. Dziwiły się one że mnie jako pasażera nie powinno tutaj być i czy coś się stało. Tak jak bym wiedział że te problemy dotyczą mojej osoby więc grałem że się zgubiłem że tylko coś kupię i pójdę-pojadę sobie dalej.
Wszystko przemawiało za tym że byłem przygotowany na taką ewentualność kłopotów, miałem na reku zegarek lub bransoletkę, przyczepiona była tam, folia.
Wyciągnąłem ją i powolnym i swobodnym krokiem podszedłem do śmietnika aby ją wyrzucić, podchodząc dostrzegam mężczyznę który z kimś rozmawia przez telefon, patrzy się na mnie i czuję że atmosfera się zagęszcza że zaraz się coś wydarzy. Do końca trzymam fason wyrzucając folię do śmietnika.
Czuję że każda sekunda jest droga ale staram się nie wzbudzać podejrzeń i nie okazywać że spodziewam się zasadzki.
Kieruję się w kierunku wyjścia gdzie jest pełno ludzi, czuję się coraz słabszy i wiem że jest coraz bardziej źle ze mną.
Nagle dopada do mnie potężnie zbudowany Przyjaciel, wszystko się zaczyna, krzyczę do niego ciągnij mnie, wiedząc że moja słabość i szybkość jest godna wyścigowego leniwca.
Otwiera sporych rozmiarów drzwi,mocno mnie trzymając, wiem że zdany jestem na niego, później okazuje się dlaczego jestem taki słaby.
Dookoła pełno ludzi, przeciwnicy depczą nam po piętach, część naszych robi zamieszanie, stają na drodze pościgu utrudniając i opóźniając na różne sposoby.
Na szczęście ucieczka się udaje, jak widać wszystko musiało być zaplanowane, gdybym był sam nie miałbym żadnych szans.
Okazało się że wrogowie w jakiś sposób prawdopodobnie gdy byłem na wycieczce zarazili mnie jakimś wirusem, który mnie tak osłabił. Tu dokładnie nie pamiętam ale być może chodziło o zaszkodzenie Nam i poróżnienie nas lub o przejęcie mnie lub innego rodzaju przemianę.
Idąc już na spokojnie i powoli przez miasto, rozmawialiśmy a w oddali widzieliśmy jakieś potyczki gangsterskie, niebezpieczeństwo zostało daleko za nami.
Odebrałem te wydarzenia, że już nie pierwszy raz jestem w takiej sytuacji. / 29.10.210
Medytacja ósemki – coś w rodzaju wstępu do odcinania więzów
Medytacja ta jest wprowadzeniem do Medytacji odcinania więzów. Otrzymałam ją przed wielu laty od znajomych, nie wiem więc kto jest jej autorem. Jeżeli zidentyfikujesz autora, zostaw mi wiadomość w komentarzach – usunę ją z bloga lub poproszę o pozwolenie jej publikowania.
Czytaj dalej Medytacja ósemki – coś w rodzaju wstępu do odcinania więzów
To ja tworzę cień
W życiu zawsze warto coś zmieniać na lepsze. Trwanie w miejscu nie prowadzi do niczego i blokuje rozwój. Czy wybierzesz naukę, ezoteryke, rozwój duchowy, czy też całkowicie oddasz się swojej pasji, nie zatrzymuj się w miejscu. Poszerzaj swoją wiedzę, doskonal ciało, umysł, ducha lub wszystkie te rzeczy na raz.
Zrób cos dla siebie. Nie z konieczności czy z obowiązku. Nie z egoizmu, ale dlatego, że jesteś tego wart(a). Medytuj i szukaj harmonii w sobie i otaczającym Cię życiu. I wykorzystaj to do polepszenia swego życia.
Zacznij od zmiany postrzegania siebie. Zanurz się w siebie, zobacz to, co w sobie kochasz i to, czego w sobie najbardziej nie znosisz. Odpowiedz na pytanie, dlaczego to lub tamto wzbudza w Tobie niechęć. Czy to tak naprawdę Twoja niechęć, to wynik odbicia matrycy, jaką wtłaczano w Ciebie przez lata? Czy wszystko w sobie akceptujesz, czy nie akceptujesz niczego? A może rodzice, albo partner mieli wobec Ciebie oczekiwania, których nie spełniasz? I to nie dlatego, że jesteś osobą nieudolną, gorszą czy złą, ale dlatego, że masz inną drogę i inne doświadczenia do przerobienia. Tylko, czy te oczekiwania innych nie odbiły w Tobie rodzaju matrycy negatywnego postrzegania siebie? Albo poczucia winy?
Osobowość każdego z nas składa się z gromadzonych doświadczeń, wychowania, nauki. Wielki wpływ mieli na nas rodzice, którzy modele wychowawcze przejęli najczęściej ze swoich domów lub wprowadzali takie, jakie powszechnie uznaje się za słuszne. Czy one słuszne są, to już inna sprawa, a psychologia może na ten temat wiele powiedzieć.
Problemów, z jakimi każdy z nas się boryka, które w sobie czasem dusi, jest wiele. Nie sposób tu wymienić każdego. Jedna osoba będzie miała zbyt niskie poczucie własnej wartości, inna zbyt wysokie mniemanie o sobie. Ktoś inny ukryje się za kompleksami dotyczącymi urody, ktoś inny schowa się za chorobą. Jeden będzie wiecznie potwierdzał niesprawiedliwość świata swoim „A nie mówiłem”, inny próbuje przefrunąć przez życie na przesadnym luzie. Ktoś cierpi na samotność, inny na brak pieniędzy lub nie taką pracę. Ile osób tyle różnych problemów.
Jednak trwanie i utwierdzanie się w nich niczego nie zmieni, a jeśli tak to na gorsze. Bo lęki, stresy, brak zrozumienia ze strony otoczenia czy niskie poczucie własnej wartości, prowadzą w końcu do depresji, albo ujawniają się w postaci choroby. Zbytni luz nagle może okazać się zgubny i w rezultacie prowadzi do tego samego.
Dlatego warto przystanąć na moment. Zagłębić się w siebie, poszukać tam przyczyny swoich niepowodzeń, kompleksów, braków. Spojrzeć na siebie okiem innych osób. Bez przesadnej krytyki, za to uczciwie i z pełną odpowiedzialnością. Jeśli czujesz, że winę za twój stan, stres czy niepowodzenia ponoszą np rodzice, zastanów się, jak to zmienić? Pomyśl, ile razy pozwoliłeś(aś) na to by odbijano w Tobie taką, a nie inną matrycę? Przyjmij odpowiedzialność za swoje życie. W pełni.
Nie obwiniaj się jednak, ale to zmień. Czasu się nie cofnie, więc nie ma sensu obarczać się winą, płakać za utraconymi szansami. Powiedz sobie: „To Ja tworzę cień”. I znajdź w sobie wszystkie cienie, jakie zostały stworzone. Lęki, złości, agresje, kompleksy, itp. To są właśnie cienie stworzone przez Ciebie. A gdy już znajdziesz wszystkie rozświetl je swoim światłem, zmień w siłę, jaką daje doświadczenie, wyciągnij naukę. Przeszłości zmienić nie można, ale działania w teraźniejszości kształtują przyszłość.
Taka podróż w głąb siebie może być przykra, ale jest potrzebna. Kiedy zaś poznasz odpowiedzi na postawione pytania, poszukaj najlepszej metody by zmienić siebie, swoje życie i swój świat na lepszy. Mogą to być afirmacje, medytacje, znalezienie nowej pasji, czy cokolwiek innego, co Ci odpowiada. Najważniejsze by zmienić swoje postrzeganie siebie. Zrozumieć, ze każdy z nas jest wyjątkowy i wartościowy. Nie ma ludzi lepszych i gorszych, są inni. Ty także jesteś Jedyną W Swoim Rodzaju Istotą. Nie ważne jak wyglądasz, jakie masz wykształcenie, co umiesz, czym się interesujesz, ile zarabiasz. Byłeś, Jesteś i Będziesz Istotą Doskonałą, Dziełem Boga, kimkolwiek On Ci się wydaje. A jak wykorzystasz czas od narodzin do śmierci, zależy tylko od Ciebie. Zmieniaj w sobie i w życiu, to, co uznasz, że zmienić należy. Przestań Tworzyć cienie, a jeśli jakieś się przydarzą, rozświetlaj je. Nie obarczaj winą świata, ale odpowiedzialnie i samodzielnie idź do przodu. Nie szukaj usprawiedliwień, a rozwiązań i możliwych dróg. Przede wszystkim zaś szanuj siebie i innych. I nigdy nie zapominaj Kim Jesteś.
Gelnhausen, Niemcy lipiec 2010
Uśmiercanie przeszłości
Niedawno rozmawiałyśmy z przyjaciółką o Króliczej Norze. W trakcie dyskusji powiedziała, że przeszłość jest zawsze żywa. Te słowa zatrzymały mnie. Przeszłość, która odchodzi w niebyt, w każdej sekundzie życia miałaby być żywa?
Niestety moja przyjaciółka miała rację. Przeszłość żyje w nas, w naszych sercach, w naszej pamięci. Tam jest żywa i co gorsze ma wpływ na naszą teraźniejszość i przyszłość. Ktoś może tu powiedzieć, że przecież przeszłość nas uczy, więc trzeba ją szanować i pielęgnować. Tak, uczy nas. Jest naszym bagażem doświadczeń, z których jak najbardziej czerpiemy wiedzę. Poza tym jednak jest martwa. Nic w niej nie zdołamy zmienić, nie mamy już na nią wpływu, a im dalej w przyszłość idziemy, tym staje się bardziej mglista i zakurzona, niewyraźna. Mimo to wciąż sięgamy do przeszłości, ożywiając ją. Co gorsza, bardzo często wydobywamy z niej to, co bolesne, przykre. Zrzucamy winę na nieboszczkę przeszłość i trwamy w niej, zamiast poczuć, czym może być zaczerpnięcie oddechu teraźniejszości. A przecież Zycie polega na Byciu w Tu i teraz. Przeszłość miła swoje przysłowiowe 5 minut. Była „Tu i Teraz”, ale odeszła. Teraz jest „Tam i Przedtem”. Po co więc ją ożywiać?
Przeszłość nas kształtowała, nadała formę i treść tego, jacy jesteśmy dziś. Ale czy żyjąc w niej, nie pozwalamy by wciąż to robiła? Czy nie lepiej z wdzięcznością przyjąć od niej to, co było dobre, a odrzucić i zmienić to, co nam się nie podoba? Ja uważam, że jak najbardziej jest to wskazane.
W przeszłości wiele jest bolesnych wspomnień, do których z masochistyczną lubością wracamy, zrzucamy odpowiedzialność za to, co Jest, na to, co Było.
Pewna osoba powiedziała mi, że trudno wymagać od dziecka by wzięło odpowiedzialność za siebie, by kształtowało samo siebie. Rodzice, potem środowisko, kształtują nas poprzez nadawanie takich a nie innych matryc. Często tych samych, jakie i oni w sobie noszą. Z czasem przychodzą lęki, depresje i wizyty u psychoterapeutów, gdzie na dłużej można utknąć w przeszłości i zatrzymać się w miejscu. A tymczasem wystarczy uśmiercić przeszłość.
W Króliczej Norce trzeba przywołać ją, spojrzeć w jej twarz i ustalić, co zatrzymujemy, jako spadek, co odrzucamy. Nasze bolesne doświadczenia są jakąś wiedzą, z której możemy czerpać, ale czy musimy wbijać sobie je w serce wciąż od nowa? Moim zdaniem lepiej jest pochować przeszłość, zostawić ją niczym fotografie w albumie wspomnień i tyle. Zamiast tkwić Tam, zacząć Być Tu i Teraz. Bo tylko w Tu i Teraz jest wieczność.
Ktoś może powiedzieć, że łatwo mówić, gorzej zrobić, bo i blizny na duszy nie goją się nigdy. Nie zgadzam się z tym. Blizny na duszy można wyleczyć jednym cięciem. Wystarczy chcieć. Bo wracając i przeżywając od nowa to, co było, tylko je rozdrapujemy, nie pozwalamy się zagoić. I naprawdę można to zrobić szybko. Trzeba uświadomić sobie, czym były, a były doświadczeniem. Doświadczeniem, które dało nam jakąś wiedzę, miało miejsce i odeszło. Nie zmienimy tego, więc, po co sypać sól w rozdrapywane rany?
Dziecko kształtowane przez rodziców nie ma wpływu na pewne rzeczy. Jednak, kiedy dziecko staje się dorosłym nie może już obarczać odpowiedzialnością przeszłości, za każdą nieudaną rzecz w życiu Tu i Teraz. Bo Tu i Teraz to my ponosimy odpowiedzialność za siebie. Jeśli wciąż pozwalamy sobą manipulować, jeśli nie robimy nic, by zmienić w nim cos na lepsze i kształtować siebie według nowych matryc, to pretensję możemy mieć jedynie do siebie, nie do przeszłości. Ta naprawdę jest martwa, więc nie ma, co już szarpać tego trupa.
W książce Anthonego de Mello „Minuta mądrości” jest taka oto przypowieść:
„- Jak mógłbym osiągnąć życie wieczne?
– Życie wieczne jest teraz. Wejdź w teraźniejszość.
– Ależ czy ja nie jestem obecny w teraźniejszości?
– Nie.
– Dlaczego?
– Dlatego że nie zerwałeś z twoją przeszłością.
– Dlaczego miałbym się rozstawać z moją przeszłością? Nie wszystko w niej było złe.
– Z przeszłością należy się rozstać nie, dlatego, że była zła, lecz dlatego, że jest martwa.”
Kiedyś żyłam przeszłością i oddychałam jej trupim jadem. Potem przeczytałam te minutową mądrość. Dziś wiem, że przeszłość można zostawić martwą jednym cięciem. A gdy się zdarza, że jakiś jej duch nawiedza mnie w teraźniejszości, zabieram go do Króliczej Nory i odsyłam tam, gdzie jego miejsce. Do grobu z napisem Przeszłość.
Pozdrawiam
Trudne dni – Miesiączka
My kobiety mamy „trudne dni”, a nie jedna z nas przeklina czas, kiedy nadchodzą. Czy jednak comiesięczne krwawienia są naszym przekleństwem, czy może też naszą siłą?
Zapewne nie jedna z nas powie, że przekleństwem, a może i nazwie je karą Boską. Tymczasem okazuje się, że te dni mogą być naszą siłą.
W tym czasie, bowiem, w nas kobietach ujawnia się magiczna moc, zdolna przysłowiowe góry przenosić. Już w dawnych czasach wiedziano, że jest to dobry okres na praktykowanie magii miłosnej, gdyż zaklęcie miłosne w tym czasie rzucone zawsze przynosiło efekty. Osobiście nie polecam większości tych praktyk magicznych, bo wchodzą one w sferę manipulacji innymi (w tym wypadku mężczyznami). Dlatego nie będę omawiała w tym miejscu rytuałów miłosnych stosowanych w czasie menstruacji.
Wracając do głównego wątku. Miesiączka to czas, kiedy w kobiecie kumuluje się większa niż zwykle ilość energii, bowiem jest to tez czas oczyszczania. Koniec cyklu zbiega się z rozpoczęciem nowego, co powoduje intensywne oczyszczanie całego organizmu kobiety. Następuje swoista wymiana energetyczna i fizyczna starego na nowe i czyste. Warto, więc, ten czas wykorzystać dla siebie. Polecam wszystkim paniom nawiązanie większego kontaktu z naturą i przy okazji chłonąć też jej moc i energię. Moc i siła roślin, drzew, Ziemi „zebrana” w tym okresie przyniesie nam wiele dobrego.
Dla kobiety menstruacja to czas wzmożonego oczyszczania nie tylko fizycznego i energetycznego, ale również emocjonalnego. Jeśli więc jest taka możliwość polecam udać się w jakieś odosobnione miejsce lub znaleźć czas tylko dla siebie. Zagłębić się w siebie, poznać siebie, nawiązać więź z sobą i swoimi opiekuńczymi duchami czy aniołami. Uważnie obserwować siebie. Nie jedna z pań może być zaskoczona siłą, jaką w sobie posiada.
Szamanki, a także wiele kobiet żyjących w zgodzie z naturą i sobą, ten czas traktują, jako czas przejścia. Poznają siebie przekraczając bramę własnej jaźni, otwierają się na wiedzę ze Źródła, czy jak zwą niektórzy Absolutu.
Wiele z kobiet, które dopiero zaczynają poznawać siebie i swoje ciało, bywa zaskoczonych jak wiele odpowiedzi pojawia się w czasie medytacji przeprowadzonych podczas miesiączki.
Menstruacja, jak już wspomniałam, to okres wzmożonej aktywności i kumulacji naszych sil i energii. Nasza moc i percepcja wzrasta wówczas. Jednakże należy uważać na ewentualne byty czy larwy astralne, które silna moc przyciąga jak magnez. A ponieważ i tak jest to czas silnego oczyszczania, warto wspomóc go jakimś rytuałem oczyszczającym. Ot choćby kąpielami w zielu ostrożnia, bylicy czy szałwii. Nie zaszkodzi też przy okazji oczyścić swoje otoczenie z negatywnych energii.
Pomimo mocy i sily, jaką wówczas ma każda z nas, często ten czas jest bolesny i pełen dyskomfortu. Jest to często wynikiem wcześniejszego rozproszenia mocy i energii.
Ale i tu można sobie poradzić bez sięgania po środki farmakologiczne. Z własnego, bolesnego doświadczenia wiem, że wsłuchanie się w siebie i odpowiednie wykorzystanie tego okresu na pracę ze sobą i swoją energia, skutecznie pozbawiło mnie bólu. Dziś, kiedy mi się przydarza, wracam do natury lub medytuje i zapominam o tabletkach przeciwbólowych.
Skutecznie wspomagam się też gorąca herbatą z rumianku.
A przy bardzo silnych bólach warto popijać także skrzyp polny. Można też na tamponach lub podpaskach namalować nietoksycznym pisakiem runę Berkano, która jest runą kobiet. Osobiście nie sprawdzałam tej metody, ale ponoć działa. 😉
Polecam też przyjmowanie magnezu oraz przeprowadzenie jednodniowej głodówki oczyszczającej, lub diety oczyszczającej na czas menstruacji. Warto też zmienić sposób myślenia o tych dniach. Zamiast nazywać je „trudnymi dniami” nazwijmy” dniami mocy, czasem oczyszczania czy dniami transformacji. A całą energię skoncentrujmy na uwolnieniu się od toksyn, brudów, złogów, a także złych nawyków i negatywnych emocji. Takie oczyszczenie doda nam i zdrowia i urody.
Kiedyś uważałam, że miesiączka to nasze przekleństwo. Dziś korzystam z mocy, jaka mi dają te oczyszczające dni.
Gelnhausen lipiec 2010 roku
Rodzina…
Junior pseudonim roboczy w sztuce: Izraelek.
Jego siostra dla potrzeb sztuki: Salomea.
Ich brat Szymek, który z reguły nie bierze udziały w rozgrywkach rodzeństwa.
Mama to mama.
Tata to tata.
Izralelek jak go wujek Tomek określił to iskra, która spokojnie nie może usiedzieć na jednym miejscu, wszędzie go pełno, wszystkich zna i wszyscy go znają.
Mimo swojego wieku robi „biznesa” z wujkiem, swego czasu zapuścił się sam na „Targ Wszechświata” za co zebrał później burę.
Małego trafia jak jego siostra bawi się jego zabawkami, wtedy idą do boju języki, jedno nie jest dłużne drugiemu. Ile razy Tata musiał rozdzielać to kłębowisko przeciwnych poglądów;)
Kiedy kobiety łapią ryby Izraelek z Tatą, idzie poznawać okolicę.
Salomea dusza artystyczna, tworzy obrazy swojej wyobraźni, często grywa z ojcem w strategiczne gry. Drżyjcie mężczyźni, nadchodzi zagłada;) Salomea niejedno męskie serce skruszy. Mała kobietka często wpakowuje się w problemy, wtedy z odsieczą przybywają Rodzice.
Szymek ulubieniec cioci Enigmy, doświadczony przez życie maluch, lubi bawić się żołnierzykami i ma swój gust wyrobiony co do gier komputerowych.
No i oczywiście nie można zapomnieć o psie, Falkor ulubieniec całej Rodzinki.
Jest jeszcze Szekspir rozpieszczone kocisko, które z głową Rodziny niezbyt dobrze żyje, ale jak nikt nie widzi to odnajdują wspólny język:)
To krótkie przedstawienie nie odda całego domowego klimatu, ale poznaliście już w wielkim skrócie Naszą kochaną Trójkę.
2006-04-10 11:29:03
Czym skorupka za młodu nasiąknie…
Człowiek o racjonalnym umyśle, intelektualista, nigdy nie da się opanować wybuchom emocji, nie straci panowania nad sobą. Jako przykład niech tu posłuży ojciec (równie dobrze może to być matka), który ukarał syna wyrażającego złość tygodniowym szlabanem. Kara była nieadekwatna do przewinienia, nieproporcjonalna do zachowania chłopca.
„Osoba, chcąca zachować się racjonalnie lecz nie mająca dostępu do własnych emocji, będzie czasami zachowywała się nieprzewidywalnie.”
Człowiek ten nie był świadomy własnej złości, która wpływała na jego metody wychowawcze i sprowokowała reakcję nadmiernie surową. Powinien był znaleźć dostęp do własnych emocji, zamiast w sposób niekontrolowany przerzucać je na dziecko, czy osobę słabszą od niego.
W okresie, gdy formowana jest osobowość, dziecko uczy się zachowań, wyrażania emocji i uczuć w pierwszym rzędzie od domowników i środowiska, w którym się wychowuje. To, jak dorośli reagują na spontanicznie wyrażane emocje i uczucia swoich pociech, kształtuje ich osobowość i zachowania, które ujawnią się w życiu dorosłego człowieka.
Jeżeli dziecko widzi, jak zachowują się rodzice wobec siebie, jak skaczą sobie do oczu o wszystko, jak jedno drugiego upokarza i poniża – nierzadko w obecności pozostałych członków rodziny, czy znajomych, jeśli nie kontrolują gwałtownych emocji wobec siebie, dziecko bardzo szybko przyswoi te wzorce i zastosuje je na ulicy czy w szkole, ponieważ w domu nikt nie pozwoli mu na takie zachowanie. Będzie się bał ataku ze strony silniejszego, w tym wypadku rodzica, ponieważ szybko będzie ukrócone takie zachowanie. Po wyjściu z domu gdzieś tą wściekłość na domowe autorytety trzeba odreagować, więc gnębi się słabszych, zadźga nożem obcego człowieka lub skopie bezbronnego – do utraty przez niego zdrowia, a często i życia.
Wściekłość i nienawiść to uczucia, których nie potrafimy wyrażać w sposób bezpieczny i korzystny dla wszystkich. Boimy się ich, dlatego je tłamsimy w sobie. Są to uczucia, które też – a może przede wszystkim – powinny być wyrażane a nie tłumione, wyrażane w sposób bezpieczny, nie powodujący utratę kontroli nad sobą.
Dorośli i media robią dużo wrzawy wobec bestialstwa małoletnich, ale mało kto będzie zastanawiał się, skąd w młodym człowieku tyle gwałtowności i skłonności do stosowania przemocy wobec innych. Widzimy SKUTEK wychowania, nie zadając sobie trudu dotarcia do PRZYCZYN – na przyczynę jesteśmy ślepi. I koło się zamyka – agresywni rodzice wychowują agresywne lub zniszczone psychicznie dzieci, rezultatem jest spłeczeństwo akceptujące taki stan lub bojące się cokolwiek zmienić. Wszak to rodzice świecą odpowiednim przykładem.
Zauważam aż nazbyt dokładnie, że rodzice też kiedyś byli dziećmi, tak samo jak dzieci kiedyś w przyszłości będą rodzicami. Co otrzymujemy na starcie życia, w przyszłości będzie przekazane młodszym pokoleniom, wzbogacone o własne doświadczenia wyniesione z domu i środowiska, w którym przyszło nam się wychowywać.
Rodzice i szkoły oskarżają się wzajemnie o brak u młodych ludzi społecznych zachowań. Kiedyś matka poświęcała swoim pociechom odpowiednią ilość uwagi i zainteresowania, dziś nikt nie ma na to czasu. W trosce o byt i zapewnienie odpowiedniego statusu materialnego, poświęca się dzieci oddając je do całodobowych żłobków, przedszkoli, szkół, cedując na bezosobowych instytucjach odpowiedzialność za kształtowanie osobowości dziecka w najważniejszym dla niego okresie rozwoju – od urodzenia do 14 roku życia.
To rodzice i środowisko rodzinne kładą podwaliny pod dojrzałą osobowość w przyszłości, kształtują emocje i uczucia, wyrażanie ich w gronie rówieśników czy w zachowaniach społecznych. Szkoła ma za zadanie rozwijać intelektualnie i pomóc w rozwoju tego, co dziecko otrzymało w rodzinie jako podstawę. Co można rozwinąć nie mając podstaw?
Jeżeli w rodzinie wyrazem miłości i troski są agresywne zachowania rodziców, przemoc wobec współpartnera, wzajemne wykorzystywanie, lub wykorzystywanie dzieci do zaspokajania własnych oczekiwań, pragnień czy potrzeb, jaką osobowość będzie mieć młody człowiek gdy dorośnie, jakie wzorce będzie stosował w swoim życiu?
Kilka lat wstecz obserwowałam parę psów. On, zwykły mały kundelek, Ona – schorowana wilczurka. Byłam zszokowana, jak tych dwoje zwierząt okazywało sobie ciepło i troskę. Kiedy Ona oszczeniła się, bo jakiś barbarzyńca nie bacząc na jej stan zdrowotny, dopuścił ją do sparowania się z innym wilczurem, On, mały kundel, podsuwał jej pod nos co smaczniejsze kąski, zgarniał i znosił rozłażące się po podwórzu szczenięta. Suka zdechła, pies dostawał szału z rozpaczy. To były tylko zwierzęta…
Emocje i uczucia
W jaki sposób dwoje ludzi może zbudować naprawdę bliską więź, jeśli nie potrafią dzielić się swoimi emocjami i odczuciami? A przecież służą one komunikowaniu tego, co w danej chwili dzieje się w naszym wnętrzu, a nie jako środek do wymuszania czegokolwiek na innych.
Nauczono nas tłumić wszelkie emocje, lecz nie nauczono wyrażania ich w sposób, który przyniósłby lepsze rozumienie siebie i drugiego człowieka. Nie potrafimy rozmawiać o swoich odczuciach z poziomu „ja”, nie chcemy o nich rozmawiać utwierdzając się w przekonaniu, że są oznaką słabości.
Wielu z nas nie potrafi okazać radości, bo wszelkie okazywanie emocji i uczuć tłumią w zarodku nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
„Nie pokazywać co – i w jaki sposób – czuję, bo narażę się na niebezpieczeństwo!” Zastanów się, skąd wziął się u ciebie taki pogląd? Przypomnij sobie, kto wymuszał na tobie tłumienie wyrażania jakichkolwiek emocji, nie tylko radości czy złości?
„Za bardzo to ty się nie ciesz, bo za chwilę dam ci powód do płaczu!” Z czyich ust najczęściej padały te lub podobne słowa? Kto niszczył każdą emocję i odczucie poddając w wątpliwość ich zasadność?
„No i z czego się cieszysz? to jeszcze nie powód do radości, bo: za mało się starałeś… mogłeś to zrobić lepiej… jesteś za głupi, żeby to dobrze wykonać…” Przed kim musiałeś ukrywać czy wręcz tłumić wszelkie odczucia, żeby nie narazić się na krytykę, nie wywołać gwałtownej złości, która uderzyłaby w ciebie?
Nie zdajemy sobie sprawy z tego, ile osób zamieszkuje nasze wnętrze – ojciec, matka, złośliwe starsze rodzeństwo, wiecznie niezadowolony nauczyciel, zawistny kolega lub koleżanka. Ich uwewnętrznione głosy modelują naszą osobowość wpływając na nasze zachowanie czy podejmowane decyzje, na relacje w związkach czy relacje międzyludzkie w ogóle.
Ile związków rozpada się, z powodu braku umiejętności rozmawiania o swoich uczuciach czy emocjach, kiedy jedno z dwojga partnerów wybucha po jakimś czasie niczym wulkan, gdy już mu się „przeleje” przez uszy wysłuchiwanie na swój temat upokarzających czy poniżających opinii?
Często nie potrafimy otworzyć się i mówić o swoich emocjach czy uczuciach, żeby znaleźć wspólnie kompromis, satysfakcjonujący obie strony. Najprościej jest wykrzyczeć w twarz – to twoja wina! Bo jesteśmy święcie przekonani o własnej nieomylności i – jak Pawlak z granatem w dłoni – bronimy swoich racji niczym dzikie zwierzę. A może czasem warto spuścić z tonu i wczuć się w swojego partnera? Tylko że bardzo często mamy za sztywne karki, żeby schylić głowę, lub zbyt kurczowo trzymamy się roli władcy, żeby choć na chwilę zejść z piedestału, który wywalczyliśmy dla siebie.
Docierając do stłumionych emocji i uczuć zaczynamy lepiej rozumieć siebie i innych. Zmieniamy spojrzenie na wiele spraw, które do tej pory wydawały nam się nie do pokonania. Zaczynamy je kontrolować a nie one nas. Świadomie wyrażamy własne odczucia, które z nas wypływają lecz nie są już automatyczną reakcją, wyuczoną przez kogoś z naszej przeszłości. Zaczynamy wykorzystywać je w czasie teraźniejszym, przyjmując odpowiedzialność za to, co z nas wypływa. Będąc świadomym swoich uczuć i emocji nie negujemy już ich i nie poddajemy bezwiednie ich władzy.
Tłumienie emocji to przekazanie im kontroli nad sobą. Im bardziej się złościsz, tym bardziej druga osoba wycofuje się i zamyka w sobie.
Kiedy mówisz: „złoszczę się, bo…”, „jestem zły, kiedy…”, „budzi to we mnie…”, oznajmiasz co czujesz, jakie emocje są w tobie pobudzane w danej chwili, ale nie odpowiadasz agresywnym działaniem w stosunku do osoby, która wywołała w tobie takie a nie inne odczucia. Szkoda tylko, że bardzo często takie stwierdzenia są wykorzystywane, by rozjuszyć i sprowokować do walki, żeby się odegrać. Jak u Pawlaka – racja musi być po mojej stronie!
Savanto
To jest historia o pewnym młodym chłopaku. Chłopak ten, zafascynowany duchowością i filozofią dalekiego wschodu wiele czasu poświęcał rozwijaniu i odkrywaniu właściwości własnego umysłu. Wiele nocy spędził na próbach zrozumienia natury świata i ludzi. Doświadczał także wielu niesamowitych przeżyć. Utwierdziły go one w przekonaniu, że wciąż jest wiele niepojętych dla ludzkiego umysłu zagadnień. W miarę jak jego wiedza i poczucie siły rosły, coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu o tym, że „nic nie jest w stanie go zniszczyć”. Nic i nikt.
Pewnego dnia poznał niesamowicie interesującą dziewczynę. Od chwili pierwszej rozmowy zadurzył się w niej. Często wymieniali korespondencję, w której często udzielał jej rad opartych na głębokich filozoficznych przemyśleniach. Imponował jej swoją inteligencją, wiedzą, spokojem i pozytywną energią jaka od niego płynęła. Był dla niej w czymś rodzajem „mistrza”, „słońca”. A jemu, zakochanemu, oczywiście to odpowiadało.
Z czasem więź pomiędzy nimi zawężała się, aż doszło do wymarzonego momentu. Chłopak dowiedział się, iż jego obiekt westchnień odwzajemnia jego uczucia. Pomimo tego, że coraz bardziej dostrzegał jej wady i to, jak uzależnia się od niego, nie mógł posiąść się ze szczęścia. Był jej narkotykiem i chciał nim być.
Myślał, że może ją zbawić. Że jego pozytywne emocje zniwelują to, co niepoukładane w jej wnętrzu. Poświęcał jej cały swój wolny czas i uwagę, wkładając energię w to, by pojęła pewne rzeczy i zmieniła w swoim życiu na lepsze. Jego ego jej potrzebowało – bo czuł się z tym wspaniale. Jak Bóg.
W końcu przyszedł czas, w którym mogli się spotkać. Znał już jej długą i wyboistą historię. Chciał zrzucić ten ciężar z jej pleców. Chciał oczyścić jej wnętrze, by mogła wreszcie korzystać w pełni życia i dostrzec jego piękno – tak jak on je dostrzegał. Postanowił zadziałać bezpośrednio. Ułożył ręce na jej splocie słonecznym i brzuchu, koncentrując się z całych sił. Zobaczył ciemność wypełnioną wirami. Używał całej swojej energii, by móc ją rozświetlić.
Po wszystkim czuł się jak zbity pies. Znajomość gwałtownie się zakończyła, pozostawiając głęboką emocjonalną rysę w jego psychice. Długo nie mógł pogodzić się z tym jak z nią postąpił. Dał jej tyle nadziei – a potem odwrócił się plecami i odszedł. Wiedział, że to dla niego dobre rozwiązanie, ale cierpiał. Porzucił ją szukając normalnej relacji, idąc za głosem serca; oszukał obrazując się jako niemal doskonałego, złamał dane obietnice. Jego wizerunek samego siebie runął w gruzach a poczucie winy nieodłącznie towarzyszyło mu przez kolejne miesiące.
Rzeklibyście, że do tego momentu jest to standardowa, miłosna historyjka, jak jedna z wielu, nie kończąca się w pięknym stylu.
Niestety, zakończenie relacji nie ukoiło jego wnętrza. Zaczął odczuwać wewnętrzny ból, który ukryty lub ujawniony, towarzyszył mu niemal przez cały czas. Radość, energia i spokój zaczęły gdzieś znikać. Z czasem ulatniały się coraz bardziej. Zaczął unikać odpowiedzialności, przestał wypełniać swoje obowiązki, wegetował całymi dniami, resztką sił próbując utrzymać w miarę normalny sposób życia i relacje, na których mu zależało. Mimo to, życie traciło dla niego kolor i sens.
Najgorszy był ból, wypalający od wewnątrz trzewia, od którego nie było ucieczki. Miał silną wolę walki – próbował wszystkich sposobów, i nic nie pomagało. Wiedział że to coś, z czym do tej pory nie miał do czynienia – nie zwykły blok emocjonalny. Długie godziny spędzone na próbach przetransformowania tego bólu utwierdziły go w tym przekonaniu. Dawniej, rozprawiał się z problemami w tydzień lub dwa. A to trwało już miesiące. Czuł jak coraz bardziej opada z sił. Często ogarniały go destruktywne myśli, szukał ucieczki w nieświadomości, nic już nie cieszyło go, sen nie dawał odpoczynku. Nie mógł już ze sobą wytrzymać i nie znosił świata. W głowie przepływały setki myśli, plącząc się w jeden wielki chaos i stawiając go na granicy szaleństwa. Organizm i psychika kapitulowały.
Czuł, że musi coś zrobić. Napisał do zaufanego przyjaciela. Wydawał mu się jedyną osobą, która może w tej sytuacji coś zdziałać. Liczył na interwencję z zewnątrz, która, jak za dotknięciem magicznej różdżki, przywróci go do stanu, w którym wszystko było dobrze. Prawda okazała się inna. Gdy pierwszy raz zwrócił się do niego o pomoc, nie mógł opanować chaosu swoich myśli, był zdesperowany, gotowy zrobić wszystko, byleby się tak już nie czuć.
Dostał parę rad i użył całej dostępnej mu energii by wcielić je w życie. Już pierwszego dnia zaszły zmiany. Ból wciąż mu towarzyszył. Zrozumiał jednak, że nie musi grać w grę, dyktowaną mu przez to niszczące, palące uczucie. Zaczął uświadamiać sobie, jak wiele elementów w jego stylu bycia i myśleniu niszcząco wpływało na jego życie. Zrozumiał że to doświadczenie jest potężną lekcją. Przyparty do muru odnalazł w sobie siły do zmiany.
Przyjaciel sugerował, że w grę może wchodzić interwencja istot nadnaturalnych. Chłopak, z natury sceptyczny, wiedział jedno – to co mu doradzano pomagało. Nie było zagrożenia, bo nie wymagano od niego niczego, co by sugerowało złe zamiary przyjaciela. Dzięki samozaparciu i wysiłkowi woli znów podniósł się na nogi. Nie było łatwo – przychodziły wątpliwości i momenty załamania. Momentami myślał, że to wszystko na nic – i tak skończy jako śmieć, nie da rady. Ale nie poddawał się.
Każdego dnia chłopak koncentrował się na tym, by być spokojnym, unikać negatywnych emocji, niezdrowych zachowań i być jak najbardziej uważnym w każdej chwili. Unikał wszelkiego rodzaju „polepszaczy” humoru, które, w gruncie rzeczy i tak nic mu nie dawały, a często działały z odwrotnym skutkiem. Istniało wiele, mentalnych i fizycznych używek w które uciekał. Teraz musiał stawić czoła własnym demonom. Twarzą w twarz.
Zaczął też widzieć, jak świat wokół ucieka. Ludzie robili dokładnie tak jak on. W takich momentach czuł się wdzięczny za to, że czuje to co czuje i ma szansę coś zmienić. Czuł się świetnie z tym, że wreszcie patrzy „lękom w oczy”, trzeźwy, nie znieczulony. Czuł się jak wojownik, walczący o życie – wygra, lub zginie. To dodawało mu sił.
Pewnego dnia, rozmawiając z przyjacielem zrozumiał, co jest dla niego ważne w życiu. Właściwie, przypomniał sobie o tym. I wiedział, że nie chce tego stracić. Zobaczył, że ma cel, że jego życie może mieć jakąś wartość, jeśli mu ją nada. Kiedyś pełen pasji, teraz zagubiony – postanowił spisać listę celi, jakie chce osiągnąć w swoim życiu. Zawarł umowę z sobą. Niezmordowanie, krok po kroku wcielał te elementy w życie. Nadal czuł ból, ale bogatszy w zrozumienie natury sytuacji i doświadczeni, pilnował, by nie dać się ponieść negatywnym myślom. Zaufał przyjacielowi i otworzył się na niego, zyskując nie tylko sprzymierzeńca, ale i mentora. Zrozumiał – że tylko on, i nikt inny, jest odpowiedzialny za własne życie. Nawet, jeśli będzie obwiniał cały świat, łącznie z sobą – nic się nie zmieni. Wystarczy zacząć działać.
Ta historia miała miejsce naprawdę. Jej bohater wciąż ją pisze, nie wiedząc, jakie będzie zakończenie. Chciałbym, żeby była nauczką dla wszystkich tych, którzy zbytnio wierzą we własne siły, myśląc, że świat zewnętrzny nie ma na nich żadnego wpływu. Dla wszystkich uciekających od życia i odpowiedzialności za nie, oszukujących siebie i innych i nie zdających sobie z tego sprawy. Dla wszystkich tych, którzy ustawili swój żagiel w życiu na niepomyślne wiatry i myślą, że nie ma ratunku.
Inny świat
Jakiś czas temu miałem sen, na który nie zwróciłem zbytniej uwagi, odwiedziłem w nim nieznaną bliżej mi dziewczynę przynajmniej miałem takie odczucie.
Siedziałem w jej pokoju, blisko jej półki z książkami, czytając tytułu i poznając w ten sposób jej zainteresowania. Pomimo tego że wydawało mi się że jej nie znałem, panowała pomiędzy nami atmosfera bliskości.
Jedno co dobrze zapamiętałem, to naturalne światło tego miejsca i odczucie jakie we mnie pozostawiło.
Z czasem powoli go zapominałem, gdy niedawno przypomniałem sobie to światło i odczucie, będąc w innym miejscu.
Przesłuchiwano mnie w sprawie zaginięcia mojej żony, czy przypadkiem nie mam nic z tym wspólnego. Znosiłem to wszystko na spokojnie, dziwiąc się o jaką „żonę” może chodzić i o co w tym wszystkim chodzi. Po skończonych rozmowach, spokojnym krokiem szedłem obskurnymi uliczkami, przypatrując się bawiącym dzieciom. Dane mi było też skosztować okrągłego owocu, był wielkości pomarańczy, skórka była biaława ale wnętrze owocu przypominało przezroczystą żelatynę wypełnioną nasionami. Widocznie musiał w miarę smakować, bo nie poprzestałem na jednym kęsie 😉
Działanie medytacji
Fragment książki Margit i Ruediger Dahlke: Księga medytacji. 138 technik. Przewodnik dla każdego znaku zodiaku,
wydanej przez Wydawnictwo KOS,
Katowice 2001.
Stres to najważniejszy problem człowieka Zachodu. Objawia się on nerwowością, pobudzeniem, skurczem mięśni i przemęczeniem. Terapeuci uznają go za przyczynę wielu chorób cywilizacyjnych. Jako reakcja na bodźce zewnętrzne, wytrąca nas on z wewnętrznej równowagi. Wszystkie życiowe funkcje organizmu (trawienie, powstawanie i usuwanie komórek) zostają ograniczone, nasilają się wszystkie funkcje pobudzające. Organizm przygotowuje się do walki lub ucieczki. W pewnych sytuacjach jest to konieczne. Dzięki reakcjom stresowym mamy dostęp do wielu środków zaradczych, dzięki którym można adekwatnie i skutecznie reagować na bodźce zewnętrzne, po czym wrócić do stanu równowagi i spokoju.
Czytaj dalej Działanie medytacji
Odświeżone z pamięci
Motywem przewodnim była specyficzna atmosfera, nocne niebo, i nie znane mi statki powietrzne o charakterystycznej budowie. Małe czarne piramidki, z czerwonymi oznaczeniami na bokach. Sytuacja kilkakrotnie się powtarzała , widocznie kilka razy w niedługim okresie czasu – dni wchodziłem na ten sam teren.
Łączącym elementem były nieduże istotki, mieszkańcy tych terenów. Trochę mi to zajęło zanim się dowiedziałem kim są i jacy są, ale zanim to nastąpiło czasami dochodziło między nami do nieporozumień.
Będąc w mieście na ich terenie, zwiedzam sobie lokale, miedzy innymi jakaś pab.
Wychodząc z niego natrafiłem na tubylca, niewysokiego wzrostu, który skacze i coś wykrzykuje do mnie, ale tak jakbym go nie słyszał. „Niemy” rozmówca wygląda jak skrzyżowanie Pinokia z lalką szmacianą.
Jakoś nie mogliśmy dojść do kompromisu, szybko i zdecydowanie uciszyłem nieznajomego, patrząc czy nie ma gdzieś jego kumpli.
Często będąc sam czy z kimś na ich terenie musiałem korzystać z siły, co niezbyt dobrze musiało się odbić na spotkanych .
Później gdy wreszcie doszedłem kim są i jakie mają możliwość, zaniechałem wędrówek przez ich tereny, aby nie zakłócać im życia. Delikatni, malutcy, ale krzykliwi;)
2006-03-28 15:37:44
Wielkość
Moje Trzecie Imię…
Rzeka mojego dzieciństwa, kąpałem się w niej, łapałem ryby, tak wiele dni spędziłem w jej pobliżu. Pamiętam jak dziś, byłem małym „szkrabem”, któremu nie chciało się iść na jakąś lekcję, bo jak tu nie iść skoro Rzeka wylała.
Jak można przepuścić taką okazję, potworzyły się zakola w których zostało uwięzionych mnóstwo ryb.
Pamiętam radość jak brałem ryby w dłonie i wrzucałem je do Rzeki. Po latach idąc jej brzegiem napisałem kilka słów….
Idę, a razem ze mną idzie rzeka
Już tyle lat idziemy razem
Już tyle lat się znamy
Kojący jej głos
Pokazuje mi prawdziwy świat
Ptaki i drzewa,
Słońce i wiatr
Pomagają jej ,a
My dalej razem wspólnie idziemy…
Ale nie o tym chciałem pisać, intencja obudziła wspomnienia, a intencję obudził fragment filmu i pewien „sen” może sprzed kilkunastu miesięcy.
Szedłem w górę rzeki swojego dzieciństwa, nie o suchej stopie brzegiem, ale jej nurtem przez środek. Łapałem siecią ryby, były różnokolorowe, kto by pomyślał że w naszych rzekach pływają tak egzotyczne ryby;)
A życie płynie i wątki się splatają, słowa, sny, wizje…
masai-eirene-aniteri 2006-03-01 21:42:44
skomentuj (0) Istota z ognia stworzona…
Fizyczne ograniczenia odpadają, sposób myślenia i postrzegania diametralnie inny od ludzkiego. Brak ograniczeń w wielu kwestiach….
Duma tu też słabe ograniczenia…często ogranicza spektrum postrzegania niby tak wolnej istoty.
A już rozmawiać z człowiekiem to już obraza majestatu, no chyba że w interesach lub u wyjątkowych przypadków duma z chodzi na plan dalszy.
Poruszanie się w „przestrzeni” i „czasie”, pełna swoboda, nie trzeba pytać od drogę, co gdzie i jak trafić.
Człowiek zaś jak to się mówi „koniec języka za przewodnika” i tu nie tylko chodzi o drogę ale o najmniejsze elementy bytu nad którymi człowiek się zastanawia i powstają pytania.
Zdarzają się przypadki wśród ludzi, że szukają odpowiedzi na jedno pytanie przez całe życie…
Jeśli jest pytanie to i jest odpowiedź, patrząc na drugą stronę totalne przeciwieństwo. Sposób istnienia, myślenia i poruszania się wyeliminował pytania, jakże odmienny to stan istnienia…
masai-eirene-aniteri 2006-03-01 22:31:45
skomentuj (4) Powiadasz inne Dusze…
Być może, ale to „co było kiedyś” tkwi w nich nadal, przepojone tęsknotą w milczeniu
Wystarczy ciepło dłoni
Dotknięcie spojrzeniem
Ty znasz klucz, który idzie w uśmiechu
I wcale nie musi być pierzastej pościeli czy starej wiekowej słomy
Czy zielonej, leśnej polany spalonej letnim słońcem
Brakuje mi wieczorów w utuleniu i tych dźwięków sennych, Ty wiesz o jakie chodzi…
Spacerów, pod gwiazdami w powrocie do domu z nocnej zabawy, przez okolicę bezludną
Krzyków na całą okolicę, gdy kot zabłąkany, pośrodku nocy brykał po polu będąc potworem strasznym, co na życie niewieście nastaje
Dotknij mnie tylko….a ja już Ci pokażę Anioła;)
Dotknij mnie czule…
masai-eirene-aniteri 2006-03-06 21:00:00
skomentuj (0) Siostra Malakai…
Tak dawno to już było
Ona przyszła pierwsza by pamięć mą rozbudzić
Ukazując to co mi nieznane i tych z dawnych wieków
Postawiłem pytanie dlaczego Ty, odpowiedź była żartem „Bo nikt inny nie chciał, ale mówiąc już poważnie odpowiednia osoba do odpowiedniej osoby…”
Siostra Cesarzowej, ciekawa świata i ludzi, poznawanie jej napędem i pasją
Ciekawe cóż teraz porabia?
Czasami jest tak, że szczegóły zacierają się w naszej pamięci, cisza nocy przywołuje i podkreśla szczegóły, a nawet gdy nie ma ciszy wiele zdarzeń odtwarza się w moich myślach.
Jej Siostra podczas pierwszego spotkania, dużo opowiadała, a ja szedłem obok zastanawiając się „a czemu ja”, „dlaczego”, podczas tej rozmowy wiele rzeczy zaczynało nabierać innych barw. Stawiając pytanie dowiedziałem się co było między innymi powodem naszego spotkania, sprawiła ta odpowiedź lekką trudność Cesarzowej…
„Jestem Matką i jak każda matka martwię się o swoje dzieci, na pewno to rozumiesz.
W przyszłości może się tak zdarzyć, że któreś moje dziecko może zginąć…”
masai-eirene-aniteri 2006-03-08 22:24:15
skomentuj (0) Kiedyś, kiedyś, a może właśnie teraz…
Wchłonięty przez noc
Ciepłem dłoni* rozpoznany
Potrójnym światłem przeniesiony
Żarem przeciwstawię się bólowi**
Wiatrem mych intencji wyjdę mu naprzeciw***
Nurtem rzeki w fali tęczy
Wsączę szepty morza życzeń, a
Na zewnątrz uśmiech w cieple dłoni.
* „podczas wizji wytworzone ciepło, pierwsza część twego daru”
Ciepło przejawiało się w różnych sytuacjach, były chwile, kiedy gdzieś jadąc czułem się chodząco-jadącym ogniskiem.
Ilekroć siądę i zamknę oczy, widzę dwie latarnie, kilka lat temu spotkałem się ze znajomą, która ma szczątkowy dar, a jeżeli nawet coś więcej, to jej tryb życia nie pozwala na więcej…
Poszliśmy na piwo, knajpa w środku Rynku, siedzimy i rozmawiamy, jej dłonie wiele czują. Byliśmy małą atrakcją, możliwe że ktoś z boku zastanawiał się „co ona robi z tymi dłońmi”.
Jej dłoń nad moją dłonią, chwila koncentracji i odpowiedniego nastawienia i zaczęło jej brakować wzrostu bo musiała wstać…
Dziwiło ją to bardzo, mnie zresztą też, bo nigdy z czymś podobnym się nie spotkała.
** „zadanie”
*** „to nad czym musisz nauczyć się panować”
masai-eirene-aniteri 2006-03-08 23:16:00
skomentuj (0) Pamiętasz…
Pojechałaś kiedyś do Krakowa, to był ciężki dzień…
Chciałaś tej nocy wykrzyczeć swój smutek
Nie zastanawiając się wiele postanowiłaś, że napiszesz do kogoś
Znalazłaś w swoich zapiskach jakiś numer, ale nie wiedziałaś do kogo należy
Tak Życie pokierowało, że to ja dostałem wiadomość
I siedzi sobie facet w środku nocy, zastanawia się i głowi od kogo mógł to dostać
Twoje słowa wzbudziły we mnie odpowiedź…
…więc siądę i przejdę
Odnajdę
Myślą jasna dotknę
W nurcie rzeki zniknę
Bo to, co odnalezione
Nigdy niezgubione.
I wtedy było po równo, Ty zastanawiałaś się kto odpisał i dlaczego w ten sposób…
…a ja nadal każdej nocy dotykam Cię myślami
masai-eirene-aniteri 2006-03-09 00:12:27
skomentuj (1) Chwila z życia kropli wieczna jest w pamięci…
Czasami tak mam…majestatyczna bezgraniczność Wszechświata, a tu nagle… i mój pokładowy GPS wariuje i wszystko bierze „w łeb”…
Raz było to tak…
Wpadłem do „głowy” pewnego kloszarda i jego „bazy” gdzie się zatrzymał;), co się na słuchałem i po odczuwałem jego i tego co go otaczało…
Innym razem tak…
Czuję wiatr, stojąc na środku ogromnego placu, wpatruję się w swojego rozmówcę, przysiadł on na schodach jakiegoś pomnika, opowiadając mi o swoim życiu. Słuchając jego opowieści rozglądam się dookoła, w oddali dostrzegam kopuły Świątyń, przypominające zwieńczenia niczym jak Hagia Sophia…
Przechodzimy przez miasto, mój rozmówca pokaże mi gdzie mieszka. Trafiamy do miejsca usianego przez malutkie domki lepianki.
Klimat jest gorący, więc mieszkania są pod ziemią. Dach jego domu jest odsłonięty, a na powierzchni bawią się jego dzieci, śpiewają, machają i uśmiechają się do mnie…
Ostatnio…
Woda była krystalicznie czysta, promienie światła docierały na samo dno. Piasek czysty tu i ówdzie koralowce, otwarte morze, zarazem jakby pokój. Nad sobą w odległości kilkunastu metrów dostrzegam powierzchnię wody połyskującą w świetle słońca.
W pewnym momencie chcę wypłynąć, okazuje się że jakaś siła mi to uniemożliwia, po kilku próbach dociera do mnie fakt….
Nie żyję, podpływam do swojego ciała leżącego na dnie, sam ten fakt nie budzi we mnie jakiś gwałtownych uczuć, dostrzegam ludzi, a raczej duchy i nawiązuję z nimi rozmowę, wprowadzają mnie…. Nawet nie wiem jak bardzo chce mi się pić, dociera to dopiero do mnie wtedy gdy jakaś dziewczyna przynosi mi trochę gazowanego napoju i błogosławię ją za to „gdzie udało Ci się to zdobyć”
Później uczę się opanowywać oddziaływać na rzeczy, które zostawiłem za sobą, na tamten świat…
Uczucia jakie powstają gdy myślę, o tym do czego wrócić nie mogę…są nie do opisania.
Nie ma powrotu, to nie chwilowy wyjazd, to wieczność.
Najbliżsi…Dlaczego tak wcześnie…Przeogromna tęsknota, ale świadomość że tam nie można już wrócić tylko ją potęguje.
Ale zarazem czujesz siłę i nadzieję….”Nadzieja umiera ostatnia”
Szedłem z jakaś kobietą śmiała się widząc moje zachowanie, wznosiła oczy do nieba, gdy widziała moje wygłupy, gdy dotykałem mijanych ludzi.
Gdy dochodziłem do siebie, miałem trudności z określeniem czy jestem tu, czy tam….
Żyję, czy nie żyję…
„Prawdziwa Księga Południowego Kwiatu”
„Pewnej nocy Zhuangzi śnił, ze przemienił się w motyla…
Unosząc się beztrosko w powietrzu zapomniał, że jest Zhuangzi. Ale…
Kto tak chrapie?
Być może Zhuangzi jest motylem, być może motyl jest Zhuangzi…”
masai-eirene-aniteri 2006-03-14 22:33:06
skomentuj (0) Wielkość…
Ostatnimi czasy usłyszałem jak mówi się o Amadeo Modigiliani…za którymś razem, gdy usłyszałem więcej szczegółów z jego życia, pojawiła się we mnie myśl „Poświęcenie”.
Co jest miarą wielkości człowieka?
Można mnożyć wiele przykładów i określeń, ale wszędzie moim zdaniem pojawia się słowo „poświęcenie”.
Dla pasji, sztuki, dla drugiego człowieka, są też i negatywne znaczenia „poświęcenia”, ale zawsze to słowo jest związane z miarą człowieka.
Cytując pewnego Wielkiego Człowieka, jest coś jeszcze…
„Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący….”
2006-03-20 23:00:09
Istota z ognia stworzona
Fizyczne ograniczenia odpadają, sposób myślenia i postrzegania diametralnie inny od ludzkiego. Brak ograniczeń w wielu kwestiach….
Duma tu też słabe ograniczenia…często ogranicza spektrum postrzegania niby tak wolnej istoty.
A już rozmawiać z człowiekiem to już obraza majestatu, no chyba że w interesach lub u wyjątkowych przypadków duma z chodzi na plan dalszy.
Poruszanie się w „przestrzeni” i „czasie”, pełna swoboda, nie trzeba pytać od drogę, co gdzie i jak trafić.
Człowiek zaś jak to się mówi „koniec języka za przewodnika” i tu nie tylko chodzi o drogę ale o najmniejsze elementy bytu nad którymi człowiek się zastanawia i powstają pytania.
Zdarzają się przypadki wśród ludzi, że szukają odpowiedzi na jedno pytanie przez całe życie…
Jeśli jest pytanie to i jest odpowiedź, patrząc na drugą stronę totalne przeciwieństwo. Sposób istnienia, myślenia i poruszania się wyeliminował pytania, jakże odmienny to stan istnienia…
2006-03-01 22:31:45
„A co z toksycznymi dziećmi?”
Dziś na Wirtualnej Polsce trafiłam na artykuł na temat książki Susan Forward „Toksyczni rodzice”.
Mniejsza o sam artykuł, który, według moich odczuć napisany był bez głębszego zrozumienia tematu. Bardziej zainteresowały mnie opinie internautów, zamieszczone pod nim.
Jedna z pań, podpisująca się nickiem ~Joanna zamieściła post pt. „A co z toksycznymi dziećmi???”. Przytoczę go w całości:
„A jak sobie radzić z toksycznymi dziećmi?? Pokoleniem tylko i wyłącznie roszczeniowym, widzącym tylko swój czubek nosa i własną wygodę ??? Co zrobić by wytłumaczyć dziecku, że mając lat 48 mam prawo do życia, zainteresowań, znajomych. Że właśnie odchowałam swoje dzieci i na niańczenie wnuka – choć kochanego – nie mam ochoty, ani czasu bo pracuję zawodowo…”
Dzieci nie rodzą się toksyczne, roszczeniowe czy – jak to określiła następna z pań:
„… rodzi się więcej dzieci z psychopatycznymi skłonnościami”
Pokolenie roszczeniowe, czy psychopatyczne to już jest skutek wychowania, źródła należy szukać w dzieciństwie rodziców, gdzie ojciec był od zarabiania pieniędzy na utrzymanie rodziny, matka pełniła rolę służebną dla niej. Czasy obecne zmieniły te role – w większości oboje rodziców pracuje na utrzymanie i zapewnienie jako takiego bytu dla wszystkich członków, z tym że próbuje się w dalszym ciągu utrzymać w związku rolę służebną kobiet.
Bardzo ładnie to określił John Bradshaw w jednej ze swoich książek: „Ojciec może wrzeszczeć na wszystkich; matka może wrzeszczeć na wszystkich, z wyjątkiem ojca; najstarsze rodzeństwo może wrzeszczeć na wszystkich, z wyjątkiem rodziców; najmłodsze dręczy zwierzaka.”
Cieszy fakt, że coraz więcej młodych rodzin odchodzi od tego modelu, bo w obecnych czasach jest on już archaizmem, który się przeżył. Jednego jest tylko brak – brak czasu na wspólne wypady i zabawy z dziećmi, rozmowy, które tworzą więzi i rozwijają uczucia wyższe, budują związek, gdzie pełnione role rodziców i dzieci są bardzo elastyczne, gdzie istnieje wzajemna pomoc w prowadzeniu wspólnego domu, a nie żerowanie na jednym z domowników, na którym spoczywa dbałość o dom i wszystkich jego członków, bez współczucia dla niej, bez chwili odpoczynku.
Mówię o kobietach, które pracują zawodowo na równi z partnerem życiowym, lecz po pracy, najczęściej to ona – ryjąc nosem ze zmęczenia – leci z zakupami do domu, gotuje, sprząta, pierze, zajmuje się lekcjami dzieci…
Jakże często jeszcze widzi się taki obrazek, gdzie partner po pracy siada w fotelu z pilotem i puszką piwa w ręce czekając na obiad, dziecko w swoim pokoju zajęte grami na komputerze też czeka, kiedy mama upora się z gotowaniem…
A potem jedna z drugą ma pretensje, że ma ileś tam lat i nie ma czasu dla siebie, mimo że swoje dzieci już odchowała i miałaby chęć na coś zupełnie innego, niż niańczenie wnuków.
Czego nauczyła swoje dzieci, to otrzymuje. Nauczyła niewrażliwości, fałszywego poświęcenia, wykorzystywania przez pozostałych członków rodziny. Nauczyła tego wszystkiego własnym postępowaniem, bo przecież nikt lepiej od niej nie zrobi zakupów, nie ugotuje obiadu, nie posprząta tak dokładnie, nie zrobi prania… A wieczorem czy późno w nocy pada na łóżko obok męża, który ma pretensję, że żona jest oziębła…
Najważniejszego nie nauczyła członków swojej rodziny – ODPOWIEDZIALNOŚCI i współtworzenia tej podstawowej jednostki społecznej jaką jest rodzina, gdzie do jej tworzenia zaangażowani są w równym stopniu oboje rodziców i dzieci.
Dzieci z psychopatycznymi skłonnościami to efekt tego, czego zaznały w rodzinie, co w nich sami rodzice wykształcili swoim zachowaniem, swoimi problemami w wyrażaniu emocji. Nic nie bierze się z powietrza, każdy skutek ma swoją przyczynę, chociaż nie zawsze ją zauważamy. Nadmierna kontrola, manipulacja, znęcanie fizyczne i/lub psychiczne, molestowanie czy wykorzystywanie seksualne.
Nadmiar lub niedobór uczuć niszczy. Kot nie pozwoli się dłużej głaskać, lecz tylko tyle, ile czuje potrzebę bycia głaskanym. Pies też godzi się na maltretowanie przez swojego pana do pewnego czasu, potem rzuca się do gardła. Dziecko jest bezbronne, zdane na rodziców. Zanim dorośnie będzie zmuszone tłumić to, co naprawdę czuje, kiedy jest poniewierane. Odreaguje to na zewnątrz, na otoczeniu – na słabszym rówieśniku, na nieznajomym, który mu się nawinie pod rękę.
Z ofiar bardzo często stajemy się katami dla innych ślepo twierdząc, że wychowanie w przemocy fizycznej czy psychicznej zrobiło z nich dobrego człowieka. Człowieka, który upokarzaniem, upodleniem dziecka buduje swój idealny wizerunek wspaniałego człowieka. Rodziny wychowują katów i kozły ofiarne. Gdzieś trzeba odreagować to, czego nie pozwolono nam zrobić w dzieciństwie, czego nie nauczono nas robić bez krzywdzenia siebie lub innych.
Alice Miller Dramat udanego dziecka…
Alice Miller
Dramat udanego dziecka. Studia nad powrotem do prawdziwego Ja.
Dramat udanego dziecka, najgłośniejszy z bestsellerów Alice Miller, to poruszające studium dyskretnej toksyczności rodziców i opiekunów, pozornie dobrych i kochających swoje dzieci. Wybitna pisarka i psychoterapeutka odsłania przed nami ukryte uwarunkowania tak dziś powszechnego pędu do osiągnięć, chorobliwej potrzeby uznania, skłonności do perwersji i… pomagania ludziom.
Narcyzm, depresje, pełne napięcia, autodestrukcyjne życie możemy przekroczyć decydując się na porzucenie iluzji o „szczęśliwym dzieciństwie”. Obejmując świadomością wydobyte na jaw zapisy emocjonalnych zranień nie szanowanego w swoim jestestwie małego dziecka, powoli odzyskujemy wewnętrzną wolność. Jest to bolesny proces powrotu do prawdziwego Ja, rozwoju samoakceptacji, zdolności do kochania i przyjmowania uczuć, wzrostu odpowiedzialności i uwolnienia od uzależnień.
Ile jest między nami osób wybitnie uzdolnionych, którzy zdobywają olbrzymi autorytet, popularność, robią karierę? Ilu z nich mając to wszystko czuje się osamotnionymi, tęskniącymi za miłością rodziców dzieckiem? Robią wszystko, by zagłuszyć to, co czują, bowiem to, co jest w nich ukryte napawa ich strachem.
Boimy się swoich emocji, ale wypuszczamy je jak dzikie zwierzęta na innych, nie zdając sobie sprawy, że nie potrafimy je kontrolować w stopniu, który nie będzie ranił innych, a tym samym i nas samych.
Kłamstwo
ma olbrzymi wpływ na dzieci.
Jeśli swoim zachowaniem rodzice pokazują, że niezbyt wysoko cenią uczciwość, prawdomówność, dzieci na pewno wchłoną tę informację. To, co mówią oboje opiekunowie ma o wiele mniejsze znaczenie, niż to, co robią.
Można do znudzenia powtarzać, by dzieci były prawdomówne, że nie wolno kłamać, ale kiedy widzą, że słowa nie pokrywają się z czynami, szybko dowiedzą się, co naprawdę myśleć. Przed dziećmi nic się nie ukryje. Mają wspaniale rozwiniętą intuicję i są doskonałymi obserwatorami. Nie łudźcie się, że można coś przed nimi ukryć!
Zaczyna się od niewinnych kłamstw, które odsuwają na chwilę nieprzyjemną konfrontację, potem – kiedy się uda – życie bez kłamstwa staje się niemożliwe. Odraczamy wzięcie na siebie odpowiedzialności zasłaniając się kłamstwem, zagłuszamy, co naprawdę czujemy. A potem… potem kłamstwo staje się sposobem na życie… Strach przed wzięciem odpowiedzialności za słowa i czyny nie pozwoli na zmiany.
Pierwszymi nauczycielami w życiu dziecka są rodzice. To od nich przede wszystkim uczą się kontaktowania z innymi ludźmi. Potem ten krąg się poszerza o inne autorytety – nauczycieli, rówieśników, pracodawców.
Jeśli oboje rodziców wzajemnie przymyka oczy na własne drobne kłamstewka w obecności dzieci, wzorzec ten zostanie utrwalony w ich psychice: Tatuś okłamuje mamusię, że wypił tylko dwa piwa, a w rzeczywistości wypił z kumplem pół litra wódki… Mamusia okłamuje tatusia, że zapłaciła za nowe buciki tylko 100 złotych, gdy w rzeczywistości zapłaciła dwa razy tyle… Dziecko przynosi ze szkoły drogie markowe pióro. Na pytanie skąd je ma, odpowiada, że koleżanka mu je podarowała, że znalazło na ulicy/na przerwie między lekcjami/w szatni/w klasie itd., będąc na sto procent pewne, że ani ojciec, ani matka nie będą dociekali, skąd je ma tak naprawdę. Jest to unikanie odpowiedzialności za własne postępowanie i w następstwie – postępowanie dzieci.
Od rodziców – w pierwszej kolejności – uczymy się tolerancji lub nietolerancji kłamstwa, oszustw, mataczenia. I zawsze zaczyna się od niewinnego kłamstewka, drobnego oszustwa, naginania faktów na swoją korzyść. Te wzorce stosujemy w dorosłym życiu. Unikanie odpowiedzialności przenosząc ją na innych, to sposób na życie większości z nas. Niech odpowiadają naiwni – przypłacając zdrowiem, depresją (a czasem życiem), chcąc na siłę utrzymać zakłamany związek, w którym nigdy – lub prawie nigdy – nie było szczerości, otwartości, uczciwości – wobec siebie i wobec najbliższej osoby.
Chcąc tym sposobem utrzymać pracę, dobre relacje ze zwierzchnikami, współpracownikami brniemy w kłamstwa i zaprzeczanie, w oszustwa, przymykanie oczu na jawną niesprawiedliwość. Akceptując w ten sposób to, czego tak naprawdę nie chcemy doświadczać w swoim życiu…
Nie uciekaj przed problemami
Nie uciekaj przed problemami…zawsze jest sposób by je rozwiązać…
Pewien człowiek wiecznie czuł się przygnębiony trudnościami życia. Pewnego razu poskarżył się znanemu mistrzowi życia duchowego.
„Nie mogę tak dłużej! Życie stało się nie do zniesienia.”
Mistrz wziął garść popiołu i wrzucił do szklanki z kryształowo czystą wodą do picia, która stała przed nim i rzekł: „To są twoje cierpienia.”
Woda w szklance zabrudziła się, zmętniała. Mistrz wylał ją. Mistrz wziął garść popiołu tak jak poprzednim razem i rzucił w morze. W jednej chwili popiół rozproszył się w morzu, a woda morska pozostała tak samo czysta jak przedtem.
„Widzisz?”zapytał mistrz. „Każdego ranka musisz zdecydować czy masz być szklanką wody czy morzem.” Zbyt wiele jest małych serc, zbyt wiele dusz zalęknionych, zbyt wiele zamkniętych umysłów i sparaliżowanych ramion. Najpoważniejszym brakiem naszych czasów jest brak ODWAGI. Nie chodzi o głupią zuchwałość, nieświadomą pochopność, ale o prawdziwą odwagę, która w obliczu każdego problemu pozwala powiedzieć:„Z pewnością jest jakieś rozwiązanie i będę go szukał i znajdę”.
Pułapka
Relacje rodziców i dzieci przeważnie polegają na okazywaniu przez dzieci szacunku i czci rodzicielom, a przede wszystkim na wybaczaniu im wszystkiego, czym częstują swoje pociechy żeby je zdyscyplinować, zmusić do uległości i posłuszeństwa. Rola rodziców najczęściej ogranicza się do stosowania dyscypliny i kar nakładanych na nieposłuszne, nadmiernie ruchliwe, „krnąbrne” dzieci. Mało kto zwraca uwagę na nierówność tego układu. Jedna ze stron ma całą władzę – fizyczną, emocjonalną, intelektualną, druga ze stron jest bezsilna, wrażliwa, zdana na łaskę i niełaskę opiekunów.
Sądzę, że różnice między prawami rodziców i prawami dzieci dobitnie ukazują, jak ta władza jest traktowana i używana.
W tym miejscu zacytuję opowieść człowieka, który zgłosił się na terapię, ponieważ rozpadało się małżeństwo z powodu jego niepohamowanej złości, którą odreagowywał na żonie…
„Oczywiście, że ojciec mnie bił, ale robił to tylko dlatego, żeby utrzymać mnie w dyscyplinie. Nie kojarzę, co to ma wspólnego z rozpadem mojego
małżeństwa…
Człowiek ten uważał, że miał wspaniałego ojca, ponieważ gdyby nie on, nie zostałby wziętym lekarzem. Ich stosunki popsuły się, gdy młody lekarz oznajmił ojcu, że zamierza zająć się medycyną holistyczną i dołączyć ją do swojej praktyki lekarskiej.
Ojciec zareagował agresywnie wygłaszając mowę, że nie po to łożył na jego wykształcenie, by w rezultacie syn został znachorem. Powiedział również, że ma zapomnieć, iż kiedykolwiek należał do rodziny…
W ilu domach tak się dzieje? W ilu domach łamana jest wola dziecka (krzykiem, biciem, przemocą psychiczną, intelektualną) tylko dlatego, że rodzice w okrutny sposób realizują własne potrzeby czy wyobrażenia, nie biorąc pod uwagę, że dziecko nie jest ich wyłączną własnością i nie ma obowiązku spełniania oczekiwań rodziców, ale ma obowiązek realizować własne życie, w czym powinni mu pomóc opiekunowie.
Rodzic powinien być przewodnikiem dla swojego dziecka, przekazać mu dostępną wiedzę i pomóc w rozwoju zdolności.
Nic na siłę. Rozmowy, tłumaczenie, dyskusje między rodzicami i dziec-kiem są jak najbardziej potrzebne, ale decyzję i odpowiedzialność za nią ponosi młody człowiek, ucząc się w ten sposób – pod okiem rodzica – decydowania o sobie ale i również ponoszenia konsekwencji tych decyzji.
Dziecko, które rośnie przy zawistnym, stosującym przemoc psychiczną – a często i fizyczną, narcystycznym rodzicu (i/lub starszym rodzeństwie), które nieustannie znajdowało uchybienia w każdym jego działaniu (a jeśli zachowanie lub dokonanie dziecka było bezbłędne, spotykało się ono z kompletnym brakiem zainteresowania i milczeniem), wyrośnie ono na człowieka, który zamiast wcielać w życie swoje pomysły, ambicje i marzenia, będzie podchodzić do życia obronnie, bojąc się ryzyka oraz zaszczepionej mu w dzieciństwie, nieuchronnej nagonki wewnętrznego krytycyzmu i poniżania…
W ilu domach najpierw wyręcza się młodego człowieka we wszystkich pracach domowych, w podejmowaniu – odpowiednich do wieku dziecka – decyzji mówiąc, że jeszcze zdąży się nauczyć, a potem podnosi się krzyk, że młodzież nic nie potrafi, jest nastawiona tylko na konsumpcyjny styl życia nic z siebie nie dając, bo wychodzą z założenia że im się wszystko należy.
Młode zwierzęta osiągają bardzo szybko dojrzałość. Ich opiekunowie uczą je sztuki przetrwania i na tym ich rola się kończy – młode zwierzę musi umieć wywalczyć swoje miejsce, by przetrwać.
Ludzkie dzieci do osiągnięcia pełnej dojrzałości potrzebują długich lat. Czasami tej dojrzałości nigdy nie osiągają i to często nie z własnej winy. Rodzice, kosztem dzieci, zapewniają sobie przedłużenie własnej tożsamości, realizują swoje marzenia czy ambicje, których sami nie zrealizowali w odpowiednim ku temu czasie, ponieważ też byli wykorzystywani do realizacji potrzeb swoich rodziców.
Czego nie nauczy się dziecko, dojrzały człowiek umiał nie będzie – czy to zadbanie o własny byt, pracę zawodową, podejmowanie jakichkolwiek decyzji, czy też okazywaniu uczuć i emocji bez szkody dla niego samego i dla innych. Nagromadzoną złość w latach dzieciństwa często projektujemy na inne osoby, które podświadomie utożsamiamy z którymś z rodziców (starsze rodzeństwo też ma w tym swój udział). Cytowany powyżej lekarz odreagowywał swoją złość (na ojca) na najbliższej mu osobie – na żonie. Szokiem było dla niego, gdy przy pomocy psychoterapeutki odkrył ten fakt.
Dziecko, które rośnie przy zawistnym, stosującym przemoc psychiczną – a często i fizyczną, narcystycznym rodzicu (i/lub starszym rodzeństwie), które nieustannie znajdowało uchybienia w każdym jego działaniu (a jeśli zachowanie lub dokonanie dziecka było bezbłędne, spotykało się ono z kompletnym brakiem zainteresowania i milczeniem), wyrośnie ono na człowieka, który zamiast wcielać w życie swoje pomysły, ambicje i marzenia, będzie podchodzić do życia obronnie, bojąc się ryzyka oraz zaszczepionej mu w dzieciństwie, nieuchronnej nagonki wewnętrznego krytycyzmu i poniżania…

